Drodzy Czytelnicy!

Wszystko się kiedyś kończy – nawet prowadzenie bloga.
Kres temu zajęciu w moim przypadku nie położyły żadne „ważne względy” lub utrata zainteresowania do tego zajęcia. To siła wyższy, czyli czynnik zewnętrzny.
Otóż w moich publikacjach nieodzownym elementem zawsze były ilustracje, ponieważ jestem głęboko przekonany, że świat internetu – mimo wielu słów mądrych i ciekawych – opiera się głównie na obrazie. Wprawdzie nie sama komputeryzacja sprawiła, że ludzkość porzuciła słowo pisane i stała się społeczeństwem piktograficznym, niemniej od czasu oznaczenia symbolem obrazkowym toalet męskich i żeńskich, określenia zasad komunikacji ulicznej w postaci znaków drogowych czy ostrzeżeń o rażeniu prądem lub toksyczności chemikaliów stopniowo tak się właśnie stało. Alfabet piktograficzny jest bowiem zrozumiały w każdym języku i pod każdą szerokością geograficzną. Zdominował więc naszą codzienność. Zdominował również zerojedynkowy świat rzeczywistości wirtualnej. Bez obrazu tak naprawdę tekst ucieka nam z ekranu i głowy. Dlatego jest głównym spoiwem bloga, najważniejszym czynnikiem mobilizującym do czytania.
I tu w świecie przekazu piktograficznego spotkał mnie cios. Otóż we wrześniu – bez jakichkolwiek wcześniejszych sygnałów – Onet ogłosił że z końcem października bieżącego roku zamyka dysk.onet.pl. Zamyka i już. Prosi użytkowników, by zabrać swoje materiały, bo ulegną likwidacji, i tyle. Niczego nie proponuje w zamian. Prosiłem o wyjaśnienia, lecz odpowiedź ze strony Onetu była tylko powieleniem oficjalnego komunikatu, co z bezdusznego lakonizmu urzędowego można przetłumaczyć na nasze: „Bierz swe klocki i spieprzaj, dziadu!”
Niezorientowanemu wyjaśniam, że ilustracje, które on widzi na ekranie, nie są częścią tekstu, lecz są osobno przechowywane w innym miejscu, czyli na innym dysku, gdyż pojemność każdego wpisu byłaby tak wielka, że szybko wyczerpałaby przyznany limit na każdego bloga. Mówi się wówczas, że ilustracje są „w chmurze”, a widoczne są u czytelnika poprzez łącza URL. Jeżeli zatem likwiduje się dysk z wszelkiego rodzaju wizualizacjami (filmiki, grafiki, fotografie), automatycznie łącza URL zostają przerwane i owe wizualizacje pracowicie wklepywane w tekst przez autora po prostu znikają z bloga.
Jaka zatem rada? Przenieść zbiory ilustracyjne na inny dysk i pracowicie jak mróweczka, jeszcze raz wpis za wpisem przez wszystkie lata blogu tworzyć na nowo łącza URL.
Przyznaje, że dla mnie jest to robota głupiego: prowadzenie bloga miało być przyjemnością, nie zaś koszmarem. Dlatego bez sentymentów żegnam się z adresem pasinski.blog.pl i zaczynam nowy rozdział w internetowej przygodzie ze słowem.
Nie zdecydowałem się ostać na portalu blog.pl, ponieważ jest on związany z Onetem, a skoro Onet jedną rzecz likwiduje i drugą, albowiem z końcem roku przestaje istnieć kultowy digart.pl, gdzie pomieszczałem swoje prace plastyczne, wkrótce może zlikwidować inną – choćby blog.pl – i wynieść się z Polski. Mógłbym wtedy ze swoimi wpisami obudzić się jak z ręką w nocniku. Dlatego skorzystałem z rady „Bierz swe klocki i spieprzaj, dziadu!” i teleportowałem się do Amerykanów na Google.
Chętnych zapraszam do mojego nowego bloga:

waldemarpasinski.blogspot.com

A wszystkim, którzy śledzili me potyczki ze słowem, sztuką i miastem, pragnę serdecznie podziękować za zainteresowanie –

Waldemar Pasiński