Cień wampira nad „Mozaiką”

Kilka objaśnień na wstępie


Klub Miłośników Filmu „Mozaika” im. Jerzego Orlicza jest jednym z najstarszych, największych i najbardziej prężnych klubów filmowych w Polsce. Rozpoczął swoją działalność 7 września 1958 roku pokazem w kinie „Wolność” filmu Stanisława Różewicza „Wolne miasto”. Nazwę swą zawdzięcza konkursowi ogłoszonemu w 1963 roku, a imię zmarłemu w 2004 roku wieloletniemu prezesowi, animatorowi kultury filmowej w regionie, Jerzemu Orliczowi. Seanse odbywają się zawsze we wtorki. W długiej historii Klubu pokazywano miłośnikom kina filmy głośnie, filmy kontrowersyjne, czasem objęte zakazem cenzury, a czasem z tak egzotycznych kinematografii, że nigdy nie rozpowszechniane w Polsce. Bywały i pokazy przedpremierowe, na które przyjeżdżali twórcy. Dość powiedzieć, że z różnych okazji „Mozaika” gościła Roberta Glińskiego, Kazimierza Karabasza, Kazimierza Kutza, Joannę Kos Krauze i jej męża Krzysztofa Krauze, Bogusława Lindę, Karolinę Gruszkę, Bartłomieja Topę, zaś Andrzeja Wajdę i węgierskiego reżysera Pétera Bacsó zaszczyciła honorowym członkostwem. Niepowtarzalna atmosfera i bogaty repertuar sprawiają, że przez „Mozaikę” przewijają się całe pokolenia kinomanów. Doszło do tego, że członkostwo w Klubie przechodzi z ojca na syna, a teraz już nawet na wnuka…

Od lat mam przyjemność należeć do Klubu, a także w miarę aktywnie uczestniczyć w pracach jego Zarządu. Z okazji 50-lecia istnienia ”Mozaiki” postanowiłem zatem przybliżyć kinomanom co nieco z obrad nad kształtowaniem naszego repertuaru. Moja relacja – obok publikacji innych osób – miała stanowić część składową planowanej przez Zarząd monografii. Niestety, z różnych przyczyn do powstania książki nie doszło. Pozostał tekst, który jakoś się nie zestarzał i który niniejszym ogłaszam.

 

Cień wampira nad „Mozaiką”

 

Zarządzanie klubem filmowym nie ma nic z romantyki pokazu w ciemnej, wypełnionej po brzegi sali kinowej. Tu stąpa się twardo po ziemi, tu wędruje się pomiędzy stertami rachunków a gąszczem przepisów prawnych, tu negocjuje się umowy zarówno z dystrybutorami filmowymi, jak i właścicielami kina, tu ustala się usługi niezbędne dla „Mozaiki” i rozmawia z ich wykonawcami, tu króluje skarbnik i księgowa.

Niemniej jasną stroną tej żmudnej i raczej mało atrakcyjnej pracy jest punkt, w którym omawia się bieżący repertuar filmowy dla Klubu. To jest ten najbardziej oczekiwany na zebraniu moment – moment, kiedy do głosu mogą dość namiętności, które każdego członka Zarządu popychają do kina, które każdego sprowadziły do „Mozaiki”, które każdemu dają chęć do działania na rzecz „Mozaiki”, namiętności, które kryją się pod pojęciem kinomania. Ileż rozmaitych propozycji wówczas pada i jakież argumenty godne retorów antycznych za nimi się stawia, ażeby ten, właśnie ten film pokazać Klubowiczom! Rozpalonymi spojrzeniami, wypiekami na twarzach i podniesionymi głosami nasi działacze bardziej przypominają dokazujących wisusów niż grono mędrców z „Mozaiki”. A wszystko w imię filmu!

Podczas jednej z takich burzliwych debat, w lutym 2002 roku, nasz honorowy, nieodżałowany Jerzy prezes Orlicz rzucił propozycję, by widzom „Mozaiki” pokazać film E. Eliasa Mehrige’a „Cień wampira”. Wiadomość mnie zelektryzowała: dzieło tego awangardowego, acz mało w Polsce znanego artysty opowiada bowiem historię powstania jednego z arcydzieł kina niemego rodem z Niemiec, czyli wampirycznego „Nosferatu – symfonia grozy”.

 

 

Kadr z filmu F.W. Murnaua

„Nosferatu” powstał w 1921 roku. Początkowo miał być ekranizacją powieści „Dracula” Bram Stokera, lecz kiedy spadkobiercy irlandzkiego autora nie zgodzili się na film, reżyser Friedrich Wilhelm Murnau cynicznie posiłkując się „Draculą”, stworzył własną wersję wampira. I stworzył ją znakomicie, gdyż pełna niedopowiedzeń i posępnej urody opowieść o wyprawie tajemniczego hrabiego Orloka z opustoszałego zamczyska w Transylwanii do zrujnowanego domostwa w niemieckim Wisborgu, o szczurach i zarazie w miasteczku i o ostatecznym unicestwieniu wampira za cenę życia niewinnej kobiety – wbrew dotychczasowym skłonnościom niemieckiego ekspresjonizmu do budowania fantastycznych przestrzeni w atelier – rozgrywa się w naturalnych plenerach, co niezwykłej historii dodaje autentyzmu.

Mimo że „Nosferatu” jest filmem grozy, niewiele u Murnaua trików: lekko przyspieszony ruch w niektórych scenach z wampirem oraz użycie negatywu w kreowaniu widmowego pejzażu. Nic ponadto, a jednak efekt niesamowitości utrzymany jest do końca.

O sukcesie filmu, o jego irracjonalności zapadającej głęboko w pamięć widza, poza nieskładną pozornie, meandryczną narracją oraz wielopoziomową strukturą dzieła przesądza kreacja tytułowego Nosferatu. Długi, łysy osobnik – spiczaste uszy, nos jak potężny dziób drapieżnika i chytre spojrzenie spod krzaczastych brwi – może każdego przyprawić o dreszcz grozy, zwłaszcza, że porusza się on sztywno, jakby mechanicznie, na patykowatych nogach, a u rąk ma wielkie paznokcie, które jego dłonie upodabniają do szponów.

W hrabiego Orloka, czyli w Nosferatu, wcielił się zagadkowy Max Schreck – podobno aktor z teatru Reinhardta, lecz po niemiecku Schreck znaczy strach, tedy nazwisko odtwórcy brzmi jak pseudonim. Jego gra była tak sugestywna, że dzieło Murnaua sprawiało wrażenie fabularyzowanego dokumentu z życia prawdziwego wampira i chociaż należy do zamierzchłej epoki kina niemego nie przestało fascynować i ma nadal grono gorących entuzjastów.

Zalicza się do nich bez wątpienia reżyser Werner Herzog – twórca nie mniej ekscentryczny jak autor „Portiera z Hotelu Atlanic” oraz „Fausta”, twórca nie mniej szalony w swych poszukiwaniach i nie mniej obdarzony wysublimowanym poczuciem smaku – bowiem po blisko sześćdziesięciu latach postanowił dać światu własną wersję historii Nosferatu.

Sięganie po tematy innych twórców bądź kręcenie wedle tych samych scenariuszy to częsta praktyka w świecie filmu. Każdy wie, że sukces finansowy danego obrazu – szczególnie w Stanach Zjednoczonych – owocuje zjawiskami znanymi pod nazwą remake czy sequel. Niemniej przedsięwzięcie Herzoga nie miało precedensu w dziejach sztuki ekranu: nikt bowiem nie tworzył filmu autorskiego w oparciu o cudze arcydzieło filmowe i nie pragnął jednocześnie maksymalnie zbliżyć się do oryginału. A tak właśnie postąpił reżyser „Szklanego serca”!

Jego „Nosferatu – fantom nocy” – dla celów zarobkowych strywializowane przez polskich dystrybutorów głupawym tytułem „Nosferatu – wampir” – z wielkim pietyzmem zachowuje wszystkie elementy fabuły niemego filmu i sposób opowiadania. Nawet wizerunek tytułowej postaci do złudzenia przypomina pierwowzór, gdyż fenomenalny Klaus Kinski wygląda tak samo jak Max Schreck: ta sama łysa głowa, te same spiczaste uszy, te same siekacze jak u gryzoni, te same szpony u rąk. Naśladownictwo z Murnaua poszło jeszcze dalej: Werner Herzog realizował swojego „Nosferatu” dokładnie w tej samej Lubece, dokładnie w tym samym zespole gotyckich kamieniczek i był mocno niepocieszony, kiedy jego bohater wszedł w bramę po lewej, zamiast do bramy na prawo – jak u legendarnego poprzednika…

kadr z filmu F.W. Murnaua

 

kadr z filmu W. Herzoga

 

A jednak mimo owego naśladownictwa z Murnaua obraz Herzoga – bogatszy o dźwięk tudzież kolor – jest inny. O ile Friedrich Wilhelm Murnau uczynił z postaci wampira jedynie wyrazisty znak niszczącego żywiołu, którego wtargnięcie do spokojnej osady przynosi zagładę każdemu, o tyle Werner Herzog uczłowieczył swojego Nosferatu, nadał mu znużenie trwaniem wiecznym pośród tych samych gestów, które ani cieszą, ani krzepią, ani sycą, a które są niezbędne tylko do podtrzymania egzystencji.

- Niemożliwość śmierci jest okrutniejsza od samej śmierci. – zdaje się mówić twórca obrazu filmowego i stąd u wampira bezbrzeżny smutek, i stąd jego obecność w miasteczku mimo wielkiego żniwa nie oznacza triumfu śmierci.

W ogarniętym zarazą Wisborgu panuje marazm: miast bronić się, bać i buntować, mieszczanie tańczą i ucztują na ulicach – obojętni na tysiące szczurów kłębiących się u ich nóg. Ale to nie jest odzwierciedleniem średniowiecznego danse macabre, to wyraz niemocy względem metafizycznego zła, którego ucieleśnieniem stał się właśnie Nosferatu.

Ale czy wampir rzeczywiście istnieje? Napotkani w Transylwanii u podnóża Karpat Cyganie twierdzą, że kto przejdzie wąwóz Borgo znajdzie się w krainie złudy, że zamek wampira jest tylko ruiną. Być może Nosferatu tak naprawdę jest wytworem zbiorowej halucynacji…

Jak twierdzi Andrzej Kołodyński w „Seansie z wampirem,” w „Nosferatu – symfonia grozy” Murnau odwoływał się do logiki alegorii – tworzył ponurą baśń o życiu zagrożonym przez śmierć. Natomiast w „Nosferatu – fantom nocy” Herzog podważył wszelką logikę i tym samym zakwestionował sens ludzkiej egzystencji.

Cokolwiek by nie sądzić o przesłaniu reżysera „Woyzecka” jego naśladownictwo z Murnaua – filmowane w manierze malarzy holenderskich z siedemnastego wieku tudzież romantycznego Caspara Davida Friedricha – jest niewątpliwie arcydziełem. Dlatego wiadomość, że powstał kolejny obraz inspirowany historią Nosferatu i że ten obraz ma trafić na ekran „Mozaiki” wprawiła mnie w euforię.

„Cień wampira” opowiada o kulisach powstawania „Nosferatu – symfonia grozy”. Jest filmem o filmie. Czemu więc nie pokazać obu utworów razem, na jednym seansie? Widz, który ujrzałby nieme arcydzieło niemieckiego ekspresjonisty, łatwiej by rozeznał się w aluzyjności współczesnego „Cienia wampira”. Mógłby w pełni docenić kunszt charakteryzacji oraz imitowania dawnego obrazu. Tym samym mógłby w pełni zrozumieć fascynację wielu artystów dawnym kinem i to, że w taki czy inny sposób starają się złożyć mu hołd.

Zgłosiłem więc na zebraniu tę propozycję.

Pomysł, by film Murnaua i Mehrige’a pokazać razem, zyskał i… nie zyskał aprobaty naszego prezesa honorowego.

- Panie Waldku, świetne skojarzenie, ma pan kino we krwi, ale – perswadował mi Orlicz. – po co taki wyszukany seans? Ten cały Mehrige to nie jest ktoś na miarę Herzoga. Herzog – zgoda, to rozumiem. Herzog jest klasą sam dla siebie i o tym pan doskonale wie, bo jest pan przecież miłośnikiem jego filmów. Ale Mehrige? To jest nikt z półświatka awangardy. Głowę dam, że więcej o nim nie usłyszymy. Nie warto go celebrować, specjalnie sprowadzając dzieło Murnaua.

- No tak, ale „Cień wampira” znalazł się w kręgu zainteresowań naszej „Mozaiki” właśnie dlatego, że ów Mehrige zmierzył się z „Nosferatu” Murnaua!

- To prawda. Ale „Cień wampira” to tylko żart filmowy, taki bibelocik.

- Każdy pretekst jest dobry, by pokazać arcydzieło kina niemego.

- Ja pana rozumiem i gratuluję pomysłu, ale to się nie uda. Nie mówię, że byłyby kłopoty z kopią, bo z Filmoteki Narodowej dadzą nam Murnaua. Nie ma problemu. Ale film niemy dzisiaj? Gdy ludzie chcą „Gladiatorów”, „Matrixów” i „Gwiezdnych wojen”? Nie, to się nie uda, ludzie tego nie kupią.

- Skąd wiesz, Jurku, że nie kupią? – poparł mnie Jurek Kosiorek, czyli siła napędowa naszego „Informatora repertuarowego” i ówczesny wiceprezes. – Kiedy ostatni raz pokazywaliśmy nieme kino w „Mozaice”? Z piętnaście lat temu? Ja w każdym bądź razie nie pamiętam, by później jakiś niemy film u nas się pojawił. –

Owo niepamiętanie brzmiało jak wyrok ostateczny, bowiem Jurek Kosiorek – z wykształcenia ekonomista, z zamiłowania buchalter filmowy – o każdym obrazie, który trafiał na ekran naszego Klubu wiedział wszystko: kto i kiedy reżyserował, kto stał za kamerą, kto błysnął w głównej roli, a kto w epizodzie, w jakiej wytwórni dany film powstał, na jakich festiwalach zbierał nagrody i… jaki jest jego czas, by publiczność wieczorem zdążyła na tramwaj lub autobus.

- Ja w ogóle uważam, że powinniśmy wrócić do dawnego zwyczaju, kiedy raz w miesiącu pokazywaliśmy stary film. Pamiętasz, Jurku, cykl „Pro memoria”? Albo twoje ostatnie dzieło „Dyskretny urok socrealizmu”? Teraz do Klubu przychodzą młodzi ludzie, którzy w ogóle nie mają pojęcia o kinie René Claira czy Renoira. Nie wiedzą, kto to był Gerard Philipe, Gary Cooper, Greta Garbo, bo tego w telewizji nie pokazują! Dlatego jestem za pomysłem Waldka. Trzeba pokazać niemego „Nosferatu”.

- Jurku, czasy się zmieniają. – nasz honorowy się stropił, bo każdy z nas wiedział, że kochał stare kino i że mówi właściwie wbrew sobie samemu. – Jest za dużo premier, za dużo hitów, a ludzie chcą tylko hitów. Nic innego ich nie interesuje.

- To trzeba ich zmusić!

- Nie, Jurku, nie można, bo za miesiąc uciekną nam z „Mozaiki” i padniemy. – włączył się Czesio Rygielski. – A przecież czeka nas walka o przetrwanie.

Wszystkim zrobiło się smutno. Czesio – nasz redaktor techniczny „Informatora” i skrupulatny od lat kronikarz „Mozaiki” – na zebraniach nigdy nie toczył słownych batalii, nie tryskał cudownymi przepisami na urodę Klubu i na zachowanie w zdrowiu, soczystą perorą nie zbawiał sztuki filmowej. Był raczej powściągliwym obserwatorem wszelakich dyskusji, lecz kiedy zabierał głos, argumentacją swoją nawet najbardziej uskrzydlonego fantastę przywoływał do rzeczywistości – może dlatego, że jako jedyny z naszego grona miał namacalnie do czynienia ze słowem? Wszak pracując w wydawnictwie, wierzył w druk, czyli w konkret.

I tym razem nie było inaczej. Czesio przypomniał nam bowiem o rychłej zagładzie kin w Bydgoszczy.

Wprawdzie przemiany ustrojowe w Polsce już wcześniej pociągnęły za sobą likwidację „Miru”, „Młodości”, Millenium”; wprawdzie legendarne dla myślących kino „Wolność” zamieniono w świątynię Mamony, gdyż rozsiadł się w nim bank, zaś lichy „Bałtyk” utonął w stoiskach eleganckiej odzieży damskiej, ale były jeszcze inne przybytki dziesiątej muzy. Był „Orzeł” i „Pomorzanin”. Była „Polonia” i „Adria”. Biednie, bo biednie, ale cztery kina trwały.

Teraz – w cieniu rosnącego z dnia na dzień multipleksu, zanim jeszcze nastąpił jego rozruch –los trzech z nich został przesądzony. Gdańska spółka „Neptun-Film”, która w niejasnych okolicznościach weszła w posiadanie kin w Bydgoszczy, podjęła decyzję o zamknięciu „Orła” i „Pomorzanina”. Na jesieni obu nie miało już być.

Nasze pokazy klubowe od wielu lat odbywały się w „Orle”, zatem trzeba było szybko znaleźć nowe lokum, by z końcem sezonu nie przerwać działalności i nie rozwiązać „Mozaiki”. Delegowani przez prezesa, Jurek Kosiorek i ja, wybraliśmy się na rozmowy do „Polonii”, którą z wielkim sukcesem tudzież ambitnym repertuarem prowadzili dwaj niezależni kiniarze – Marek Lipski oraz Romek Malinowski. Obaj byli przygnębieni:

- Chłopaki, chętnie byśmy was przygarnęli do siebie, ale mamy umowę z „Neptun-Film” tylko do końca przyszłego roku. Jeżeli chcecie do nas przyjść na rok, to proszę bardzo. Ale na nic więcej nie liczcie – umowy Gdańsk nam na pewno nie przedłuży, bo już wcześniej usiłował nas stąd wykurzyć i sprawę musieliśmy oddać do sądu. Wygraliśmy, więc oni tam w „Neptun-Film” chcą naszych głów i chcą likwidacji kina. –

Tak więc i „Polonia” za sprawą feralnego „Neptun-Film” już wkrótce miała przejść do historii.

Na placu boju pozostawała tylko „Adria”, lecz status „Adrii” był niejasny. Kino bowiem było własnością przedwojennego Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”. Po wojnie, na skutek arbitralnego postępowania władzy ludowej, kompleks budynków „Sokoła” – w tym i kina – przejął Wojewódzki Ośrodek Kultury, i dopiero po upadku komunizmu obiekty wróciły do rąk prawowitego właściciela. Jednak „Sokół” nie poprzestał na tym: sądownie domagał się bardzo wysokiego odszkodowania od władz wojewódzkich za okres zarządzania kinem. Stąd los „Adrii” – czy nadal będzie kinem, czy jej przeznaczenie się zmieni – póki co był wielką niewiadomą.

O tym wszystkim bydgoszczanie jeszcze nie wiedzieli. Nie wiedzieli również nasi mozaikowicze. I nie widzieli, że w tej sytuacji jedynym wyjściem dla naszej „Mozaiki” były rozmowy z innym klubem filmowym – z wojskowym DKF „Rondo”, który dysponował obszerną salą „Kinoteatru”. Od ich przebiegu zależało nasze być albo nie być.

Wszyscy mieliśmy świadomość, że zmiana sali kinowej wpłynie na zmianę frekwencji. Przed ucieczką widzów mógł nas ratować jedynie atrakcyjny repertuar. A z tym od kilku lat było nienajlepiej: przeboje kasowe trafiały do „Mozaiki” z wielomiesięcznym opóźnieniem, gdyż dystrybutorzy żądali tak horrendalnych kwot za jednorazową projekcję głośnej nowości, że żadnego dyskusyjnego klubu filmowego w Polsce nie było na to stać.

Nasz Jerzy Orlicz, nasz honorowy, dwoił się i troił, byśmy oglądali ciekawe, ambitne, choć nie tak okrzyczane kino. W wysypie premier zawsze coś ciekawego wypatrzył. Miał świadomość, że każdy nietrafiony pokaz może oznaczać odpływ głodnych atrakcji członków naszego Klubu – a im mniej nas teraz, tym trudniej będzie przetrwać zmianę sali kinowej. Stąd jego obawa przed eksperymentem z kinem niemym, które przecież kochał. I stąd przypomnienie Czesia Rygielskiego o zbierających się nad „Mozaiką” chmurach.

Nieśmiała propozycja Piotra Zwierzchowskiego – naszego przedstawiciela w świecie nauki – że gdyby seans Murnau-Mehrige doszedł do skutku, mógłby przyprowadzić swoich studentów w ramach uczelnianych zajęć z filmoznawstwa, nie była wyraźnym opowiedzeniem się po stronie mojego pomysłu. Była to raczej postawa wyczekująca.

Krótkim, żołnierskim „Nie widziałem, nie mam zdania” podobne stanowisko zajął Wojtek Sobociński. Jego unik był poniekąd usprawiedliwiony: nazajutrz leciał do Brukseli, ponieważ jako rzutki i najbardziej profesjonalny dziennikarz regionu w audycjach radiowych zajmował się problematyką Unii Europejskiej oraz kwestią przystąpienia Polski do Unii. Tak więc Wojtek był pośród nas ciałem, lecz myślami błądził już po przestronnej sali europarlamentu.

Gdyby na zebraniu zjawił się Bogdan Racinowski, z pewnością poparłby wyświetlenie filmu „Nosferatu – symfonia grozy”. Byłby to ważny głos, z którym honorowy prezes by się liczył.

Bogdan kocha kino polskie i zrazu pedantycznie zbierał wszystkie filmy od początku rodzimej kinematografii aż do 1970-go roku – do 1970-go, gdyż uważał, że do tego roku filmy polskie były dobre. Później zmienił zdanie i dlatego zbiera filmy aż 1989-go roku – do narodzin III Rzeczpospolitej, ale na dalszą zmianę zdania raczej się już nie zanosi, ponieważ kino różnych takich Pasikowskich – z bohaterem, co tylko macha pięścią i pytą, a w przerwie spluwa niedopałkiem i dźwięczną kurwą – traktuje jak zdechłego szczura: w dwa palce za ogon i won do śmietnika.

Niestety, Bogdana wśród nas nie było: medykamenty, którymi jako farmaceuta stale jest otoczony, nie uchroniły go od choróbska, od trywialnego, choć dokuczliwego przeziębienia.

Włodek Cwiach – mimo ósmego krzyżyka na karku wciąż aktywny trener piłkarski i sędzia – należy do admiratorów kina szczególnych: ogląda prawie wszystko, co się pojawia się na ekranach Bydgoszczy. Dlatego zna upodobania widowni jak żaden z członków Zarządu. On też był zdania, że dzieło Murnaua nie przypadnie publiczności do gustu. Jednak wierzył w misję Klubu, że czasem trzeba ludziom narzucić pewien wysiłek intelektualny:

- Jeżeli my nie pokażemy, to kto? Jesteśmy dyskusyjnym klubem filmowym, więc ten film jest właśnie dla nas. –

Argumentacja Włodka i innych członków Zarządu niespecjalnie trafiła do Orlicza. Wydawało się, że pomysł upadnie, zwłaszcza że aktualny prezes – Wiesław Naskręt – w tej kwestii w ogóle się nie wypowiadał. A jednak miłość do dawnego zwyciężyła:

- Panie Waldku, to na pewno się nie uda, ale sprawmy sobie uciechę. Raz zróbmy coś dla nas samych, dla koneserów. –

Dziwna rzecz, mimo lękliwej aprobaty dla mojej propozycji bądź sceptycyzmu wobec niej, zgodę pana Jerzego wszyscy równo przywitali uśmiechem – jakby każdemu kamień spadł z serca.

Prezes zwyczajny, czyli Wiesław Naskręt, zauważył, że skoro przewidujemy klapę na pokazie z Nosferatu, warto wzmocnić repertuar miesiąca, warto zrekompensować rozczarowanie naszym widzom czymś szczególnie atrakcyjnym – na przykład głośnym ostatnio Bergmanem w wydaniu Liv Ullmann, albo jakimś filmem z hołubionym przez panie gwiazdorem, z seksownym Banderasem.

W odpowiedzi prezesowi zwyczajnemu prezes honorowy szelmowsko puścił oko…

Podwójny seans z wampirem odbył się 16 kwietnia 2002 roku. Był jak zwykle we wtorek i jak zwykle w kinie „Orzeł”. Widownia dopisała, Zarząd też, lecz nastrój Orliczowi – nie:

- Panie Waldku, to się nie uda, to się na pewno nie uda! –

Krótka, ze swadą przeprowadzona prelekcja samego Orlicza, ciemność na sali i Zefiryn – zaprzyjaźniony z „Mozaiką” kinooperator „Orła”, któremu w admiracji dziesiątej muzy nie przeszkadzała dramatyczna ucieczka oka w bok – zapuścił sprowadzone z Filmoteki Narodowej arcydzieło. Arcydzieło było kalekie, bo liczące sześćdziesiąt dwie minuty z półtoragodzinnego filmu. Było czarno-białe i było nieme. Dokumentnie nieme.

Kiedy w telewizji pokazują nieme kino, obrazowi zwykle towarzyszą łzawe pociągnięcia skrzypiec, albo dziarsko galopujące klawisze pianina. W „Nosferatu – symfonia grozy” słychać było tylko warkot projektora filmowego, głos naszego prezesa honorowego, gdy tłumaczył na polski niemieckie napisy, oraz od czasu do czasu kaszel na widowni. Poza tym żadnego dźwięku. Nic, kompletnie nic!

Momentalnie zrozumiałem lęki schorowanego Orlicza, gorycz jego westchnienia, że to się nie uda: wizja trzaskających w ciemności foteli i zbiorowej ucieczki z kina – wizja najgorsza dla każdego obrazu filmowego – już za chwilę miała się zrealizować. Już za chwilę seans miał się okazać katastrofą, a w opustoszałej sali tylko kilku wariatów z Zarządu jak bitewne niedobitki miało w absurdalnej ciszy wyślepiać się na płótno ekranu. Klęska!

Minęła pierwsza, druga, trzecia minuta i nikt nie wychodził. Minęło dziesięć, piętnaście minut i nikt nie wychodził. Minęło piętnaście, dwadzieścia minut i nikt nie wychodził! Minęło pół godziny, godzina i cały film i nikt nie wyszedł! Zwycięstwo!

Ponad osiemdziesiąt lat temu nakręcone dzieje Huttera – młodego pośrednika handlu nieruchomościami, jego pięknej żony Ellen, jego podstępnego pracodawcy Knocka, który uprawia czarną magię i jest wyznawcą Nosferatu, i wreszcie dzieje samego, krwiożerczego Nosferatu były tak absorbujące, że kinomani zapomnieli o braku jakiejkolwiek fonii. Szczęśliwie dotrwali do przerwy w pokazie, po której został wyświetlony „Cień wampira”.

Film E. Eliasa Mehrige’a to popis aktorski Johna Malkovicha oraz Willema Dafoe. Pierwszy wciela się w reżysera Friedricha Wilhelma Murnaua, zaś drugi w Maxa Schrecka. O ile Malkovitch ma swobodę w interpretacji postaci reżysera, o tyle gra Dafoe jest skrępowana wizerunkiem i zachowaniem Nosferatu z istniejącego filmu. Niemniej i on koncertowo wypełnił swoje zadanie, posiłkując się… kreacją Klausa Kinskiego z filmu „Nosferatu – fantom nocy”!

 

kadr z filmu F.W. Murnaua

 

 

kadr z filmu E.E. Mehrige’a

 

 

kadr z filmu W.Herzoga

 

Dzieło zbija z tropu. Początkowo jawi się jako typowa produkcja z cyklu film o filmie. Widzimy rozgardiasz na planie zdjęciowym: reflektory, zmiana dekoracji, bieganina ze scenariuszem, kręcenie scenki aktorskiej, która jest doskonałą kopią z oryginalnego utworu Murnaua, połajanki reżysera i niesnaski wśród artystów. Widzimy Berlin dekadenckich lokali, gdzie alkohol leje się gęsto, królują narkotyki i rozpusta przybiera najdziwaczniejsze formy.

Z chwilą, kiedy ekipa filmowa wyjeżdża do zrujnowanego zamczyska w Karpatach, by kręcić plenery, zaczyna się horror. Oto na miejscu jest tajemniczy Max Schreck – aktor który hołduje metodzie Stanisławskiego i który dla większej wiarygodności swej roli – a wciela się w tytułowego Nosferatu – pokazuje się wyłącznie nocą i wyłącznie w pełnej charakteryzacji. Widz szybko się orientuje, że to nie żaden aktor, lecz autentyczny Nosferatu. Wampir zgodził się zagrać w filmie, bo… Murnau obiecał mu ofiarę z Grety – odtwórczyni głównej roli żeńskiej. Zanim jednak otrzyma Gretę zdąży wyssać krew z kilku współpracowników reżysera.

Tu następuje kolejny zwrot, gdyż obserwujemy, jak arogancki autor filmowy – dosłownie po trupach dążący do stworzenia arcydzieła – w gorączce twórczej popada w obłęd, jak w imię swojego utworu dokonuje aktu destrukcji nie mniejszego niż zaangażowany przezeń wampir.

Historia Mehrige’a oczywiście odbiega od prawdziwej biografii twórcy „Fausta”. Murnau jest tu tylko figurą artysty, który odrzuca wszelką etykę, poświęca wszystko i wszystkich dla doskonałości estetycznej, i który w swej postawie jest bardziej bezlitosnym monstrum niż mordujący, aby żyć, na wpół skretyniały wampir.

Czy taka musi być cena sztuki? Czy nieśmiertelność artysty rzeczywiście niewiele różni się od nieśmiertelności wampira?

„Cień wampira” nie był tylko żartem filmowym, takim bibelocikiem ze słów Orlicza. Nie był też filmem tylko dla konesera, zwłaszcza dla konesera filmów grozy. Był ważkim dziełem dla erudyty kulturowego, który w różnej materii artystycznej szuka odpowiedzi na pytanie o sens sztuki.

Ale nie tego spodziewali się nasi członkowie. Film – mimo początkowego biografizmu – zapowiadał się przecież na horror i do końca powinien trzymać się tej konwencji. A tu już w połowie wszelkie tajemnice zostały rozwiązane i dalej chociaż trupów przybywa, nie robi się straszniej. Dalej mamy studium szybko rozwijającego się szaleństwa. I dlatego widzowie opuszczali kino z mieszanymi uczuciami.

Niemniej ideę podwójnego spotkania z „Nosferatu” odebrali pozytywnie. Również nasz honorowy był pokazem zachwycony i pomysł seansu Murnau-Mehrige podsunął innym klubom filmowym. Ale prawdziwa sensacja wybuchła trzy tygodnie później.

Zwyczajem naszego Klubu jest plebiscyt na film miesiąca. Na specjalnych karteczkach raz w miesiącu członkowie „Mozaiki” oceniają wtorkowe pokazy. Głosy się sumuje i uśrednia i tak powstaje giełda ocen wyświetlanych filmów.

Po pierwszym majowym seansie, kiedy zostały zebrane i policzone wszystkie głosy oddane na filmy kwietnia, jeszcze tej samej głębokiej, wtorkowej nocy zadzwonił do mnie Jurek Kosiorek – Jurek z ramienia Zarządu prowadzi nasz plebiscyt. Był mocno zaaferowany wynikami:

- Waldek, czy wiesz, jak wypadł „Nosferatu” Murnaua?! Na sześć filmów zajął trzecie miejsce! Wszyscy się bali, że to niewypał, a przegrał tylko z „Wiarołomnymi” Liv Ullmann i „Amores perros” Iñárritu! Pobił na głowę i tego nowego „Nosferatu”, i „Grzeszną miłość” z Angeliną Jolie i Antoniem Banderasem, i „Złotą” Ivory’ego z moją ulubienicą Umą Thurman! Widzisz, a nikt poza nami nie wierzy w stare kino! –

Taki wynik plebiscytu był rzeczywiście niespodzianką: kto by przypuszczał, że niema ramotka z groteskowym brzydalem będzie atrakcyjniejsza od seksownej, dorodnej w płuca Ageliny–Duże Usta–Jolie o apetycznej, jeszcze wówczas nie podrapanej szpetnymi tatuażami pupce? że omdlewające a ogniste spojrzenie Antonia Banderasa przegra z ponurym, wyłupiastym wejrzeniem hrabiego Orloka? że Uma Thurman – drapieżna kocica w stylowych sukniach – wypadnie blado przy czarnym, podniszczonym surducie patykowatego łysola? A jednak taki był vox populi naszej „Mozaiki”! I to, co zdaniem naszego honorowego miało się nie udać, udało się! Wiwat Murnau! Wiwat stareńkie „Nosferatu – symfonia grozy”! I wiwat Orlicz, który wbrew swym obawom zaryzykował!

Po latach, do tego seansu życie dopisało ciąg dalszy. Kiedy nasza „Mozaika” weszła w pięćdziesiąty rok swego istnienia, obchody ku jej czci zainaugurował pokaz specjalny. Otóż 18 października 2007 roku, w kinie „Adria” wyświetlono pieczołowicie zrekonstruowany film niemy. Był to… „Nosferatu – symfonia grozy” Murnaua z muzyką graną na żywo.

O projekcji zadecydował Wojtek Sobociński, czyli nasz nowy prezes, który niegdyś nie widział, nie miał zdania, ale który bogatszy o seans z 16 kwietnia 2002 roku wiedział już, co dobre i co warte zapamiętania.

Niestety, tego pięknego przedsięwzięcia filmowego nie doczekał nasz prezes honorowy, albowiem pan Jerzy Orlicz przeszedł na drugą stronę srebrnego ekranu, gdzie Friedrich Wilhelm Murnau, gdzie Max Schreck, gdzie Klaus Kinski i gdzie fascynująca go twórczo i cieleśnie Leni Riefenstahl…

 

Bydgoszcz, 18 lutego 2008 roku

 

grób F.W. Murnaua na cmentarzu Stahnsdorf pod Berlinem

Brak komentarzy.

Brak trackbacków.