trolluń1

Na kantowaniu województwa obrotnością pp. Zaleskiego i Całbeckiego et consortes Toruń rośnie w pychę. Ostatnio bez kompleksów wciska swe miano w nazwę naszego lotniska. Czyni to z całą świadomością, że doprowadza bydgoszczan do białej gorączki. Pragnie bowiem w ten sposób zaznaczyć, kto w województwie odgrywa pierwsze skrzypce, komu należą się honory, a kto jest pod toruńskim butem. Najgorsze, iż czyni to z zachłannością buca-nuworysza, któremu wsio rawno, czy jest to zgodne z jakimikolwiek normami, przyzwyczajeniami czy choćby z ludzką przyzwoitością: ma tak być, bo Toruń chce!

Przypomnę, prezydent Torunia pan Michał Zaleski – podjudzany przez Piotra Całbeckiego marszałka (podobno) wojewódzkiego – oświadczył, że sypnie bydgoskiemu lotnisku 5 mln zł, jeżeli w nazwie naszej pasażerskiej awiacji pojawi się nazwa „Toruń”. Propozycja jest oczywiście obraźliwa, zaś kwota śmieszna, przy udziale kapitałowym w funkcjonowaniu lotniska Bydgoszczy na poziomie 23% i Torunia – 0,04%. Marszałek Całbecki posuwa się wręcz do szantażu, by fanaberię nazewniczą wprowadzić w życie, a mianowicie twierdzi, że lotnisku starczy pieniędzy tylko do 8 grudnia. Po tym terminie trzeba będzie ogłosić upadłość spółki akcyjnej. Zabraknie bowiem – jak co roku – 12 mln zł. Z drugiej strony porównywalny z naszym lotniskiem port lotniczy w Łodzi rokrocznie przynosi straty w wysokości 54 mln zł. Zatem Bydgoszcz chyba nie należy do marnotrawców.

Propozycje zmiany w udziałach akcyjnych (samorząd województwa – 50%, Bydgoszcz – 30%, Toruń – 17%), choć rozsądne, są dalekie od realizacji, gdyż Toruń pozostaje głuchy na niezadowolenie i argumenty bydgoszczan i koniecznie chce wepchnąć się do nazwy. Duet Całbecki&Zaleski argumentuje, że to przyniesie rentowność lotniska, że nazwa turystycznie atrakcyjnego grodu Kopernika sprawi, że podróżni masowo zaczną latać do Bydgoszczy. Absurdalność takiego myślenia narzuca się sama. Poza tym jest to najzwyczajniej gwałt na zdrowym rozsądku tudzież mowie polskiej, o czym pisałem do pana marszałka Całbeckiego.

 

Bydgoszcz, 16.VIII.2016r.

 

Do

Marszałka województwa kujawsko-pomorskiego

Pana Piotra Całbeckiego

 

Szanowny Panie Marszałku!

 

Piszę do Pana w sprawie nazwy portu lotniczego usytuowanego w Bydgoszczy. Wiem, że w tej sprawie wiele osób do pana się zwracało – zwłaszcza rozzłoszczonych bydgoszczan, do których i ja również się zaliczam – wiem, że hałasu wobec proponowanej przez Pana zmiany ma Pan serdecznie dosyć, zwłaszcza pełnych wyzwisk wpisów na forach internetowych. Niemniej ponawiam apel: mimo wielkiego przywiązania do pomysłu niech Pan wycofa się z projektu zmiany nazwy.

Nie proszę o to w imieniu Bydgoszczy, którą Pan lekceważy i kwotą pięciu milionów złotych za dokonanie zmian chce Pan upokorzyć, lecz piszę w obronie mowy polskiej, dla której taka zmiana będzie prawdziwym gwałtem. Dlaczego? – dlatego że dwuczłonowymi nazwami lotnisk rządzi bardzo precyzyjna reguła.

Jeżeli port lotniczy usytuowany jest w małej miejscowości, której nazwa nikomu nic nie mówi, do nazwy lotniska wprowadza się najbliższe duże miasto. Dlatego mamy port lotniczy Warszawa-Modlin, Kraków-Balice, Wrocław-Strachowice, Poznań-Ławica, Szczecin-Goleniów, Zielona Góra-Babimost. Zawsze pierwsze miasto pozwala orientować się co do regionu, zaś drugie wskazuje, gdzie faktycznie podróżny wyląduje.

Abstrahując od Pana argumentacji, od wyliczania lotnisk na świecie, gdzie dwuczłonowe nazwy lotnisk ku zadowoleniu wszystkich istnieją, proponowana przez Pana nazwa Bydgoszcz-Toruń nijak się ma do owej czytelnej zasady. Sugeruje bowiem, że lotnisko znajduje się w niewielkim Toruniu niedaleko dużej Bydgoszczy. A przecież to nieprawda, przecież port lotniczy jest w Bydgoszczy. Jeżeli Pan odwróci kolejność miast na Toruń-Bydgoszcz, wówczas wprawdzie lotnisko będzie w Bydgoszczy, ale też będziemy mieć do czynienia z nieprawdą, bo wedle kryterium naszego języka gród Kopernika nagle okaże się miastem większym od grodu nad Brdą…

Jeżeli już można mówić o jakiejkolwiek zmianie, to tylko o takiej, która uwzględniałaby podbydgoskie Białe Błota. Na dużej części owej gminy jest bowiem usytuowane nasze regionalne lotnisko. Myślę że od określenia Port Lotniczy Bydgoszcz-Białe Błota Bydgoszczy korona z głowy by nie spadła. I to byłaby jedynie sensowna zmiana.

Jako Marszałek województwa kujawsko-pomorskiego – niezależnie od Pańskich osobistych zapatrywań – jest Pan przedstawicielem władz polskich na szczeblu lokalnym i z tego względu winien Pan respektować zasady, które rządzą językiem polskim. Dlatego proszę, by stał Pan na straży praworządności, a więc i poprawności wszelkiego definiowania. W tym definiowania nazwy lotniska.

Z poważaniem -

Waldemar Pasiński

 

Oczywiście, moje pismo zostało zignorowane. W awanturze o lotnisko nie chodzi bowiem o rozsądek, lecz o upust rozbuchanego narcyzmu torunian, o błyszczenie cudzym kosztem, o delektowanie się własną ważnością, a tym samym o upokarzanie znienawidzonego sąsiada.

Innym przejawem takiego myślenia jest pokazowa impreza pod hasłem Sting na Jordankach. Oto pan Marszałek Wojewódzki na spółkę z panem Prezydentem Torunia postanowili zafundować mieszkańcom swojego miasta (czyli aktualnym i przyszłym wyborcom) darmowy koncert słynnej gwiazdy brytyjskiego rocka. Występ 8 grudnia 2016 roku ma być rejestrowany przez telewizję. Nic bardziej chwalebnego, bo i artysta znany, i Jordanki efektowne, gdyby nie fakt, że na koncert dla „wyjątkowych ludzi Torunia” ma się zrzucić… województwo. A zatem mieszkaniec Grudziądza, Inowrocławia czy Sępólna ma się cieszyć, że zapłaci za muzyczną frajdę torunian.

A co na to obdarowani koncertem? – nic! Nie żenowała ich sytuacja, że marszałek wojewódzki przedkłada Toruń nad Kujawsko-pomorskie, że hojnością swoją dla swoich po raz kolejny wywoła niezadowolenie i wzmocni tendencje do rozpadu województwa. Ich problem sprowadzał się tylko do tego, komu przysługuje zaproszenie na Stinga.

 

 

Również lokalna prasa nie dostrzegła nic nagannego w żerowaniu na województwie. Beznamiętnie rozpisywała się o finansowaniu.

Guru „Gnidy Upiornej” (którą od roku stała się „Gazeta Wyborcza”), redaktor Kowalski, jedyne co zauważył, to… datę koncertu. Otóż ten wrażliwy inaczej tudzież niezłomny tropiciel prawd Kościołowi nieobjawionych (ostatnio domagał się dymisji biskupa Tyrawy, bo… pierwszy w dziejach naszego miasta dostojnik kościelny nie wypowiedział się, czyli nie pokajał przed dziennikarzami „Wyborczej”, w sprawie pedofila w sutannie, który w majestacie prawa trafił do aresztu) zauważył, iż „8 grudnia, w dzień przybycia Stinga do Torunia, przypada 25. rocznica pojawienia się w eterze sygnału Radia Maryja” (Gazeta Wyborcza, 25 listopada 2016, MB, Co na to Kowalski, s.5). W związku z powyższym proponuje, by sypnąć grosiwem, by artysta-chciwus (tak, tak, chciwus, albowiem ma winnicę i muzycznym fanom swojej sztuki za możliwość pracy w niej każe sobie płacić) na bis odśpiewał „Happy birthday to you”.

 

Marcin Kowalski, czyli rzecz o rozwoju poprzez zwój

 

Jako pracownik sklepu od lat znam redaktora Kowalskiego. Czasem służę mu radą, czasem tylko spełniam jego prośbę. W ten sposób obie strony są usatysfakcjonowane. Wydawało mi się, że skoro w kwestii handlu jesteśmy partnerami, to owo partnerstwo wykracza poza handel. Myliłem się.

Kilka miesięcy temu, widząc, iż z sobotniego magazynu „Gazety Wyborczej” zniknął lokalny dodatek, pytałem pana Kowalskiego, czy nie jest to sygnałem na kłopoty pisma. Wiedziałem, bo każdy to wiedział, że dwoma szybkimi decyzjami aktualne władze pozbawiły gazetę Michnika wielkoformatowych ogłoszeń spółek skarbu państwa oraz ogłoszeń samorządowych, a także wpływów z prenumeraty. Nie przypuszczałem jednak, że straty z tego tytułu będą dla pisma aż tak poważne: drastyczna podwyżka ceny, mniejszy nakład i znacznie „chudszy”, zwolnienia zbiorowe, wyprzedaż budynków. O tym dopiero teraz mówi sam nadredaktor Adam Michnik, kiedy peregrynuje po Polsce i podstarzałe, sentymentalne panie, które ongi były egeriami stanu wojennego i którym tęskno do młodości i lat walki z komuną, przekonuje że brak dotacji państwowych dla „Gazety” oznacza brak demokracji i zagrzewa, by złożyły akces do Targowicy, czyli odsuniętych od państwowej kasy bogaczy-KODerastów.

Na marginesie: dziwne mi się wydaje, że gazetowi mędrkowie od biznesu, którzy na łamach „Gnidy” zawsze byli nieomylnymi autorytetami w gospodarce, zawsze byli takim Barejowskim Wujkiem Dobrą Radą, w konfrontacji z gospodarczą rzeczywistością pisma nie pokazali, jakie to z nich rekiny finansowe…

Moje zaniepokojenie o losy bydgoskiego dodatku do „Gazety Wyborczej” redaktor Kowalski zbył dość osobliwym twierdzeniem, że dzięki, że ich nie ma w gazecie, jest ich więcej w internecie, a więc że zwój oznacza rozwój. Przyznaję, że zrobiło mi się przykro, bo nie myślałem, że dziennikarz uważa mnie za aż tak wielkiego idiotę. Fakt, niespecjalnie nie wyglądam na rozgarniętego, a poza tym jestem tylko sklepowym sługusem. Niemniej Pan Redaktor… no cóż, mądra głowa!

Marcin Kowalski w minionej epoce byłby znakomitym homo sovieticus, lecz mamy XXI wiek, Związek Radziecki to przeszłość, awangarda ze Wschodu to przeszłość, a wiatry postępowe powiały z Zachodu, zatem pan Marcin kwalifikuje się tylko do miana homo Michnicus. W praktyce między jednym a drugim określeniem nie ma specjalnej różnicy. Oba bowiem oznaczają człowieka wykorzenionego, bez historii i bez przywiązania do czegokolwiek lub kogokolwiek oraz całkowicie podległego mocodawcy lub idei. Kiedyś propaganda i walka klas w imię postępu ludzkości, teraz poprawność polityczna, gender i multi-kulti. Ale zawsze antyklerykalizm. Zawsze szydzenie z wartości chrześcijańskich: dawniej przedkładanie nad nie ateizmu, dziś – islamu.

Marcin Kowalski pochodzi z Podkarpacia, a mieszka w Kruszwicy. Ma tyle samo kilometrów do Torunia i do Bydgoszczy. I jak mówi, jest mu obojętne, gdzie pracuje, może być i w Bydgoszczy, i w Toruniu. Zatem jest idealnie wyobcowany, co wedle niego przekłada się na słowo „obiektywny”. Poza tym jako dziennikarz jest szczęściarzem. Bo jest dziennikarzem lokalnym. Gdyby był bardziej widoczny, gdyby jego artykuły trafiały do całej Polski na równi z publikacjami jego stołecznych kolegów redakcyjnych, niewątpliwie efektem jego pracy byłby mało chwalebny tytuł Hieny Roku. I to niejeden. Kowalski bowiem od początku swej kariery w Bydgoszczy uchodzi za dziennikarza nierzetelnego. Widać to w internetowych komentarzach do jego felietonów. Poza tym ma na koncie kilka przegranych spraw o zniesławienie. Choćby z panią Ewą Starostą, autorką „Bydgoskiej ośmiornicy”, która tropi powiązania świata przestępczego z politycznym establishmentem w naszym mieście. Choćby z panią Aleksandrą Plucińską, która była Dyrektorem Generalnym Urzędu Wojewódzkiego i którą artykułem „Bydgoska Watergate” zniszczył, gdyż pomówił o stosowanie podsłuchu i szukanie haków na wojewodę.

Czasem do swych szarż Marcin Kowalski szuka wspólnika. Raz był nim Wojciech Czuchnowski, z którym na spółkę popełnił artykuł „Akademia Hieny Roku”. Rzecz o Przemysławie Orcholskim, którego dziennikarze okrzyknęli Hieną Roku. Panowie Kowalski&Czuchnowski postanowili solidnie dołożyć człowiekowi. Przesadzili. Nie będę bronił Orcholskiego – to nieciekawa postać – ale Kowalski&Czuchnowski przekroczyli wszelką miarę w nagonce. Efekt? – sądowa przegrana i żałosne kajanie się na łamach prasy Michnika.

Jako że zawsze swój ciągnie do swego, Flip garnie się do Flapa, a Bolek do Lolka, pan Marcin Kowalski ma swego pobratymca w Toruniu. Od lat jest nim dziennikarz tamtejszej mutacji „Gazety Wyborczej” pan Piotr Głuchowski, autor kryminałów toruńskich z tak wielką karuzelą trupów, że aż bajecznych. Obaj dziennikarze doskonale się rozumieją, obaj niejeden reportaż razem napisali i niejedną książkę mają na koncie. A także skandal.

Rzecz dotyczyła książki quasi historycznej i quasi obiektywnej „Odwet. Prawdziwa historia braci Bielskich”. To dzieło powstało z inspiracji filmowej. Na polskie ekrany w 2009 roku trafił obraz Edwarda Zwicka z Danielem Craigem w roli głównej pt. „Opór”. Film powstał w oparciu o utwór profesor Nechmy Tec i cieszył się zerowym zainteresowaniem.

W filmie Zwicka o wojnie na Białorusi, o Żydach kłamano na potęgę. By pomóc w dotarciu fałszu do polskich czerepów, z odsieczą ruszył niezawodny Michnik. Ów antykomunistyczny celebryta niemal od początku istnienia „Gazety Wyborczej” uczynił z niej główną trybunę judaizmu i Orwellowskiej nowomowy zwanej poprawnością polityczną (to on wysmażył pojęcie „Izraelczyka”, gdy od Biblii istniał czcigodny „Izraelita”; to on z Cygana uczynił Roma, a z pederasty geja, czyli… chłopca; to on od lat stara się Polakom i światu wmówić, że w mordowaniu Żydów Polacy to uczniowie Hitlera). Gorliwych entuzjastów opowieści o żydowskiej partyzantce syn Ozjasza Szechtera i brat stalinowskiego kata Stefana Michnika znalazł w osobach Marcina Kowalskiego oraz Piotra Głuchowskiego. Dał im wolną rękę. I pieniądze. Ale powiedzieć, że dwóch facetów, co na Białoruś służbowo za pieniążki Wydawnictwa Agory w celach wiekopomnych pojechało, to obiektywni i profesjonalni reporterzy, to mówić koszałki-opałki. Kowalski&Głuchowski mimo zapewnień o „prawdziwej historii braci Bielskich” nawet nie próbowali zbliżyć się do prawdy. Po pół roku pisaniny wydusili z siebie kłamliwy bełkot. Z żydowskich bandytów, których energia skoncentrowana była na doszczętnym okradaniu i mordowaniu białoruskich chłopów oraz gwałceniu kobiet, na mordowaniu razem z partyzantką sowiecką akowców, nie da się zrobić bohaterów. Poza tym zaplątanie w haniebny – wespół z Rosjanami – udział w ludobójstwie 128 mieszkańców wsi Naliboki w dniu 8 maja 1943 roku…

Czwórka braci Bielskich ( spośród których trójka to przedwojenni mordercy) oraz ich zbrojna wataha nigdy nie walczyła z Niemcami. W filmie „Opór” nie tylko wbrew prawdzie to pokazano, ale również i to, że pseudopartyzanci atakowali czołgi. Ta bezczelność amerykańskich filmowców nawet dla tak wytrawnych fałszerzy historii, jak Kowalski&Głuchowski, była nie do przyjęcia. W swoim dziełku zdystansowali się zatem do filmowego przekazu.

Z książki Bolka i Lolka, czyli tandemu Kowalski&Głuchowski, „Odwet. Prawdziwa historia braci Bielskich”, Michnik był baaardzo zadowolony, wręcz very, very happy. Kłamstwa o żydowskiej walce z Niemcami absolutnie mu nie przeszkadzały. Z hałasem Agorowskiej reklamy zaczęła się więc jej sprzedaż. Na wszelki wypadek nadredaktor dał ją do oceny ekspertom. Przezorność się opłaciła, albowiem przeżył szok: poza propagandowymi kłamstwami o żydowskiej walce z Niemcami, publikacja okazała się plagiatem! W głównej mierze z pozycji profesor Nechmy Tec. Po miażdżącej krytyce dziełko Bolka i Lolka szybciutko zostało wycofane z rynku i zniszczone. Boleję nad tym, że decydującym powodem zniknięcia ze sprzedaży był plagiat, a nie kłamstwo, bo oryginał, czyli szkodzące Polsce obrzydlistwo pani Tec, został wydany i do wyczerpania nakładu znajdował się w księgarniach.

Kto zainteresowany szczegółową analizą żywotu braci Bielskich oraz wiekopomnego o nich plagiatu niech sięgnie do internetowych recenzji „„Opór”. (Nie)prawdziwa historia braci Bielskich” na wirtualnapolonia.com, a także „Afery wokół dziejów braci Bielskich ciąg dalszy” na bibula.com.

A Kowalski? – z blamażu wyszedł bez szwanku. Wręcz umocnił się w redakcji w pozycji gazetowego Katona i w rubryczce „Co na to Kowalski” beszta lub taranuje ludzi niewygodnych sobie bądź polityce pisma. Jeżeli ktoś pragnie poznać recepturę jego dziennikarskiej uczciwości, niech sięgnie po wielostronicową analizę jego tekstu „Bajki posła Hatki” pióra Ewy Starosty pomieszczoną w „Bydgoskiej ośmiornicy 3”, w rozdziale „Marcin K”, oraz na stronie internetowej „Bydgoska ośmiornica – strona Ewy Starosty” na ewastarosta.wordpress.com. Lektura jest zajmująca.

Po nakreśleniu mi świetlanej przyszłości lokalnego dodatku do „Wyborczej” jakoś przeszła mi ochota, by wypytywać pana Kowalskiego o dalsze losy redakcji: czy dotkną ją zwolnienia i czy w ramach oszczędności nie zostanie połączona z oddziałem toruńskim. W końcu nie każdy lubi, gdy struga się z niego wariata.

 

Wrzawa wokół darmowego dla torunian Stinga sprawiła, że bizantyjskim zapędom koncertowym władz postanowiło przypatrzyć się Centralne Biuro Antykorupcyjne. Trudno powiedzieć, czy wpłynie to na wybicie z megalomanii pp. Całbeckiego i Zaleskiego. Ale że gród Kopernika nie jest skończonym cudem przekonali się ostatnio, gdyż planowany wspólnie z telewizją polską „Sylwester z Dwójką” na toruńskim rynku został przeniesiony do Zakopanego.