Konstanty Dombrowicz – arogancki prezydent naszego miasta, przez szyderczych oponentów zwany KonDomem – do historii Bydgoszczy przejdzie śmiałym, acz mało funkcjonalnym Spinaczem Uniwersyteckim, przemianą betonowego kopciuszka łączącego brzegi Brdy na ulicy Mostowej w stylowy Most Staromiejski, a także rewitalizacją Wyspy Młyńskiej. Mało kto jednak pamięta, że jaskółką zmian, które wprowadził w naszym mieście, była przebudowa Wełnianego Rynku.
Trójkątny plac u początku ulicy Długiej nigdy nie miał charakteru reprezentatywnego. Już jego nazwa wskazuje na utylitarny rodowód.
Historia Wełnianego Rynku jako targowiska zaczęła się w 1838 roku, czyli dziesięć lat po wyburzeniu istniejącej w tym miejscu od 1600 roku Bramy Poznańskiej i po zniesieniu rogatek. Na pustym placu handlowano drewnem opałowym tudzież runem owczym z podbydgoskich majątków. Trwało to krótko, gdyż o wiele tańsza, zamorska bawełna skutecznie wyparła wełnę z codziennej odzieży mieszkańców Europy. Kiedy w 1854 roku nazwę „Wełniany Rynek” oficjalnie wprowadzono do rejestru ulic, był to już tylko ukłon w stronę przeszłości, pamiątka po świetności dawnego targowania. Od strony Długiej łagodnie idący pod górę teren przechodził później różne koleje losu – między innymi był tu przystanek tramwajów konnych, a później tramwajów elektrycznych. W jednym z budynków przez dziesiątki lat na rynku mieścił się hotel. Niemniej przestrzeń między ulicą Długą, Poznańską, Wierzbickiego i Podgórną nigdy nie nabrała jakiegoś szczególnego znaczenia i nigdy nie była chlubą miasta.
Współcześnie, zanim w 2008 roku prezydent Dombrowicz podjął decyzję o przebudowie miejsca, Wełniany Rynek był obrzydliwym chaosem dzikiego parkowania samochodów oraz skupiskiem fetoru rozkładających się odpadków, które składowano w kilku potężnych, rdzewiejących i zawsze pootwieranych kontenerach – w kontenerach poustawianych byle jak i byle gdzie, często na środku placu, a więc na środku jezdni, i opróżnianych rzadko, dopiero, gdy góry śmieci się z nich wysypywały. W letnie dni smród na placu był nie do opisania, a grozy dopełniały szczury harcujące w pojemnikach w biały dzień.

Niewiele trzeba było zmienić, ażeby zaniedbane miejsce przy domach Wenecji Bydgoskiej stało się uroczym dopełnieniem ulicy Długiej. Wystarczyło usunąć kontenery z nieczystościami, ucywilizować parkowanie, zmienić nawierzchnię, w lekkim wzniesieniu uczynić kilka wygodnych dla spacerowiczów stopni, oddzielić plac od ruchliwej ulicy Poznańskiej rzędem drzew oraz dopełnić miejsce pomnikiem prezydenta miasta Leona Barciszewskiego. Zwłaszcza to ostatnie było strzałem w dziesiątkę.
Posąg z brązu bohaterskiego prezydenta stał na skwerku jego imienia przy ulicy Mostowej. Ładnie wkomponowany w zieleń, nie był należycie wyeksponowany. Dlatego nie zwracał niczyjej uwagi. A przecież nie taka idea przyświecała jego wystawieniu. Pomnik ze składek społecznych miał być hołdem miasta dla włodarza, który pracą swoją rzetelnie służył jego wielkości i który w obronie jego dobrego imienia oddał życie. Należało zatem znaleźć takie miejsce, by wielkość Leona Barciszewskiego nie budziła niczyich wątpliwości. Takim miejscem z pewnością nie był placyk przy Mostowej.

Leon Barciszewski (1883 – 1939) był dyplomatą i samorządowcem. Jego wielkiej roli w szerzeniu polskości pod zaborem pruskim i w odbudowie państwa polskiego po 1918 roku nie sposób przecenić. Wystarczy powiedzieć, że jako konsul za swą działalność na rzecz Polski oraz europejskiej praworządności został przez Niemców uznany za persona non grata i wiosną 1924 roku zmuszony do opuszczenia Niemiec.
Wbrew pozorom wyjazd do Polski dla Leona Barciszewskiego nie był karą: już wcześniej marzył o powrocie, gdyż w 1922 roku kandydował na urząd prezydenta miasta Bydgoszczy i przegrał konkurs tylko jednym głosem.
Zanim w 1932 roku na dwunastoletnią kadencję objął urząd Prezydenta miasta Bydgoszczy, dał się poznać jako przedsiębiorczy burmistrz Gniezna – usprawnił gospodarkę komunalną, podniósł rangę miasta poprzez uzyskanie statusu miasta wydzielonego, zadbał o pomnażanie majątku Gniezna.
Prezydenturę w Bydgoszczy objął w bardzo trudnym okresie kryzysu ekonomicznego na świecie. Stąd jego naczelną troską była walka z bezrobociem i rozruszanie gospodarki w Bydgoszczy. Na obu polach odniósł sukces. Za jego prezydencji pobudowano i unowocześniono szereg zakładów przemysłowych takich jak „Karbid Wielkopolski”, „Kabel Polski”, „Lloyd Bydgoski”, rzeźnia miejska. Jak jego poprzednik, prezydent Bernard Śliwiński, walczył o uniezależnienie Bydgoszczy od Poznania i po części odniósł sukces: Bydgoszcz przyłączono do województwa pomorskiego, ale nie uczyniono jej stolicą wojewódzką.
Wybuch wojny nie był dlań zaskoczeniem. 3.IX.1939 roku opuścił miasto, gdyż wojewoda pomorski zwołał naradę prezydentów miast do Włocławka. Stamtąd zarządzono ewakuację do Warszawy, a potem do Lwowa i Zaleszczyk. Dowiedziawszy się o eksterminacji ludności polskiej w Bydgoszczy i o posądzeniu go o rzekome przywłaszczenie pieniędzy z kasy miejskiej, postanowił wrócić i oczyścić się z zarzutów. Do Bydgoszczy dotarł 9.X.1939 roku i już po dwóch godzinach został aresztowany przez gestapo i przewieziony do więzienia przy ul. Poniatowskiego. Po miesiącu tortur, bez sądu, 11.XI.1939 roku został „rozstrzelany w trybie doraźnym”.

Przenoszenie pomników zawsze wzbudza kontrowersje, bo zawsze godzi w przyzwyczajenia. Na naszym bydgoskim gruncie najlepiej widać to na przykładzie „Łuczniczki” i „Pomnika Walki i Męczeństwa Ziemi Bydgoskiej”. Larum się w mieście podniosło, gdy próbowano nagi symbol naszego grodu przenieść z Parku im. Jana Kochanowskiego, czyli sprzed Teatru Polskiego, na dawne miejsce na Placu Teatralnym. Przenosiny miały przywrócić znaczenie „Łuczniczki” dla miasta, ale protesty sprawiły, że wizytówka Bydgoszczy nadal jest wizytówką ukrytą: mało widu, dużo słychu…
Natomiast „Pomnik Walki i Męczeństwa Ziemi Bydgoskiej” jest probierzem lokalnego patriotyzmu. Już prezydent Jasiakiewicz marzył, by zniknął ze Starego Rynku. Najchętniej widział go na Cmentarzu Bohaterów Bydgoszczy na Wzgórzu Wolności albo w Dolinie Śmierci w Fordonie. Ale gdy tylko ogrodzono teren wokół pomnika i wkroczył ciężki sprzęt, znaleźli się zapalczywi jego obrońcy, co się do płotu przykuli łańcuchami.
Prezydentowi-arogantowi też nie udało się z monumentem. Jedyne co Konstanty Dombrowicz wskórał, to zlikwidował szaniec z piaskowca wokół niego, za którego surowymi blokami żule raczyli się piwskiem i oddawali mocz.

Aktualnie, po historiach z przenosinami, prezydent Bruski ma kłopot, by w ramach rewitalizacji płyty Starego Rynku przesunąć „Pomnik Walki i Męczeństwa Ziemi Bydgoskiej” o… kilkanaście metrów w bok.
Ze zmianą lokalizacji pomnika prezydenta Barciszewskiego szczęśliwie się udało: nikt nie czynił rabanu, pismami oraz wiecowaniem nie blokował decyzji Dombrowicza ani przykuwał się do cokołu. Stąd jego aktualne, piękne wyeksponowanie, a także poniekąd symboliczne: w miejscu, gdzie kończy się stara Bydgoszcz, a zarazem w połowie drogi pomiędzy Ratuszem na Starym Rynku, a Urzędem Miejskim na Grudziądzkiej, w budynkach dawnej „Telfy”.

Bohaterski Leon Barciszewski powinien być często i gęsto opiewany w poezji. Ale wśród bogobojnych rymowanek o urokach naszego miasta, które wytrwale składają lokalne poczciwiny, bo im cosik w duszy gra, nie znalazłem żadnego wartościowego wiersza o nim. Jedynie mój niezawodny Hubertus pod wrażeniem lektury „Co u pana słychać?” Krzysztofa Kąkolewskiego (1930-2015) – książki, która jest zapisem rozmów ze zbrodniarzami hitlerowskimi – w utworze o Wernerze Kampem, kacie Bydgoszczy, przywołał postać zamordowanego prezydenta. Wiersz nosi tytuł „Bromberg’39” i prawdopodobnie powstał jako swoiste uzupełnienie reportaży Kąkolewskiego, gdyż rozmowa z Kampem była w planach pisarza, lecz dawny Hauptsturmführer SS nie wyraził na nią zgody.

 

BROMBERG’39

I

- Wie geht es Ihnen Herr Kampe?
Czy dopisuje panu niepamięć?

A może jednak
Śni pan jeszcze Bromberg neun und dreißig
W jesiennej aurze armii Führera?

Pamięta pan? – był upał i kurz

Był wrzesień zielony
Jak wkraczanie Wehrmachtu do miasta

Był wrzesień brunatny
Jak wrzask miejscowych bojówek

Był wrzesień czerwony
Jak krew rozstrzeliwanych bydgoszczan

Był wrzesień czarny
Jak pański mundur pod bielą trupiej główki

II

Nadburmistrz Werner Kampe
Jako Kreisleiter w partii i Hauptsturmführer w SS
Był typisch Übermensch

A skoro Übermensch i skoro nadburmistrz
Dla Trzeciej Rzeszy
Z polskiej Bydgoszczy uczynił hitlerowski Bromberg

Dbał o Bromberg –
Dbał mordowaniem mieszkańców i grabieżą ich mienia

Zniszczeniem
Rozbudowywał miasto i jego przestrzeń życiową:

Na starym Rynku
Przestał istnieć kościół po jezuitach
Który był tłem niemieckich egzekucji

Zniknęło Muzeum Miejskie
I kamieniczki w sąsiedztwie

Strzaskano pomnik literackiego Nobla
Oraz pamięć Powstania Wielkopolskiego

Sypały się cegły z domów przy Mostowej
Bazylikę rozkradziono i zmieniono w magazyn
A wraz z Żydami synagoga odeszła w niebyt

W pustce po wyburzeniach dobrze się niósł żołnierski krok

III

- Dlaczego on jeszcze żyje?! –
Ryczał Kampe do podwładnych
Gdy więźniów lustrował w piwnicy gestapo
– Dlaczego on jeszcze żyje?! –

Mówi się
Że wojna nie sprzyja literaturze
Mimo że czasem
Splata losy jak w literaturze

Nie dziwi zatem
Że Wernera Kampego
Nadburmistrza niemieckiego miasta Bromberg
Z Leonem Barciszewskim
Prezydentem polskiego miasta Bydgoszcz
Wojna złączyła
Niby cynizm z prawością w powieściach Conrada

- Dlaczego on jeszcze żyje?! –
Siepaczy w mundurach
Torturujących Leona Barciszewskiego
Służbowe niezadowolenie smagało jak echo

Nadburmistrz najeźdźców –
Przywódca ludobójstwa i kradzieży –
Pod nieobecność prezydenta podbitego miasta
Oskarżył go o zabór mienia publicznego

Jednak Leon Barciszewski –
Dyplomata i samorządowiec
O szczęsnej ręce do gospodarowania –
Zamiast milczenia nieobecnością
Jako człek prawy wybrał powrót
By bronić honoru urzędu i swego dobrego imienia

- Dlaczego on jeszcze żyje?! –

Spotkanie militarnego Niemca z bezbronnym Polakiem
Było konfrontacją złoczyńcy z człowiekiem honoru –
Lektura „Lorda Jima” podsuwa analogię

Zatem nie mogło zakończyć się inaczej
Niż uwięzieniem
W dwie godziny po przyjeździe do Bydgoszczy

Potem rutyna hitlerowskich oprawców:
Przesłuchiwania
Aż po krew w ustach i opuchliznę z pobicia
A po miesiącu
Śmierć w trybie doraźnym
I pochówek w miejscu nieznanym

Radość kaźni radość nadburmistrza
Biła z ulicznych afiszów bezwstydnie –
Jeder Übermensch jest wszak jenseits von Gut und Bose

IV

- Wie geht es Ihnen Herr Kampe?
Wojna pana nie drasnęła nicht wahr?
Was ist Ihr Geschäft?
Czy dlatego zajął się pan ubezpieczeniami
Że zna pan wartość śmierci? –

Hanower – środek miasta
Gustav-Adolf-Straße 8 gdzie mieści się firma
Z katem Bydgoszczy –
Pracowitością
Po wojnie osiadłym w dobrobycie –
Reporter z Polski próbuje rozmawiać

Ale rozmowy nie będzie
Biel niepamięci starannie pokryła czerń życiorysu:
– O czasach wojny najlepiej niech pan zapomni –

Nie będzie również jakiejkolwiek sprawiedliwości
Ponieważ miasto Monachium –
Gniazdo z którego Hitler wykluł się Führerem –
W procesach chroni zbrodniarzy wojennych
Z pietyzmem godnym najwyższych wartości

W Brombergerprocess
Urągając ofiarom i zło mając za nic
Nadburmistrza z SS Wernera Kampego
Miasto Monachium
Nie na ławie oskarżonych posadzi
A… na ławie świadków

Porządny Niemiec będzie więc dalej żyć porządnie
Świat kochać będzie rodzinę i kwiatki
Grom go nie trafi z jasnego nieba

I tylko czasem ktoś zabłąkany z Polski
Jakiś Kąkolewski czy inny moralista
Brzydko zakłóci spokój pytaniem:
– Wie geht es Ihnen Herr Mörder?
Reumatyzm nie dokucza panu i sumienie? –

Hubert Ostoja-Dybowski, z tomu „W cieniu mojego miasta”

 

________________________________

Wie geht es Ihnen Herr Kampe? – co u pana słychać, panie Kampe
Jeder Übermensch jest wszak jenseits von Gut und Bose – każdy nadczłowiek jest wszak poza dobrem i złem
Wojna pana nie drasnęła nicht wahr? – wojna pana nie drasnęła nieprawdaż?
Was ist Ihr Geschäft? – czym się pan zajmuje?
Brombergerprocess – proces bydgoski
Wie geht es Ihnen Herr Mörder? – co u pana słychać panie morderco?