Blisko rok trwały zapasy z Toruniem w sprawie Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych (tzw. ZIT). Do podziału jest niemało pieniędzy unijnych – prawie 160 mln zł. Stanowisko Bydgoszczy było takie: dwa odrębne ZIT-y dla Torunia i Bydgoszczy i podział środków proporcjonalnie wg ilości mieszkańców. Toruń – w osobach prezydenta miasta, pana Michała Zaleskiego oraz marszałka województwa pana Piotra Całbeckiego – rozpaczliwie się przed tym bronił. Chciał pieniędzy po połowie i wspólnego wypracowywania inwestycji. W tej kwestii uruchomił cała machinę propagandową, by przekonać Polskę, że bydgoszczanie (czyli „tyfusy z Brzydgoszczy”) to pieniacze i chcą skrzywdzić gród Kopernika. W utrwaleniu takiego wizerunku miasta od lat gorliwie pomagali nasi dziennikarze „Gazety Wyborczej” – Krzysztof Aładowicz i Marcin Kowalski. Obaj redaktorzy to swoista piąta kolumna prezydenta Zaleskiego, obaj bowiem zawsze bezwstydnie wynosili Toruń nad Bydgoszcz, obaj zawsze pisali o wielkiej zaradności Torunia oraz o indolencji i nieuzasadnionych pretensjach Bydgoszczy, obaj dopiero w zeszłym roku pod wpływem naporu konkretnych danych statystycznych półgębkiem przyznali, że miasto nad Wisłą od lat finansowo ograbia miasto nad Brdą. Odnoszę wrażenie, iż obaj do bydgoskiego oddziału „Gazety” piszą chyba tylko ze względu na brak etatów w Toruniu…

Rozumiem Toruń: propozycje Bydgoszczy są dla miasta zabójcze, gdyż zmuszają władze do wydatkowania tylko i wyłącznie określonej zapisem kwoty, nie pozwalają niczego uszczknąć z pieniędzy sąsiada, a przy gigantycznych długach każdy dodatkowy milion – legalnie uzyskany albo bezczelnie zagrabiony – naprawdę się liczy. Stąd ten krzyk o wielkiej niesprawiedliwości, o czupurności bydgoszczan i… zakulisowe działania pana marszałka, by coś dodatkowo w polskim rządzie dla Torunia uzyskać.

Podziwiam marszałka Piotra Całbeckiego, mimo że jest znienawidzony w Bydgoszczy. To prawdziwy polityk, który nie cofnie się przed żadną podłością na chwałę swego miasta i który dwoi się i troi, by oddalić od Torunia widmo katastrofy w wyniku beztroskiego przeinwestowania przez wielkiego wzrostem i małego rozumem prezydenta Zaleskiego. Tylko jego roztropności Toruń zawdzięcza, że do tej pory nie został zlicytowany, bo skoro rozrzutny Michał Zaleski robi długi i niefrasobliwie zapewnia, że to dla przyszłych pokoleń i że przyszłe pokolenia mają te długi spłacać, wierzyciele mogą domagać się natychmiastowego zwrotu swych pieniędzy w obawie, że w ogóle ich nie odzyskają. Tak więc Całbecki jest mężem opatrznościowym grodu Kopernika i bardzo pragnąłbym, żeby taki gracz był w szeregach naszej Bydgoszczy. Wiele byśmy na tym skorzystali.

W czwartek 27 marca 2014 roku, w Warszawie, doszło do spotkania prezydentów obu miast z panią wicepremier Elżbietą Bieńkowską w sprawie owego ZIT-u. Po półtorej godzinie zapadły decyzje, które ogłoszono dobrym kompromisem. Ale tylko prezydenci i marszałek są usatysfakcjonowani umową, bo zarówno w Bydgoszczy jak i w Toruniu zawrzało. W Bydgoszczy krzyczą: „Bydgoszcz sprzedana!” W Toruniu triumfują i zarazem lamentują: „Bydgoszcz ograła Toruń!” A wszyscy razem pod adresem prezydentów ślą pogróżki: „Policzymy się z wami przy wyborach!”

Kto ma rację? Toruń dostał wszystko, co chciał: powiększył swój obszar ZIT o trzy powiaty z prawem głosu, więc dorównał obszarowi ZIT-u z Bydgoszczy, jest jeden ZIT, podział środków finansowych na zasadzie dogadania się lub głosowania, lecz głosowanie jest pomyślane jako fikcja, ponieważ jakakolwiek decyzja musi zapaść większością ¾ głosów. Bydgoszcz uzyskała siedzibę ZIT-u, przewodniczącego ZIT-u i jeden powiat (Nakło) bez prawa głosu. No cóż, państwo polskie nigdy nie sprzyjało Bydgoszczy.

W opinii prezydenta Rafała Bruskiego więcej nie można było uzyskać, ale… on nie z takimi postulatami jechał do Warszawy! Twierdzi, że od pięknej pani wicepremier dowiedział się, że zapisu o proporcjonalnym podziale pieniędzy Komisja Europejska nie akceptuje. Czy rozporządzenia unijne są aż tak tajne, że wie o nich tylko rząd Polski i dopiero podczas rozmów z petentami je objawia? A może w Bydgoszczy brakuje ludzi zajmujących się prawem unijnym, więc rada miasta i biedny pan prezydent żyli w wielkiej nieświadomości, co do przepisów obowiązujących w unii i dlatego to, co mówili podziale środków, było tylko ich wymysłem? Ani w jedno, ani w drugie nie bardzo chce mi się wierzyć. A co z dwoma odrębnymi ZIT-ami? Dlaczego mogą być w Lubuskiem, a w województwie kujawsko-pomorskim już nie? Osobiście uważam, że prezydent Bruski nie sprawdził się w roli negocjatora. Nie twierdzę, że uzyskany przez niego kompromis przyniesie naszemu miastu dalszą jego marginalizację przez zaborczy Toruń. Być może będą tego całkiem pozytywne efekty, ale jakim kosztem? Grożą nam nieustanne kłótnie o każdy projekt i każdą wydaną nań złotówkę i podejrzliwe patrzenie na ręce sąsiada, by niczego bezprawnie z kasy nie zabrał.

Brak dwóch ZIT-ów i proporcjonalnego podziału środków unijnych wielu bydgoszczan tak jak i ja poczytuje za klęskę. Te dwa punkty umowy bowiem nie były wymierzone w Toruń, nie miały niczego temu miastu odebrać, nie miały krzywdzić, lecz miały nas odizolować od jego nieustannych roszczeń i matactw. Miały nam zapewnić poczucie bezpieczeństwa i swobodną rękę w gospodarowaniu przyznanymi nam funduszami: niech Toruń się rządzi, jak chce, niech wydaje pieniądze, jak chce, i niech do nas się nie wtrąca. Tylko takie mieliśmy pragnienie. Zamiast tego rząd polski szyderczo zaprosił nas do stołu z kartami, byśmy jeszcze raz zagrali z szulerem, który raz już nas okantował i który z drwiącym uśmiechem zapewnia, że tym razem w kartach nie będzie oszukiwał.