Święta Wielkiej Nocy to dla wszystkich jaja gotowane, lany poniedziałek i wtorkowy kac. Gdzieś na końcu tego wszystkiego, gdzieś między telewizyjną Myszką Miki, zajcem, co jajka dyga w worku i Barankiem z cukru, którego dzieciaki chętniej pożerają niż komunię, w omroczonym szybką wódką pod nóżki w galarecie czerepie kołacze się radosna wieść, że „Dżizus Woskres!” i że na sto procent od wtorku zrzucamy kilogramy, bośmy w święta przypulpecili tęgo jak tuczniki na fermie.
Mój brat, Jurek, miał inny pomysł na święta: nie po to telepał się tysiąc kilometrów z krainy Makreli-Merkel – krainy, która już wkrótce za sprawą islamskich Hunów przeobrazi się w kalifat – żeby przed telewizorem wyślepiać się na połykane jajka i krajaną w plasterki wielkanocna babę. Rzucił hasło „wycieczka do Malborka”, a że jego dzieciaki w Polszcze niczego poza chałupą dziadków i kreskówkami w Cinema City nie widziały, były zaintrygowane nieznaną im nazwą i ogólnikowym stwierdzeniem, że przed wiekami w Malborku była stolica Zakonu Krzyżackiego i że po Krzyżakach pozostał największy zamek na świecie pod względem zajmowanej powierzchni.
Mnie na rodzinną wycieczkę – choć nie rowerową – nie trzeba było namawiać, gdyż wspólne wypady rodzinne to u nas rzadkość. Ostatnim bodaj razem było to w Berlinie, gdy Laura i Sebastian jechali na krzesełkach przymocowanych do rodzicielskich rowerów. Ech, to były czasy!…

Aura sprzyjała raczej dużej wódce pod śledzia niż na wyjazd: zimno, ciemno, deszcz i śnieg. Niemniej Laura i Eliza cieszą się, że porzucamy rutynę świątecznego biesiadowania. Brat mój, Jurek, skupia się na czujnej jeździe, bo wariatów za kółkiem, zwłaszcza na autostradzie A1, nigdy nie brakuje.

W Malborku wita nas zamczysko posępne jak dzieje Krzyżaków…

…albo jak z dramatycznej baśni o złym czarnoksiężniku.
Siedziba wielkiego mistrza Zakonu (niem. Ordensburg, Marienburg) powstawała w kilku etapach od 1280 roku do połowy XV wieku.

Wkraczając w mury, nasuwa się Dante z „Piekła” rodem:
„Przeze mnie droga w miasto utrapienia,
Przeze mnie droga w wiekuiste męki,
Przeze mnie droga w naród zatracenia.
Jam dzieło wielkiej, sprawiedliwej ręki,
Wzniosła mię z gruntu Potęga wszechwłodna,
Mądrość najwyższa, Miłość pierworodna;
Starsze ode mnie twory nie istnieją,
Chyba wieczyste – a jam niepożyta!
Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją…”
Na odrzwiach bramy ten się napis czyta

Jakby dla złagodzenia wrażenia powszechnej surowości płaskorzeźba z motywem maryjnym.

Na dziedzińcu ogólny rejwach: wycieczki zorganizowane i pojedynczy turyści mieszają się, wpadają na siebie, przekrzykują, ustawiają do zdjęć. Jakiś dzieciak zagląda w armaty, nasz przewodnik gestykuluje, a Jurek i Eliza, Ania, Błażej i Laura pilnie słuchają jego opowieści.

Poczta Polska u Krzyżaków nie dziwi…

…i nie dziwią inne przejawy współczesności, bo nie samym zabytkiem zamek żyje.

Ponure facjaty teutońskich zbirów w wojennym rynsztunku nie pozostawiają wątpliwości jakiego rodzaju chrześcijańską miłością bliźniego kierują się ci panowie w swym życiu. Spotkać takiego wyznawcę krzyża to prawdziwy pech, bo człek nawet testamentu nie zdąży spisać, a już chwacko sprawiony torturami wydaje ostatni dech.
Cztery posągi wielkich mistrzów Zakonu Krzyżackiego to adoracja z brązu nieistniejącego pomnika Fryderyka Wielkiego. Figury w zbrojach – wbrew historykom od poprawności politycznej – wyraźnie świadczą, że podstępny i zbrodniczy Zakon Krzyżacki=Niemcy, a twierdzenie czegoś innego jest takim samym ple-ple, jak wmawianie ludziom przez historycznych gównozjadów, że to nie Niemcy masowo mordowali ludzi w czasie II wojny światowej, lecz jakieś ufoludki o nazwie „naziści”.

Kolejny posępny gmach i kolejny militarny akcent.

Kamienna umywalka, w której zadziwia…

… marmurowa płaskorzeźba Chrystusa i Samarytanki u studni, albowiem ma wyraźnie bizantyjski rodowód. A przecież z Malborka nawet na ówczesną Ruś prawosławną droga była daleka.

Sebastian podziwia kolumny i łuki gotyckie oraz wyblakłe freski.

Czasem zdobienia pomieszczeń są zaskakujące: tu jakby ukłon w stronę portugalskiego azulejo.

Laura i ja odpoczywamy na ławach kamiennych, na których ongi siadali knechci i komturowie. Podziwiamy też nieliczne obrazy o treści rzecz jasna budującej, bo związanej z Pokłonem Trzech Króli.

Kilka historycznie odtworzonych sal pozwala nam przenieść się w czas mieczy i brzęku ostróg.

Jurka zaintrygował ówczesny bankomat. No cóż, karta magnetyczna do niej była solidna i kuta w żelazie, i raczej w portfelu się nie mieściła. Pieniądz zresztą też się nie mieścił… Ciężki był, duży. Bogacza chyba było można poznać po przepuklinie.

Ja i koński fantom. Pancerny namordnik nie czynił rumaka szczęśliwym. Obrońcy praw zwierząt w czasach średniowiecza mieliby co robić.

Krzyżacy, Krzyżakami, ale najpiękniejsze zbroje należą do naszej husarii.

Laura zdegustowana miejscem, gdzie i wielki mistrz, i komtur, i zwykły knecht, piechotą… Ówczesny papier toaletowy miał zdecydowanie charakter roślinny.

W zamku malborskim, jako że należał do wojowników, a nie do artystów, nie ma zbyt wielu dzieł sztuki…

…Ale, te które są eksponowane…

…są naprawdę piękne.

Klęczący Chrystus w Ogrójcu. Przed laty, gdy byłem w Malborku, był jedyną lub jedną z naprawdę nielicznych rzeźb w zamkowym muzeum. Przynajmniej tak go zapamiętałem. Poza tym był pięknym rekwizytem w telewizyjnym filmie „Tylko Beatrycze” Stefana Szlachtycza na podstawie prozy Teodora Parnickiego.

Eksponowane bogatą snycerką miejsce nie musi być wygodne. Jurek się o tym przekonał.

Studnia na dziedzińcu i smutny pan z parasolem. Pada, a my powoli opuszczamy siedzibę wielkiego mistrza – trochę z przymusu, bo wybiła 15-ta, a w święta muzeum krócej czynne.

Laura, Eliza, Jurek, Sebastian, Ania i Błażej na ostatnim zdjęciu z zamkiem w tle.