- Bruski? Bruski to leń. – Ula wzruszyła ramionami, gdy roztaczałem przed nią wizję stworzenia Alei Bydgoskich Olimpijczyków. – Na pewno w to nie wejdzie. Owszem, lubi chwalić się cudzymi realizacjami oraz komputerowymi projektami, ale od pomysłu do wykonania droga daleka. A jemu do niej niespieszno. Jak się zwrócisz do niego, najpewniej odbije piłeczkę. –

Bruski – w chwilach złości nazywany przeze mnie Donaldem Bruskiem na cześć patologicznego premiera propagandy sukcesu, który przed skutkami swojego lenistwa politycznego, po siedmiu latach katastrofalnych dla Polski rządów nawiał do Brukseli, by na posadce Unii Europejskiej być przydupasem pani kanclerz (albo jak tęczowi genderowcy wolą „pani kanclerki”) Makreli Merkel – rzeczywiście nie należał do pracowitych urzędników miejskich. Jako prezydent był sprawnym administratorem wykonania wizji swojego poprzednika, Konstantego Dombrowicza, ale własnych pomysłów na Bydgoszcz, na jej piękno i chwałę, nie posiadał. Owszem, zapalił się do „rewitalizacji ulicy Dworcowej”, ale zamiast ekskluzywnego deptaku wyszła z tego kupa z rachitycznymi drzewkami w donicach-petownicach i z darmowym parkingiem dla złomu motoryzacyjnego okolicznych obszczymurków. Zapragnął ścieżki rowerowej przez oś miasta, do dworca Bydgoszcz Główna, lecz pokrzyczeli na niego tubylcy z ul. Śniadeckich, którzy poza śmieciowiskiem samochodowym na chodnikach mieli wszystko w dupie, więc zamiast ożywienia kulturowego i handlowego na Śniadeckich króluje lombard, lichwa (dla niepoznaki zwana chwilówkami), lumpeks i… garaż. Przez miłosierdzie nie wspomnę tu o zaprzepaszczonej szansie na likwidację szamba targowego na Placu Piastowskim, chociaż obok wybudowania ulicy Nowomazowieckiej był to priorytet pierwszej kadencji prezydenta.

Do historii miasta Rafał Bruski przejedzie zapewne lodowiskiem krytym dla mieszkańców, na które silił się przez osiem lat, a także osławionymi „rewitalizacjami parków”, w których ujawnił się jako bezlitosny rzeźnik drzew (gmeranie Parku Kochanowskiego było wyrębem około 30 drzew, zaś widzimisię w Parku Sztywnych, czyli Witosa, to strata rzędu 120 dorodnych roślin, w tym kilku pomników przyrody). Ponadto – wbrew społecznym konsultacjom – zgoda Ratusza na wysokościowce nad Brdą (River Tower, Nordic Astrum i cały kwartał nadbrzeża od Mostu Pomorskiego do ul. Żabiej) to odpędzenie bydgoszczan od rekreacji nad rzeką, by grupka posażnych mieszkańców z apartamentowców miała ładny widok.

Wiedziałem, że Ula ma rację. Wszak służbowo kontaktowała się z Ratuszem i z bliska widziała pracę prezydenta. Wiedziałem, bo mój pomysł na zagospodarowanie Młynów Rothera pyszną i niezwykłą Panoramą Bitwy pod Monte Cassino Ratusz zbył milczeniem, a ozdobieniu Pałacu Młodzieży mozaiką na wzór budowli Hundertwassera przeciwstawił konwencjonalne odświeżenie elewacji.

Wreszcie znałem doświadczenia Witka – męża Uli – z Rafałem Bruskim z czasów, gdy ten pełnił funkcję wojewody. Witek szukał wówczas wsparcia dla ratowania jednego z najstarszych zakładów w mieście. Bruski nie tylko nie pomógł, ale nawet nie okazał zainteresowania upadającym przedsiębiorstwem. W ostateczności, za cenę wielu wyrzeczeń i wyprowadzki z centrum, Witkowi udało się postawić firmę na nogi, niemniej stało się to przy całkowitej obojętności władz lokalnych.

Mimo wszystko jeszcze raz zaryzykowałem: w końcu nie chodzi o osobę prezydenta, lecz o dobro miasta. I o nasz szacunek dla tych, co na chwałę Bydgoszczy uprawiają sport. Wykonałem kilka wizualizacji i opatrzywszy uwagami posłałem.

 

Bydgoszcz, 8.VI.2017r.

 

Do

Prezydenta miasta Bydgoszczy

pana Rafała Bruskiego

 

 

Szanowny Panie Prezydencie!

 

 

Na Nadbrzeżu Manikowskich, w bezpośrednim sąsiedztwie Hali Sportowo-Widowiskowej „Łuczniczka”, z dnia na dzień rośnie całoroczne lodowisko miejskie. Z tej okazji warto się zastanowić, czy to miejsce nie dopełnić dodatkową atrakcją, która wiele mówiłaby o naszych tradycjach sportowych.

Każde miasto chce być sławne – sławne wydarzeniem historycznym, sławne jakimś zadziwiającym obiektem, sławne przedsięwzięciami kulturalnymi bądź sławne sławą mieszkańców – i w ten sposób się wyróżnić bądź podnieść swój prestiż na tle innych miast. Bydgoszcz nie należy tu do wyjątków. Dlatego powstała na ulicy Długiej Bydgoska Aleja Autografów. Teoretycznie jej zadaniem jest uhonorowanie osób zasłużonych dla Bydgoszczy.

Ale czy rzeczywiście tak jest? Co dla Bydgoszczy uczynił bogacz Kulczyk, żeby ten zaszczyt go spotkał? To prawda, że tu się urodził i to prawda że się zasłużył, ale… dla Poznania. Jego eksmałżonka, rodowita poznanianka, „Zielonymi Arkadami” uczyniła więcej dla naszego miasta niż Jan Kulczyk w całym swoim życiu. Poza tym na biznesmenie ciąży nieetyczność zachowań gospodarczych, choćby przy wykupie „Ciechu”, który, jak wiemy, doprowadził do likwidacji bydgoskiego „Zachemu”. Korzystne przejęcie „Ciechu” oznaczało znaczne uszczuplenie skarbu państwa, czyli stratę dla całego społeczeństwa.

Inną postacią z Bydgoskiej Alei Autografów jest Lech Wałęsa. Wałęsa – wiadomo: pierwszy przewodniczący „Solidarności”, laureat pokojowej Nagrody Nobla, drugi Prezydent RP. Ale ten człowiek-legenda ma też drugie, mniej świetlane oblicze, na które nakłada się i polityczne warcholstwo, i łamanie prawa za swej prezydentury znane pod pojęciem „falandyzacji prawa”, i na którym przeszłość ciąży w postaci płatnej współpracy z komunistyczną Bezpieką oraz niszczenie donosami kolegów z opozycji. Miotający się dziś w kłamstwach Wałęsa przypomina Drzymałę, który nie dorastał do legendy swojego wozu. Ale pomińmy kontrowersyjność jego osoby i wróćmy do jego zasług dla grodu nad Brdą. Czy tylko dlatego, że brat się w Bydgoszczy osiedlił i że stąd pochodzi jego wieloletni zausznik Mieczysław Wachowski, tabliczka z podpisem Wałęsy znalazła się na ulicy Długiej? Bo przecież naszemu miastu wielki Lech nie ofiarował nic, a jedyne, co mógłby, to ubogacić nas jedną ze swych słynnych maksym: „Jestem za, a nawet przeciw”.

Kolejną personą uhonorowaną na ulicy Długiej jest polityk Radek Sikorski, który związany jest z Bydgoszczą poprzez urodzenie i maturę. Jako minister palcem nie kiwnął w naszych sporach z zaborczym Toruniem, a jedyne, co dokonał, to jednorazowe wydarzenie dyplomatyczne, czyli spotkanie przedstawicieli Unii Europejskiej w Ostromecku. Złośliwi powiadają, że dlatego je zorganizował, bo z dworku w Chobielinie, gdzie osiadł, bliżej do Ostromecka niż do Warszawy.

Dziś, kiedy formacja, z którą się związał, w wyniku wyborów została odsunięta od rządzenia, pan Radosław jest osobnikiem krzykliwie wojującym na twitterze, bo kiedy był u władzy, to znaczy, że to była demokracja, a kiedy on tej władzy nie ma, bo społeczeństwo przy urnie tak zadecydowało, to znaczy, że jest totalitaryzm i faszyzm. Dziwne pojęcie demokracji, w której nie ma miejsca dla oponentów. Brzydko pachnie dyktaturą.

Czy naprawdę trzeba było honorować tablicą z brązu kogoś, kto mimo ministerialnych funkcji nie ma w sobie żadnej klasy, po przegranej nie umie odejść z godnością i nie uznaje wynik obywatelskiego wyboru? Kto reprezentuje myślenie jak u Sienkiewiczowskiego Kalego („Kiedy Kalemu ukraść krowę, to źle, kiedy Kali ukraść krowę komuś – to dobrze”)? A co z generałem Dulębą, który po uznaniu go za tajnego współpracownika władz komunistycznych, sam zażądał usunięcia płyty ze swoim autografem? Czy wybór jego osoby na ten zaszczyt był fortunny?

Po tych kilku nazwiskach widać wyraźnie, że aleja autografów nie do końca spełnia zamysł jej twórców i oczekiwania bydgoszczan, że wzbudza kontrowersje.

Ale jest coś, o czym w naszym mieście możemy mówić z dumą, coś, czym śmiało możemy się chwalić i co bez żadnych obiekcji możemy uczcić. I najważniejsze: coś, o czym nigdy nie powinniśmy zapomnieć. To nasz sport. A zwłaszcza kwintesencja sportu w postaci osiągnięć olimpijskich.

Od 1928 roku, od olimpiady w Amsterdamie, mamy 26 utytułowanych olimpijczyków z Bydgoszczy, a jeśli dodamy do tego sportowców z naszego regionu, będzie ich znacznie więcej. Jest więc kogo honorować. I o kim warto pamiętać.

W jaki sposób ich uczcić i wyeksponować ich osiągnięcia? – gwiazdami w chodniku jak w Hollywood Walk of Fame? odciskami dłoni w betonie à la Hollywood Boulevard? Właściwie wszystkie aleje gwiazd w Polsce są wariantami tych dwóch rozwiązań.

W Bydgoszczy możemy uczynić to inaczej, a zarazem… bliżej idei antycznego olimpizmu, gdyż w starożytności najwspanialsi rzeźbiarze uwieczniali w brązie i w kamieniu zmagania sportowe oraz ich zwycięskich bohaterów. Możemy wystawić kolumny z artystycznym wyobrażeniem zawodów sportowych, na których przytwierdzane byłyby tabliczki z informacją o olimpiadzie, pozycji medalowej i dyscyplinie oraz z nazwiskami naszych rodzimych triumfatorów. Dlaczego kolumny, a nie po porostu pomniki? – po pierwsze, ze względów na kulturową tradycję: kolumny – niekoniecznie w porządku greckim – są ukłonem w stronę starożytności. A po drugie, ze względów czysto utylitarnych: na jednym słupie można umieścić po kilka tabliczek.

Kwestią otwartą pozostaje, jak wyobrazić idee sportu na owych kolumnach? Czy ma to być realistyczne przedstawienie nagrodzonych medalami dyscyplin, czy też wizja sportu w ogóle?

Skłaniam się ku tej drugiej możliwości, albowiem nawet najzręczniejsze wykreowanie zmagań fizycznych ustępuje fotografii. A poza tym jeśli na słupie wystawimy sylwetki bokserów lub ciężarowców, nie przyczepimy wówczas do kolumny informacji o sukcesach w wioślarstwie czy w maratonie, gdyż to zupełnie inne dyscypliny i z tematyką kolumny niezgodne.

Należy również pamiętać, że stworzenie realistycznych postaci w sportowym działaniu nie zawsze jest artystycznym sukcesem na miarę „Dyskobola”, o czym bydgoszczanie boleśnie się przekonali z okazji XII Mistrzostw Świata Juniorów w Lekkiej Atletyce, w 2008 roku. W różnych punktach miasta stanęło wówczas 25 figur „biegaczy”. Wykonane z żywicy syntetycznej przez artystę Kubiaka sylwetki miały promować idee sportu, a w szczególności owych XII Mistrzostw Świata. Artysta Kubiak, niestety, nie okazał się bydgoskim Myronem. Nie okazał się też cieniem Myrona ani nawet cieniem jego dłuta. Jego makabryczne postaci jako żywo kojarzyły mi się z ekshumacją zwłok pomordowanych w Katyniu. Odczucia innych bydgoszczan musiały być podobne, skoro na każdym kroku zawzięcie niszczono odrażających „biegaczy”. Obecnie garstkę ocalałych żywic – kiczowato upstrzonych farbą – można ze szkoda dla oczu oglądać przed wejściem na Stadion „Zawiszy”.

Po przygodzie z realizmem sportowym w rzeźbie – zwłaszcza tym w wydaniu artysty Kubiaka, który raczej słynie z popularnego, wielkomiejskiego kiczu typu soft, czego przykładem postać dyrektora Szwalbego przed Filharmonią – w przedstawieniach, które miałyby znaleźć się w alei olimpijczyków, lepiej szukać niczym nie ograniczonej twórczej wizji sportu. Po pierwsze, tematyka obiektów luźno łączyłaby się z ideą uwiecznienia naszych olimpijczyków, po drugie, dzieła dawałaby satysfakcję miłośnikom sztuki, którzy kochają rzeźbę dla samej rzeźby i którzy delektują się jej formą, całkowicie abstrahując od jej powiązania z czymś doraźnym, a po trzecie, swą piękną dziwnością rzeźby przyciągnęłyby zwykłych śmiertelników, co przełożyłoby się na turystyczną atrakcyjność przedsięwzięcia.

W Bydgoszczy jest jeden artysta, którego cały – zawsze wysokiego lotu – dorobek twórczy gwarantuje, że aleja olimpijczyków będzie niezwykła i to nie tylko na skalę naszego miasta. To bardzo ceniony i wielokrotnie nagradzany mistrz małej formy, pan Aleksander Dętkoś. Rzeźbiarz mistrzowsko łączy kamień z brązem i dziełom swoim nadaje surrealistyczną formę. Patrząc na każdą przez niego wykonaną pracę, zapominamy o tworzywie, gdyż masywnym kamieniom i twardym metalom nadaje lekkość rysunku. Często jego rzeźby to właśnie szkice, tyle że zrealizowane w trzech wymiarach. Dziwność, atmosfera niedopowiedzenia i poezji, ale i swojskość sprawiają, że nawet konserwatywni odbiorcy w pełni akceptują jego jakby senny nierealizm. Dlatego tylko Aleksander Dętkoś mógłby podołać zadaniu i dać nam dzieła na miarę „Potopu” Lepcke’go i antyków Igora Mitoraja. Żeby nie być gołosłownym, w moich – przykładowych, a więc do przedyskutowania – wizualizacjach alei posłużyłem się pracami rzeczonego artysty.

A co na to pan Aleksander Dętkoś? – myślę, że nie miałby obiekcji, ponieważ kilka jego rzeźb o tematyce sportowej znajduje się w Muzeum Sportu w Warszawie. A poza tym ma doświadczenie z dużą, monumentalną formą, gdyż wykonał wedle projektu Stanisława Horno-Popławskiego „Pomnik Nieznanego Powstańca Wielkopolskiego” przy ul. Bernardyńskiej.

Pozostaje jeszcze kwestia lokalizacji owych kolumn upamiętniających dokonania naszych olimpijczyków. I tu dochodzimy do wspomnianego na początku mego pisma nadbrzeża, w tym i Nadbrzeża Manikowskich.

Najlepszym miejscem na lokalizację wydaje się teren wzdłuż naszej poczciwej Brdy, albowiem właśnie tu usytuowane są przystanie sportów wodnych, tu postawiono Halę Sportowo-Widowiskową „Łuczniczka” oraz halę sportową „Artego Arena” i tu powstaje całoroczne lodowisko kryte dla mieszkańców naszego miasta. Myślę, że w ciągu spacerowym pomiędzy Starówką a obiektami sportowymi aleja olimpijczyków byłaby wspaniałym dopełnieniem urokliwej przestrzeni nad rzeką i dodatkową atrakcją dla turystów.

Z poważaniem –

Waldemar Pasiński

 

 

Na kolejnych fotografiach przedstawiłem różne warianty lokalizacji Alei wzdłuż Brdy.
Zarówno ilość jak i wysokość kolumn nie jest obligatoryjna.
 

Aby dać wyobrażenie, jak mogłyby wyglądać słupy z rzeźbami sportowymi Aleksandra Dętkosia, posłużyłem się kilkoma realizacjami artysty w typowym dla niego stylu

 

Na odpowiedź Ratusza nie przyszło mi długo czekać, ale… odpowiedź mimo kurtuazji była potwierdzeniem słów Uli: prezydent nie zamierzał podjąć pomysłu. Postanowił Aleję potraktować jak kukułcze jajo i podrzucić je… władzom klubu sportowego „Zawisza”:

 

Dziękuję za przedstawioną propozycję stworzenia nad Brdą „Alei Bydgoskich Olimpijczyków”. Doceniam kreatywność, a także głębokie przemyślenie tematu. Koncepcją tą zainteresuję Galerię Sportu Bydgoskiego, działającą przy Cywilno-Wojskowym Związku Sportowym Zawisza, będącą jednocześnie siedzibą Regionalnej Rady Olimpijskiej. Ta instytucja zajmuje się między innymi kreowaniem poczucia lokalnej tożsamości w obszarze sportu.

Z poważaniem

Rafał Bruski

 

 

Ciekawe, że gdy przyszło stawiać halę sportową „Artego Arena” pan prezydent Bruski nie wmawiał bydgoszczanom, że to władze sportowe „Zawiszy” winny wybudować obiekt. Również budową lodowiska krytego nie obarczał klubu. Ani zagospodarowaniem nadbrzeża, gdzie i przystanki tramwaju wodnego, i ławeczka à la Gaudi, i obiekty do ćwiczeń sportowych. Zatem jego odpowiedź na mój projekt jest tylko uprzejma kpiną.

I w ten bardzo, bardzo smutny sposób pan Rafał Bruski jeszcze raz udowadnia, że jako prezydent Bydgoszczy to, co najlepiej umie robić, to nic nie robić. A ponieważ przed kolejnymi wyborami trzeba się jakoś wykazać, więc zamiast troszczyć się, choćby o nierówne chodniki i plagę nieprzepisowego parkowania w centrum, woli podskakiwać z hultajstwem sprzedawczyków skrzykniętych w KODzie i być chłopcem z ferajny Don Schetynina, co wbrew woli narodu i polskiej racji stanu szmuglować pragnie hordy islamskich barbarzyńców na zatracenie naszej godności, naszej wiary i naszej tożsamości narodowej.

Oj, panie Bruski, źle to wróży pańskiej kampanii wyborczej o trzecią  prezydenturę!