Nasza kolejna wycieczka rowerowa odbyła się bez Janusza. Ten prawdziwy wuwu (albo voo voo, czyli wierny wiarus) naszych eskapad na dwóch kółkach podczas karnawałowych szaleństw obiecał bowiem osobą swoją służyć płci nadobnej w weselnych uroczystościach. A że para młoda i ślub w Koszalinie, więc na dwa dni dla morza, panny i zabawy porzucił Bydgoszcz, Brdę i kolarzówkę o wdzięcznej nazwie Błękitny Xiążę. Mam nadzieję, że bawił się dobrze i że serce do którejś z pań żywiej mu zabiło.

 

Tak więc w naszej wyprawie przyszło mi za Janusza Różańskiego pełnić rolę przodownika stada. Z zadania tego nie wywiązałem się wzorowo: kiedy bowiem w Zamku Bierzgłowskim zmyliłem drogę do Bierzgłowa i po brawurowej jeździe w dół, w trzydziestostopniowym upale trzeba było z językiem wyciągniętym po błotnik wspinać się z powrotem na górę, w oczach kolegów wyraźnie widziałem mordercze błyski…

Poza tym niespecjalny ze mnie rachmistrz: obiecywałem wycieczkę 60-70-ciokilometrową, a kilometrów wyszło 80-siąt z groszami. Strach pomyśleć, co by było, gdybyśmy na fali entuzjazmu Tomka i Stasia powędrowali jeszcze dalej – do samego Torunia. Z Zamku Bierzgłowskiego to już tylko 17 km, a co z koniecznością powrotu czyni 34 i do tego trzeba dodać jakieś 10 km jazdy po mieście… Gdybyśmy ulegli namowom, dla niektórych z nas powrót mógłby wyglądać nietęgo: zez w oczach, nos poniżej kierownicy i ciężkie nogi, które ledwo powłóczą kołami.

Janusz, chociaż go nie było wśród nas, patronował naszej wyprawie. To jego pomysł był, aby wypróbować oddaną do powszechnego użytku w zeszłym roku ścieżkę rowerową z Torunia do Unisławia. I to z nim oraz z Witkiem i Sławkiem, czyli z dwoma mocarzami rowerów, dwa dni wcześniej tę trasę pokonałem.

 

Witek, Janusz i Sławek na stacji Łubianka

 

Trzeba powiedzieć dobitnie: Toruń się postawił. Ścieżka jest wspaniała. Powstała za unijne pieniądze w miejsce dawnej kolejki wąskotorowej. Niemniej mam dwa zastrzeżenia: po pierwsze, brakuje wiat dla rowerzystów; a po drugie, kiedy ścieżkę przecinają drogi powszechnego użytku, brakuje informacji skąd i dokąd one prowadzą. Bo przecież komuś może przyjść do głowy chęć, by z jakichś powodów zjechać z trasy lub zmienić kierunek wycieczki.

Ale i tak sama droga dla rowerzystów to bajka. Jest naprawdę trafieniem w dziesiątkę: nie ma jeszcze sezonu urlopowego, a w czwartek i w sobotę, i to w porze powszechnego zarobkowania, pełno profesjonalnych rowerzystów! To nie miejscowi, co na kołowcach zasuwają z domu na pole patrzeć, jak im pietruszka rośnie, lecz mieszczuchy, którzy pedałowaniem urozmaicają sobie czas, estetyzują się wytworami natury lub zrzucają kalorię. No, panie Michale Zaleski, prezydencie Torunia, ta ścieżka rowerowa to liść laurowy w Pańskim wieńcu!

Oto garść fotograficznych wrażeń:

Rozpoczynamy włóczęgę ulicą Kamienną

Obok Tomka dawno nie widziany na rowerze Mrówcia – weteran wszelkich potyczek w grze „Diablo” i wielbiciel filmowej epopei „Władca pierścieni”. Jego idolem w Tolkienowskim dziele jest krótki i gruby krasnolud Gimli. Mrówcia niegdyś bardzo starał się upodobnić do ulubionej postaci, ale doszedł do wniosku, że i tak krasnoludem się nie stanie, więc chwycił za rower i… przestał być pękatym. Mrówcia ponadto charakteryzuje się dużym serduchem, dlatego na dwa lata rzucił rower, by siostrze pomagać w pielęgnacji dziecięcia (co zapewne nie było zbyt przyjemnie i bardziej przypominało hodowlę, bo berbecie w tym wieku są z reguły czwororękie, o sile w płucach trzech tenorów). Ale małe odchowane, więc teraz już wrócił na łono rowerzystów.

Bydgoszcz-Bielawy – jak zawsze szlaban.

Budowa linii tramwajowej do Fordonu wre.

W „Decathonie” uwagę Grzegorza zwrócił samochód „Dacia”. Tak, tak, stara rumuńska firma w nowym i modnym wcieleniu. Pośród wielu możliwości prezentowanej maszyny zabrakło jednej, aczkolwiek bardzo istotnej dla miłośników książek o Panu Samochodziku: samochód nie był amfibią. Pewnie dlatego Grzegorz pozostał przy rowerze.

Tomek dopieszcza swojego Niebieskiego Turlacza nie tylko kwiatami, ale i czymś bardziej wymiernym: zakupił w „Decathlonie” piękne lusterko.

Na Czarnym Proroku żwawo pomykam na Most Fordoński, skąd widok rozległy na królową rzek Polski oraz…

…skutki przejścia fali powodziowej po ostatnich nawałnicach na południu kraju. Tomasz świadkiem, że niewiernym Tomaszem okazał się Grzegorz, który zalaną drogę mimo wszystko próbował przejechać.

Jak na swą drugą daleką jazdę na rowerze, na wzniesieniu do Ostromecka Mrówcia radzi sobie całkiem dobrze.

Lampy, lampeczki, lampunie, czyli w Nowym Dworze, każdy orze jak może.

Kiedyś rolnik modlił się o deszcz. Teraz cywilizacja zastępuje deszcz

Bogata i ruchliwa Dąbrowa Chełmińska. Charakterystyczne dla niej punkty topograficzne to elektrownia powietrzna i wieża kościelna.

W sobotnim rejwachu, Tomek rozpoznaje Anię, naszą dawną koleżankę z pracy, która promując wyroby regionalne, zaprasza wszystkich przechodniów na degustację mięsa, kiełbas i smalcu.

Anna Kubas-Fałczyk – nasza wspaniała koleżanka z pracy, zawsze życzliwa, zawsze roześmiana i energiczna – ma niezwykły zmysł estetyczny, który nie sprowadza się tylko do dodawania blasku przedmiotom powszechnie uznanym za piękne. Ania potrafi dostrzec urodę tam, gdzie zwykły śmiertelnik jej nie widzi, i choćby podartemu i przepoconemu podkoszulkowi przydać takiej aury, że podniecony klient chwyta się za portfel z okrzykiem „Muszę to mieć!” Aktualnie Ania prowadzi własny sklep, wspólnie z mężem wychowuje córeczkę i udziela się na rzecz Dąbrowy Chełmińskiej jako radna. Jako radna miała dla nas dobrą wiadomość: powstaje bezpieczna dla pieszych i rowerzystów droga z Dąbrowy do Unisławia. Już w niedalekiej przyszłości nie będziemy musieli z duszą na ramieniu wkraczać na asfalt, na którym roi się od tirów i niespełnionych rajdowców.

Kosztujemy troszkę z regionalnych wiktuałów (kusiło nas, by więcej, ale przed nami droga daleka, więc jazda o pełnym żołądku mogłaby wyglądać nieciekawie) i nieco plotkujemy o dawnych, wspólnych chwilach. Na koniec Tomek, Ania i ja robimy sobie pamiątkową fotkę, bo kto wie, kiedy i w jakich okolicznościach jeszcze się spotkamy.

Grzegorzowi i nam wszystkim jazda na Unisław zgotowała sporą niespodziankę, ponieważ…

…nagle zobaczyliśmy przed sobą prawdziwy zaprzęg konny! Koń, koń, prawdziwy koń! Widok ten jest już tak archaiczny, że aż piękny. Mało tego, dziś bardziej nam się kojarzy z filmami o dawnych czasach niż z polską wsią. O tempora, o mores!

Tomek zadowolony, bo wreszcie przed nami ścieżka rowerowa Toruń-Unisław.

Miejsce pamięci narodowej, które początkowo braliśmy za miejscowe sanktuarium. Niestety, wszędzie II wojna światowa pozostawiła swe ślady. Szkoda tylko, że nie wymieniono tablicy pamiątkowej, bo „Cześć ich pamięci!” pobrzmiewa minioną epoką polityczną.

Po minach Mrówci, Stasia i Grzegorza widać, że jazda nową drogą to prawdziwa bajka.

Zbliżamy się do czegoś, co wygląda jak slumsy.

To dawna stacja kolejki wąskotorowej Wybcz! Dziś jest to raczej stacja socjalna. Szkoda, że niektórzy ludzie wolą mieć piękne samochody, niż pięknie mieszkać.

Na ścieżce co rusz spotykamy innych rowerzystów,co świadczy, że jest ona bardzo popularna.

Stacja Łubianka i ślady po dawnej, kolejowej świetności.

Wzdłuż trasy zachwycają równinne pejzaże.

W tak pięknych okolicznościach przyrody nawet glinianka wygląda jak urocze jeziorko.

ZamekBierzgłowski (miejscowość). Przed nami krzyżacki zamek z 1260 roku.

Na terenie zamku aktualnie mieści się Diecezjalne Centrum Kultury. Oto kilka impresji…

Bierzgłowo, wiatrak „Jan Paweł” z 1867. Mrówcia zaznajamia się z jego historią.

Na prośbę miejscowego proboszcza, księdza kanonika Rajmunda Ponczka, parafianie popluli w łapki i biorą się do obracania młyna. My, jako lud rowerowy – zawsze światu życzliwy, ruszamy z pomocą.

Nasze pospolite ruszenie nie zaowocowało sukcesem: wiatrak drgnął, zaskrzypiał i tyle. Za żadne skarby nie dał się obrócić. I pomyśleć, że drzewiej młynarz w pojedynkę obracał tego czterdziestotonowego kolosa. Karlejemy, słabniemy!

W ramach odsapnięcia po sporym wysiłku Grzegorz i Stasio dokonują oględzin wiatraka.

Z dołu, dla laika takiego jak ja, wszystko wygląda tajemniczo.

Ujęty naszą bezinteresownością w pomaganiu miejscowym, a także naszą ciekawością urządzenia, proboszcz ks. kanonik dr Rajmund Ponczek zaprasza nas do zwiedzania wiatraka . Barwnie opowiada nam funkcjonowaniu tego trzykondygnacyjnego mechanizmu. Wiatrak liczy sobie 14 metrów, a ze śmigą (skrzydłami) dochodzi do 16-tu.

W pewnej chwili sięgam po sznur…

…na którym Tomek prezentuje skutki kontroli skarbowej w przybytku młynarza.

Zbiorowym zdjęciem na tle „Jana Pawła” żegnamy się z Bierzgłowem i gościnnym proboszczem.

Łążyn, wiata autobusowa. Nasz powrót do Bydgoszczy przebiegał w burzliwej atmosferze. Stąd, co rusz, kryliśmy się przed ulewą. Mieliśmy szczęście, gdyż wszelkie deszcze uszły nam na sucho.

W Cichoradzu hodowla dziczyzny. Zadkami koźlaki pokazują nam, w jakim mają nas poważaniu. Ale my się nie obrażamy, bo wiemy, że brykają, brykają, a i tak skończą w puszkach jako pasztety. Niestety, taką smutną jak ulewa konstatacją zakończyła się nasza wędrówka 24-go maja roku Pańskiego 2014.