RZECZ O ŁABĘDZIU

Ta przygoda zaczęła się wiele miesięcy temu. Podczas jednej z naszych jazd treningowych po Parku Myślęcińskim zwróciłem uwagę, że moja ulubiona, abstrakcyjna figura „Łabędzia” na stawie zupełnie znikła pod bujnie porastającą trzciną. Piękna rzeźba była od lat zaniedbana i nikogo nie obchodziła. Pomyślałem, że w innym miejscu mogłaby się stać nie tylko ozdobą, ale i dumą naszego miasta.

Kapellbrücke – drewniany most w Lucernie z 1333 roku, który jest symbolem miasta, a obok rzeźba z brązu w kształcie wielorybiego ogona.

Kto wie, może nawet zaistniałaby w świadomości bydgoszczan jako nowy symbol. Ponieważ w Lucernie, na jeziorze widziałem żartobliwą rzeźbę rybiego ogona, sugerującą, że pod powierzchnią znajduje się potężny wieloryb, stąd idea, by naszego łabędzia przenieść na wody Wyspy Młyńskiej.

- Janusz, wrócimy tu zimą, jak mróz ściśnie i staw skuje lodem. – rzekłem do towarzysza rowerowej mordęgi. – Oczyścimy teren z trzciny i sfotografujemy rzeźbę.

- Po co?

- Żeby zrobić wizualizację łabędzia na wodzie przed operą.

Janusz był sceptyczny. Znał mnie od lat: wiedział, że śmiałości pomysłów mi nie brakuje, ale wiedział też, że każda próba ich realizacji kończy się dla mnie solidnym kopniakiem od życia i posiniaczeniem duszy. Po cichu liczył, że mi przejdzie, że znajdę sobie nową pasję i zapomnę. Ale się przeliczył, bo od lat rzeźbię i brak poszanowania dla estetycznych tworów jakiegokolwiek artysty doprowadza mnie do szału.

Dlatego, gdy styczeń okazał się łaskawy dla miłośników łyżew i nart, uzbrojeni w kuchenne noże wróciliśmy nad staw. Lód był mocny – nawet nie zatrzeszczał pod ciężarem naszych ciał –  więc bez obawy oczyściliśmy rzeźbę z długich badyli. Telefonem komórkowym porobiłem fotki.

Nazajutrz, mniej więcej o tej samej porze, poszliśmy na Wyspę Młyńską, gdzie również fotografowałem. Tym razem chodziło o przestrzeń, w której ewentualnie miałby zaistnieć „Łabędź”.

Po kilku dniach intensywnej obróbki zdjęć w programie Photoshop miałem już gotowe wizualizacje. Oto one:

Ułożyłem list to Prezydenta Bydgoszczy w sprawie przeniesienia rzeźby i wraz z fotografiami przesłałem pocztą elektroniczną. Napisałem również do „Expressu Bydgoskiego” i lokalnego oddziału „Gazety Wyborczej”. Doszedłem bowiem do wniosku, że warto prasę zaznajomić z propozycją, ponieważ poprzez publikację zainteresowanie rzeźbą by wzrosło i dyskusja nad jej przenosinami zatoczyłaby szerszy krąg.

 

 

 

Półtora tygodnia później zadzwonił do mnie podniecony Janusz Różański:

- Czytałeś?!

- Co?

- „Wyborczą”! Pisali o twoim „Łabędziu”!

- Naprawdę?!

- W internecie jest tekst. Sam zobacz. Gratuluję, nie myślałem, że ci się uda.

Gratulacje były przedwczesne. Owszem, w gazecie z 31 stycznia 2014 roku, w artykule „Debata nad łabędziem z betonu”, dość rzetelnie przedstawiono moją propozycję, nawet ze skrawkiem nadesłanej przeze mnie fotografii (w internetowym wydaniu „Gazety Wyborczej” był jednak komplet zdjęć). Niemniej nie chodziło o przybliżenie mojej idei, lecz o jej skrytykowanie: pani redaktor Lewińska nie mogła wyjść ze zdumienia, że w Ratuszu potraktowano ją poważnie i że rada postanowiła nad nią debatować. Nie mieściło jej się w głowie, że taki człowiek z ulicy, takie nic bez nazwiska i tytułu naukowego może ośmielić się zaprzątać uwagę rajców swoim widzimisię. W pochyleniu radnych nad pomysłem obywatelskim nie dostrzegła ani kapitalnej realizacji demokracji bezpośredniej, w której nawet głos pojedynczego człowieka jest zauważony, ani bezinteresownego zaangażowania zwykłych mieszkańców w zarządzaniu swoim miastem.

Zamiast tego, wspierając się autorytetem profesora Markowskiego – który, sądząc z rozsianych w internecie zdjęć, jest po prostu jej osobistym znajomym bądź nawet przyjacielem – w taki sposób naświetliła ideę przeniesienia „Łabędzia”, że po przeczytaniu artykułu nastawienie radnych mogło być tylko negatywne. Szczególnie morderczy dla mojego pomysłu był osobisty komentarz pani Lewińskiej. Ponieważ nie znalazł się on w internetowym wydaniu artykułu, zatem pozwalam sobie na jego przytoczenie:

 

Nie dostrzegam gracji łabędzia z betonu. Ani powodów, by go przenosić. Ze stwierdzeniem, że o gustach się nie dyskutuje, zgadzam się w przypadku biżuterii i bielizny, a nie przestrzeni miejskiej, więc wyrażę swoje zdanie. Miejscem łabędzia są zarośla w Myślęcinku. I lepiej dla miasta, żeby się ptaszek z nich nie wychylał. Rzeźba kojarzy się raczej z PRL-owskimi monstrami ustawianymi na rondach niż z dekoracjami szwajcarskich miasteczek.

Rozumiem zapał inicjatora zmian. Przenoszenie pomników to nasza specjalność. Przenieśliśmy Barciszewskiego, próbowaliśmy przestawić Łuczniczkę, wciąż gadamy o wyrzuceniu pomnika ze Starego Rynku, a ostatnio coraz więcej osób ma ochotę przesunąć także króla Kazimierza. Ktoś w końcu musiał pomyśleć o łabędziu.”

 


 

Klęska mojej inicjatywy jest tym dotkliwsza, że w trosce o wizerunek i finanse Bydgoszczy nikt z „Gazety Wyborczej” jakoś nie przestrzegał Ratusza przed obłędną ideą zorganizowania „cichego Sylwestra” na Starym Rynku. Pani Aleksandrze Lewińskiej i nikomu z pisma nie przyszło do głowy tłamsić urzędniczych pomysłów, mimo że zapowiadała się klęska, ale przecież nie zadziera się bezkarnie z urzędem miasta. Odwagą można wykazać się w wykpieniu zwykłych mieszkańców Bydgoszczy, bo to niczym nie grozi: zatem łatwiej dokopać Pasińskiemu znikąd, niż wysoko postawionej figurze.

Pomysł z kameralną imprezą klubową dla niewybrednych tłumów, co chcą tylko zabawy, toastów i fajerwerków o północy, od początku był chybiony: Sylwester to okazja do zbiorowej radości, do współuczestnictwa przy alkoholu i skocznej piosence, natomiast „cichy Sylwester” miał polegać na izolacji od drugiego człowieka, gdyż każdy miał włożyć słuchawki na uszy i indywidualnie podrygiwać w wybranym przez siebie techno lub trans.

Pomijam fakt, że muzyka klubowa, dlatego jest klubowa, że jest dla wąskiego grona miłośników, lecz zastąpienie kontaktu z drugim człowiekiem kontaktem ze słuchawkami to wyjście naprzeciw futurystycznym wizjom o alienacji jednostki, to prosta droga do stworzenia depresyjnego, ponurego społeczeństwa. Niemniej przygotowano namioty, słuchawki, kilka stanowisk dla didżejów, czemu „Gazeta” kibicowała. Wydano sporo pieniędzy – ponoć nawet 200 tysięcy złotych. I nic. „Cichy Sylwester” okazał się bardzo cichy, bo potraktowany jako dziwactwo i całkowicie zignorowany przez bydgoszczan.

Po fakcie, gdy śmiech poszedł na całą Polskę, „Gazeta Wyborcza” pierwsza cisnęła w Ratusz kamieniem. Pisano o kompromitacji, o zmarnowanych pieniądzach. Myślę, że koszt przenosin „Łabędzia” byłby mniejszy niż ów feralny Sylwester, a przyjemność z obcowania z dziełem sztuki trwałaby dłużej niż tylko jedną noc w roku.

Drugim przykrym elementem ataku na zapomnianego „Łabędzia” z betonu był fakt, że pani redaktor Lewińska w zwalczanie mej inicjatywy zaangażowała profesora Markowskiego. Pan Markowski to bardzo ciekawa osobistość. Z racji zajmowanych stanowisk – konserwator i przewodniczący rady ds. estetyki miasta – profesor jawi się prawdziwym aniołem stróżem dobrego smaku w Bydgoszczy. Na mój pomysł bardzo się srożył i widział w nim same mankamenty. Byłem dlań nieestetyczny, raniłem jego mądre, zdrowo konserwatywne i artystycznie wyrafinowane spojrzenie. Ciekawe, jakby się zachował, gdybym był miejscowym magnatem finansowym? Może padłby przede mną na kolana, nazywał geniuszem, pod niebiosa wychwalał zamiar przeniesienia rzeźby, a samą rzeźbę obwieszczałby arcydziełem sztuki niefiguratywnej? – myślę, że tak, że tak właśnie by było. I nie mówię tego ironicznie. Wystarczy przyjrzeć się zachowaniu rady ds. estetyki miasta wobec poczynań cukiernika Sowy na ulicy Mostowej.

Najpierw pan Sowa pobudował sobie kamienicę o charakterze gastronomicznym i nie wiedzieć czemu, zamiast postawić ją wzdłuż ulicy, część budynku postawił na skos. Ani to ładne, ani żadne, ani z zamysłem, bo i budynek konwencjonalny i ów skos niczemu nie służy. Po prostu widzimisię, które wprowadza niechlujstwo architektoniczne na Starym Mieście. W kolejnym swoim przedsięwzięciu poszedł jeszcze dalej, ponieważ o kilka metrów ordynarnie zwęził deptak. W ten sposób została załamana linia ulicy Mostowej, którą wyznaczała szerokość Mostu Staromiejskiego surrealistycznie zwanego Mostem Sulimy-Kamińskiego (surrealistycznie, ponieważ Sulima-Kamiński pisał o moście, ale o Moście Królowej Jadwigi i on – tradycjonalista – chyba wcale nie chciałby swoim nazwiskiem przekreślać tradycyjnej nazwy).

Na postawienie swej piramidy pychy (skądinąd całkiem znośnej dla oka) cukiernik Sowa musiał mieć odpowiednie zezwolenie, bo żaden projekt zabudowy nie może przejść bez akceptacji rady miasta, zwłaszcza gdy dotyczy terenu w obrębie Starówki. Tutaj nie było jednak protestów profesora Markowskiego, tutaj nie było estetycznego wybrzydzania, ciskania gromów. Pan profesor wraz z całą radą ds. estetyki miasta najzwyczajniej dostał estetycznej zaćmy. Pokorniutko na wszystko się zgodził. Dlatego na długie dziesięciolecia – a może i stulecia – Mostowa będzie straszyć krzywiznami deptaka…

No tak, ale to Adam Sowa, miejscowy krezus, któremu już w Ratuszu tablicę z brązu wystawili, choć on tylko dba o swój trzos. Łatwiej zatem Pasińskiemu, który jak Odyseusz jest nikim, pokazać, gdzie raki zimują, niż przeciwstawić się kaprysom potężnego fortunata.

 


 

W ataku redaktorki „Gazety Wyborczej” na abstrakcyjną rzeźbę z naszego Parku Myślęcińskiego najbardziej rozjuszyło mnie jej dyletanctwo w sprawach sztuki oraz pogardliwe porównanie do PRL-u, jakby wszystko, co zahaczało o ten okres w dziejach Polski z natury swej było śmierdzącym łajnem. To tak, jakby ta kobieta – w końcu nie najmłodsza – mnie, sobie, swoim dziadkom i rodzicom napluła w twarz. Dlatego dałem upust wściekłości, pisząc mailem do „Gazety Wyborczej”:

 

Szanowni Państwo!

 

 Pragnę podziękować za zainteresowanie moją propozycją przeniesienia rzeźby „Łabędź” na wody Wyspy Młyńskiej, mimo że komentarz pani Lewińskiej nie pozostawia złudzeń, że pomysł ten Traktujecie jako rodzaj egzotycznej mrzonki. Szkoda, że Ferujecie wyroki zanim jeszcze wypowiedzieli się mieszkańcy naszego miasta i zanim w Ratuszu zapadły stosowne decyzje. Komentarz redaktorski jest zawsze kropką nad „i”, dzięki której każdą inicjatywę już u jej zarania można uśmiercić. To dla redakcji wygodne, a dla autora idei bardzo przykre. Szczególnie przykre, że pani redaktor ucieka się do Peerelu, by zdyskredytować i pomysł, i wartość artystyczną samego „Łabędzia”.

Ja rozumiem, że abstrakcja nie musi się podobać, że pani Lewińskiej po drodze z estetyką starczo rozkraczonego Szwalbego przed Filharmonią, z dłubiącym „Enigmę” na Gdańskiej Rejewskim, z „biegaczami”, co wyglądają jak ekshumowane zwłoki pomordowanych w lasku katyńskim, i innym cudami spod dłuta majstra Kubiaka, który ma tę przewagę nad innymi rzeźbiarzami, że swoje produkty wystawił miastu po upadku komuny i który zapewne przy aplauzie pani Lewińskiej na moście Sulimy-Kamińskiego w niedalekiej przyszłości wystawi nam Sulimę-Kamińskiego, jak z piórem w ręku mozoli się nad „Mostem Królowej Jadwigi”. Niemniej pozwolę sobie zauważyć, że w Peerelu – z wyjątkiem lat socrealizmu – sztuki plastyczne nie były zamkniętym na świat gettem, że wbrew geopolitycznemu położeniu Polski po niewłaściwej stronie żelaznej kurtyny szły z trendami współczesnej sztuki w ogóle. Nikt zatem przy zdrowych zmysłach nie będzie przekreślał piętnem Peerelu twórczości Romana Opałki, Magdaleny Abakanowicz, Alfreda Lenicy czy Władysława Hasiora.

Nasz abstrakcyjny „Łabędź” z minionej i dla pani redaktor niesłusznej epoki sytuuje się gdzieś pomiędzy twórczością Hansa Arpa, Henry Moore’a czy Barbary Hepworth. Nie przynosi Bydgoszczy wstydu. Wręcz przeciwnie – lekko zanurzony prezentuje się równie wspaniale jak zagraniczne abstrakcje na wodzie, choćby „Rzeźba pływająca II Kaya” węgierskiej artystki Marty Pan. Dlaczego zatem piękna nie wyeksponować? Dlaczego nie czerpać zeń dumy? Tylko arogancją zatem i brakiem rozeznania w kulturze należy tłumaczyć sobie nieprzychylne słowa pani Lewińskiej o naszym „Łabędziu”. Prawda, to nie Henry Moore ani nawet Igor Mitoraj się pod nim podpisał, ale gdyby w przeszłości miasta nie stawiały na lokalnych twórców, gdyby tylko zabiegały o garstkę najwybitniejszych, nie byłoby Wenecji Tycjana, Norymbergii Dürera, Oslo Vigelanda czy Barcelony Gaudiego. Może powstałoby kilka ekskluzywnych Dubajów, ale poza tym wszędzie byłoby tak samo. Żadnych lokalnych odrębności. A przecież właśnie inność ludzi najbardziej fascynuje.

Pani redaktor Lewińskiej nie w smak przenosiny różnych obiektów. Rozumiem jej frustracje: pani redaktor woli żeby wszystko było po staremu. A zatem przyjemniejszy byłby dla niej nie tak dawny widok i smród wielkiego śmietnika na Wełnianym Rynku i w jej oczach piękniej by się prezentowały dziko parkujące samochody, niż stylowe kawiarenki w cieniu przeniesionego pomnika Leona Barciszewskiego. Zapewne też milszy byłby obraz zaniedbanych podwórek ulicy Pod Blankami rodem z powieści Dickensa, a tu, niestety, nowe kamieniczki i parking… Stąd jej niechęć.

W odróżnieniu od pani Lewińskiej nie jestem miłośnikiem kultury slumsów. Wolę to, co piękne i czyste, i z lekką ekstrawagancją. Dlatego u mnie pęd do zmian. Na lepsze.

À propos pana Kubiaka. Rzeźbiarz ten nie tylko zapaskudza miasto swoimi tworami, ale także zdarza mu się wykreować coś naprawdę wartościowego. Choćby poetycką postać „Wędrowca” u zbiegu ulicy Gdańskiej z Pomorską i Dworcową. Skoro pani Lewińska deklaruje się jako osoba wrażliwa w sprawie przestrzeni miejskiej, zatem powinna zainteresować się faktem, że potężna tablica informacyjna po części zasłania posąg, że należałoby umieścić ją w innym miejscu. Interwencję w obronie zawłaszczonej dziełu Kubiaka przestrzeni chętnie poprę.

Z poważaniem

Waldemar Pasiński

 

Odpowiedzią pani Aleksandry Lewińskiej i „Gazety Wyborczej” było pogardliwe milczenie.

 


 

Szum medialny wokół „Łabędzia” ucichł, mnie złość przeszła, a cała historia skończyła się tak, jak zaczęła, czyli jazdą rowerową.

Lody puściły, więc po krótkiej, acz uciążliwej dla cyklistów zimie, 14.III.2014r. wraz z Januszem Różańskim wznowiliśmy treningi. Wiadomo, trzeba nabrać tężyzny przed sezonem, bo czeka nas i jazda do Kościelca Kujawskiego, i wyprawa do Pelplina, i Chełmno po dwóch latach czas odwiedzić, i wiele jeszcze innych podróży na dwóch kółkach przed nami. Zatem znów łagodny, acz długi podjazd ulicą Rekreacyjną pod rynkowskie wzniesienie, znów botanikiem w dół, znów wyczerpująca wspinaczka rowerowa Hipiczną pod Górę Myślęcińską i wreszcie odpoczynek nad trzema stawami.

Kiedy spoceni podjeżdżaliśmy do stawów, Janusz zauważył:

- „Łabędzia” ci nie przenieśli, ale odniosłeś moralne zwycięstwo.

- Dlaczego?

- Bo przynajmniej go z zielska oczyścili.

Faktycznie. Trzciny wycięto i z daleka jak dawniej widoczny był abstrakcyjny korpus na wodzie. Chociaż pokiereszowany zębem czasu i glonami prezentował się całkiem dostojnie. Pytanie tylko: na jak długo? Pewnie jesienią znów posąg zniknie w gąszczu badyli.

- Wiesz – rzekłem do Janusza. – mam pomysł na pierzeję zachodnią na Starym Rynku.

- Co, chcesz odnieść kolejne moralne zwycięstwo? – na obliczu mego towarzysza znów pojawiła się niewiara w moje przedsięwzięcia.

 

 

Poniekąd miał rację. Żyjemy wszak w Polsce, w kraju zawistnych nieudaczników, więc tutaj bez łutu szczęścia za naiwne marzenia każdy szary człowiek zbiera kopniaki. Może tylko się pocieszać, że kopiącego zmusił do wysiłku, i może tylko z satysfakcją rzec: „Tak mocno mnie kopnął, że aż go zabolało”. I takie to jego marne, moralne zwycięstwo.


  • #1 napisane przez ~Słuchacz 
    około 2 lata temu

    Jakże boleśnie prawdziwa bydgoska rzeczywistość. A pomysł z łabędziem jak najbardziej popieram, tym bardziej, że również mam do tej rzeźby sentyment. Niegdyś również bywała ona celem moich wycieczek rowerowych ;-)

  • #2 napisane przez ~Rezydent 
    około 1 lat temu

    Udało mi się ustalić autora tego (i pozostałych myślęcińskich kamiennych pomników).

    http://m-bydgoszcz.blog.pl/2015/04/17/pomnik-wspolczesny/

    Faktycznie przeniesienie pomnika w okolice opery, nie było głupie!

    pozdr. R

Brak trackbacków.