wp_shadow

Janusz i ja zawsze mieliśmy dalekosiężne plany rowerowe. Kiedy w zeszłym roku nasze spojrzenie skierowało się na południe – na Kruszwicę i Strzelno – prastare grody, o których bez zbytniej emfazy można rzec, że to podwaliny naszej państwowości, kluczową sprawą stał się dojazd do Inowrocławia. Planowaliśmy podróż pociągiem i dalej na rowerach, lecz rychło okazało się, że kolej zafundowała takie godziny odjazdu z Bydgoszczy, że po przyjeździe do Inowrocławia należało już wracać, aby przed zmrokiem dotrzeć do domowych pieleszy.
Nie pozostało nam nic innego, jak rowerowe dotarcie do miasta młodopolskiego poety Jana Kasprowicza. Jest oczywiście droga do stolicy Kujaw Zachodnich. Ale… Po pierwsze mocno zabijalna, bo tyle samochodów nią pędzi, że rowerzyści modlą się o zachowanie życia tudzież całości członków. Po drugie liczy sobie sześć dych z okładem, więc po dotarciu do Inowrocławia nie ma już się ochoty na wypad za miasto, czyli na czterdziechę kilometrów by dotrzeć do Kruszwicy Popiela i Strzelna romańskiego Rotundą św. Prokopa. Jedyna więc rada: jechać na skróty, czyli przedrzeć się do Inowrocławia przez Puszczę Bydgoską.
Wydaje się , że to nic prostszego: wystarczy ścieżką rowerową, pojechać do Solca Kujawskiego, potem asfaltówką do Chrośnej w Puszczy Bydgoskiej, a stamtąd dwa-trzy kilometry duktem do Zawiszyna lub Starej Wsi i znów asfaltem aż do samiuśkiego Ina. Diabeł jednak śpi w szczegółach.

Kiedy w zeszłym roku razem z Januszem próbowaliśmy przedrzeć się przez niczym nie utwardzone a turystycznie, na pniakach i kamieniach oznaczone na żółto drogi naszej puszczy, by w konsekwencji przetartym szlakiem pociągnąć później wycieczkę, owe dwa-trzy kilometry od wsi w jedną stronę okazały się czternastoma kilometrami przez piaski, w drugą zaś ośmioma, przy czym – nie mijając Chrośnej – wyjechaliśmy przed Chrośną! Czternaście od wsi równa się ośmiu daleko za wsią? –mistyka liczb i odległości. Czary naszej puszczy.

Stasio ze swą niezawodną Pszczółką

Gdy opowiadałem miłośnikom dwóch kółek o naszej przygodzie, wyga rowerowy i znawca Puszczy Bydgoskiej, Maciek Rechlewski (Mac-Rechlewski) kręcił głową, że lasy bydgoskie nie da się bez błądzenia przebyć, że lepiej oficjalną drogą jechać do Inowrocławia.

A jednak dało się. Sztuki tej dokonał Stasio. Nic nikomu nie mówiąc, samojeden pojechał i odnalazł prostą drogę do asfaltu prowadzącego do Ina.

Za sprawą Stasia doszło więc do naszego majowego wypadu do Inowrocławia. Dla mnie tym bardziej miłego, gdyż w Inie – wówczas przez hitlerowców przechrzczonym na Hohenzsalza – przyszła na świat moja matka.

W wycieczce do Inowrocławia nie mógł uczestniczyć nasz rowerowy mentor – Witek. Niemniej przyjechał, by choć się z nami przywitać.

.

~:~

.

Powitania i rozstania: Janusz i ja witamy się z Witkiem, który zaraz się żegna, bo nie jedzie z nami, witamy się ze Stasiem i nie żegnamy, bo Stasio z nami jedzie.

Z ulicy Spornej wpadamy na Toruńską, która im bliżej rogatek Bydgoszczy, tym mniej kojarzy się z miastem…

…czego najlepszym dowodem XIX-wieczna, wiejska pozostałość w naszym grodzie.

W Solcu Kujawskim zamiast skręcić w prawo, pod wiadukt, aby dostać się na drogę do Chrośnej, Janusz i Stasio jadą w prawo, ja za nimi, a więc wszyscy razem błądzimy.

Przyjemną stroną nieplanowanego zejścia z trasy są niespodziewane odkrycia. Nas zadziwił nowy dworzec kolejowy w Solcu: minimalistyczna, zgrabna architektura, którą oglądamy na dniach przed oddaniem do powszechnego użytku.

Za przedsiębiorstwem „Solbet” szczypta surrealizmu: w szczerym krajobrazie przemysłowym wydma i wiatrak. Jakbyśmy byli gdzieś nad morzem, gdzieś w Holandii.

Powrót z manowców na właściwą drogę do Inowrocławia bardzo malowniczy, albowiem obok wybudowanej na kształt wagonu kawiarni dworcowej, w której niejedne lody w towarzystwie naszej znajomej mieszkanki Solca, Oli, razem z Januszem konsumowaliśmy. Ciepło i słońce, a parasole kawiarni zwinięte. Czyżby to była oznaka bankructwa?

Zapomniana w głuszy, uboga Chrośna…

…wita nas kotem w obciachowej obróżce…

…barakowozem z czasów budowy realnego socjalizmu…

…i marzeniem o ucieczce – wyrażonym lakonicznie: „SPRZEDAM”.

Wkraczamy w Puszczę Bydgoską, gdzie nie obowiązuje asfalt ani żadna cywilizacja. Cztery kilometry rowerowego mozołu przez piach – czasem twardy, czasem sypki, czasem w koleinach. Dla cienkich kół Januszowego Błękitnego Xięcia i mojego Czarnego Proroka to nie lada wyzwanie.

W Strudze Jezuickiej natrafiamy na XX-wieczną ruinę handlu detalicznego z czasów późnego Gierka. To jedno z tych kultowych dla kartek na towar i wielodniowych kolejek miejsc, w których „z powodu remanentu sklepowa daje od tyłu” i groźnie się napomina, że „towar macany należy do macanta”. Być może, za dwieście lat będzie to równie wielka atrakcja turystyczna jak zamek średniowieczny czy kość dinozaura.

Rojewo – bladawe, nędznawe, z katastrofą życiową w dachu.

Wiadomości w Orłowie są… bujne. Zwłaszcza w wyrażaniu seksualnych frustracji. Prymitywne i szmatławe. Ale mimo wszystko należy się zrozumienie: ogień w rozporku i pustka na horyzoncie…

Inowrocław wita nas patriotycznie – pomnikiem Powstania Wielkopolskiego. W odróżnieniu od Bydgoszczy tu zew Polaków zaowocował.

Strzelistość świątyni Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny.

Wjeżdżamy do centrum.

Paź królowej oznajmia, że Najjaśniejsza Pani zgodziła się udzielić nam audiencji…

…zatem składam hołd królowej, co czynię tym gorliwiej, iż mojej matce, rodzonej inowrocławiance, podobnie jak i żonie Władysława Jagiełły też na imię Jadwiga.

Na rynku tradycyjnie dla naszych wypraw konsumujemy lody. W odróżnieniu od mych towarzyszy wybrałem te o smaku jagodowym. To taki mój prywatny hołd dla matki, albowiem od zawsze w rodzinie wołano na nią Jagoda. Lody były tak pyszne, że obok miętowych z okruchami czekolady stały się moimi najulubieńszymi, a jednocześnie pozwoliły mi zrozumieć, dlaczego moja rodzicielka to dla wszystkich Jagoda, a nie metrykalna Jadwiga.

Ponieważ Inowrocław solą stoi – zwane jest przecież Miastem Na Soli – więc fontanna na rynku tryska słoną wodą.

Po rozejrzeniu się wokół…

…zaprzyjaźniamy się z królową Jadźką, co Stasio skrzętnie dokumentuje

Przedpotopowy, czerwony szynobus – po naszemu zwany bimbą – to pamiątka po czasach, kiedy po Inowrocławiu jeździły tramwaje. Jeździły tylko pół wieku (1912-1962), ale do dziś chyba mieszkańcy żałują likwidacji tego środka lokomocji.

Jan Kasprowicz (1860-19260) wielkim poetą był. Choć fizycznie i twórczo pomknął do samiuśkich Tater, inowrocławianie nie zapominają, że on z Kujaw, że z chałupy, że z Szymborza pod Inowrocławiem. Twórca „Hymnów”, „Krzaka dzikiej róży” i „Księgi ubogich” ma swe muzeum w mieście.

Wysmukły, stylowy paw przed Parkiem Solanki to nie tylko nowoczesna rzeźba, lecz również wskazówka zegara słonecznego.

Tężnia solankowa – dla wielu kuracjuszy nadzieja na zdrowie…

…a dla Ciechocinka potężna konkurencja, albowiem i tam leczenie schorzeń górnych dróg oddechowych, chorób tarczycy, schorzeń alergicznych skóry i nadciśnienia odbywa się poprzez naturalną inhalację.

Tężnia w Inowrocławiu powstała niedawno, bo w 2001 roku, ma kształt połączonych ze sobą wieloboków, mierzy 9 metrów wysokości i 300 metrów długości. Na całej długości znajduje się w niej taras widokowy. Może się wydać dziwne, ale to dopiero trzecia tego typu budowla w Polsce – w Europie jest ich zaledwie dziewięć – niemniej pod względem wielkości zajmuje drugie miejsce.

Na pożegnanie machamy sobie zbiorową fotkę z cyklu „Tu byliśmy”.

Rzucamy okiem na pobliską lecznicę, gdzie mural z lat sześćdziesiątych przypomina o wspaniałym wzornictwie tamtych lat i gdzie ciekawskie i wszędobylskie wiewióry zostały uczczone spiżem, i na poddaną konserwacji wspaniałość inowrocławskiej secesji, i… odjeżdżamy.

c

W infule i z pastorałem… Wbrew pozorom na fotografii to nie JP2. Wprawdzie kraj nasz wzdłuż i wszerz obrósł w mniej lub bardziej udane papieskie Lolki, jednak na do widzenia błogosławi nam biskup Wojciech, którego apostolstwo było zbyt twarde dla chrześcijan i dla pogan, więc szybko doprowadziło go do przedwczesnego zgonu i do świętości.

W drodze powrotnej…

…prawdziwa gratka w Zawiszynie…

…bo prawdziwy koń!
Od kilku lat nie widujemy tego zwierzęcia na polskich drogach. Ostatnim razem – a było to ze cztery lata temu – trzeba nam było jechać aż do Gniewu, by napotkać chłopską furmankę. I Choćby z tego powodu nasza podróż do Inowrocławia będzie pięknym wspomnieniem.

THE END