Chobielin to wioszczyna nad Notecią odległa od szlaków komunikacyjnych, chociaż w pobliżu Nakła i Potulic. Jest znana z tego, że w miejscowym dworze, podźwigniętym z ruiny, wraz małżonką i dziećmi osiadł aktualny minister spraw zagranicznych, Radek Sikorski. Poza tym w Chobielinie jest bardzo malowniczy młyn oraz bujne nic, czyli przyroda. A natura to wszak nasz największy skarb.

W Chobielinie byliśmy z Witkiem i Januszem jakieś sześć lat temu i to przejazdem, gdyż głównym naszym celem była wówczas odległa Kcynia. Niemniej zapamiętaliśmy urokliwe strony i mimo okropnych dróg zawsze pragnęliśmy pojawić się tam ponownie. Teraz nadarzyła się okazja, ponieważ odkryliśmy, że po drodze są Samoklęski Duże, w których znajduje się neoklasycystyczny dwór z drugiej połowy XIX wieku. A poza tym, kiedy z Januszem robiliśmy rekonesans rowerowy okolic, natknęliśmy się na Brzózki – wieś artystyczną.

Nasza penetracja terenu nie była dokładna. Zakończyła się bowiem na Samoklęskach. Trochę więc czułem się niewyraźnie na myśl, że podczas wycieczki te kilka kilometrów z Samoklęsk do Chobielina przyjdzie nam improwizować, a kto wie, czy nie błądzić. Na szczęście, Witek zgłosił akces do naszej wyprawy – mimo niechęci do jazd zbiorowych zechciał z nami pojechać – a to znaczyło, że wszystko przebiegnie pomyślnie, bo kto ma Witka po swojej stronie, nie musi się niczego obawiać: Witek, jak święty Krzysztof albo Mojżesz, w najgorszych tarapatach, w największym pobłądzeniu, w labiryncie bez wyjścia, potrafi znaleźć drogę i szczęśliwie wyprowadzić.

Dla Janusza i dla mnie Witek jest mentorem jazdy rowerowej, prawdziwym guru: zawdzięczamy mu i kondycję, i rozeznanie w terenie, i w ogóle wszystko, co wiemy o jeździe rowerowej. To z nim w chłód i upał trenowaliśmy, to z nim pokonywaliśmy pierwsze setki kilometrów, to z nim uczyliśmy się łączenia jazdy rowerowej z jazdą pociągiem. Ale jako uczniowie nie spełniliśmy pokładanych w nas nadziei: nie doszliśmy do mistrzostwa, nie staliśmy się dlań równorzędnymi partnerami w jeździe. To osiągnął tylko Sławek, który w rowerowych przełajach, w swojej grupie wiekowej, stał się czwartym kolarzem w Polsce. To ze Sławkiem, jakby chodziło o spacer, Witek może swobodnie rozmawiać przy wielokilometrowej jeździe z szybkością 30-35km/h. I to ze Sławkiem może jeździć po trzysta kilometrów dziennie. Na myśl o takiej sprawności rowerowej Janusz i ja możemy tylko westchnąć…

Do Chobielina wybraliśmy się w osiem rowerów. Nie było z nami Mrówci, bo byczył się na łonie rodzinnym w Nowym Targu , ale pojawiły się dwie przemiłe siostry: Kasia i Monika. Kasia uwielbia zajmować się końmi, natomiast Monika jest instruktorką nordic walking.

Muszę się zwierzyć: siostry są naszym rowerowym przeznaczeniem. Dlaczego? Od lat nasze wiosenne przebudzenie do żywota na dwóch kółkach, a także jesienne pożegnanie z rowerem łączy się z jazdą po ulicach odległych od wielkomiejskiego zgiełku, a więc po Jachcicach, Smukale, Czyżkówku, Osowej Górze. Zawsze wtedy jedziemy pod górę ulicą dra Meysnera – ordynatora i świetnego organizatora sanatorium w Smukale – i zatrzymujemy się przed stylowym budynkiem z czasów secesji, ponieważ jego piękno pobudza naszą wyobraźnię i przenosi nas w dawny czas dorożek, kobiet w długich sukniach i w ukwieconych kapeluszach z woalką, w czas meloników, cylindrów i zachwytu nad muzyką Wagnera. Obfotografowaliśmy dom wielokrotnie, błędnie sądząc, że jest to dawne sanatorium. W rzeczywistości budynki sanatorium znajdują się nieco dalej – za podwórzem i ogródkiem naszego ulubionego miejsca postoju. Natomiast w tym naszym ulubionym domu… mieszkają siostry-rowerzystki, czyli Kasia i Monika! I jak tu nie mówić o przeznaczeniu?

Oto relacja z naszej podróży:

Zjeżdżamy się na miejsce zbiórki, którym jest kościół pw. św. Antoniego z Padwy u zbiegu ulic Siedleckiej i Nad Torem, czyli przy ul.Głuchej.

Ruch w niedzielę niewielki, więc nasza kolumna bezpiecznie rozwija się na ulicy Flisackiej.

Ulica Spacerowa na Miedzyniu przebiega wzdłuż Kanału Bydgoskiego…

…gdzie czasem zawitają statki…

…a ludzie przyjemnie spędzają czas. Spacerowa w pełni zasługuje na swoją nazwę. Mieszkańcy dzielnicy Miedzyń w odróżnieniu od lumpenproletariatu z Wilczaka i Okola cenią sobie kanał. Gdyby tutaj dokonano kosztownej rewitalizacji jak na Wilczaku i Okolu, do głowy by im nie przyszło, by owoc rocznych zabiegów upiększających w pół roku kompletnie zdewastować. No, ale tu nie ma hołoty.

Śmiała, nowoczesna willa u zbiegu Spacerowej i Kartuskiej to rzadkość nie tylko na Miedzyniu.

Na Spacerowej wznosi się kościół Najświętszej Marii Panny z Góry Karmel o dość dziwacznym, podwójnym dachu. Czy ten drugi dach, przypominający czapę, ma symbolizować górę?

Na ulicy Lisiej zatrzymujemy się przy mało znanej, ale gustownej kapliczce Matki Boskiej.

Natychmiast przystępuję do obdukcji miejsca aparatem fotograficznym.

Kapliczka skromna, zadbana, patriotyczna i z lekka ludowa (Chrystus frasobliwy). Grzegorz spędza chwilę na modlitewnym skupieniu, co jest zrozumiałe: w końcu to niedziela i Zielone Świątki.

Rzeczą logiczną, że Tomasza, Monikę, Kasię i nas wszystkich ulica Lisia doprowadzi do Lisiego Ogona…

…a w Lisim Ogonie ulica Pocztowa…

…do imperium Poczty Polskiej na cały region.

W Gorzeniu niebo zostało zadrutowane…

…a poza tym pojawiają się pierwsze oznaki biedy…

…które będą nam towarzyszyć praktycznie przez całą wycieczkę.

W niedzielę przelotowa ulica Potulic wydaję się oazą spokoju.

Czynimy krótki postój, bo temperatura nabiera rumieńców i trzeba zadbać o gospodarkę płynów w organizmie.

W Potulicach ze zdumieniem odkrywam, że nie wszystkie banki mają skłonności do bizantyjskiego przepychu i czynienia ze skarbca fortecy nie do zdobycia. Czasem wystarczy pod więzieniem postawić siermiężny kontener na miarę budki z piwem i nie trzeba bać się włamywaczy. Sąsiedztwo z wysokim murem, zakratowanymi oknami i ponurymi „klawiszami” skutecznie odstrasza ewentualnych złodziei. Prawda, jakie to proste?

Witek natomiast odkrywa w Potulicach interesujący sposób kładzenia asfaltu przez drogowców. Oby nie była to wiodąca metoda w ich pracy.

W drodze do Brzózek żegnamy się z asfaltem.

W zapomnianej przez Boga i ludzi wiosce bieda aż piszczy…

…a jednak ludzie mają szacunek dla tradycji. Być może za sprawą pary artystów, która tu się osiedliła i która tu stara się zmienić rzeczywistość na lepsze.

Pierwsze sygnały zmian w Brzóskach: osiedlają się miastowi. Budują się tak jakoś dziwnie, w stylu okołoludowym: tak trochę na domek z prerii, trochę na styl zakopiański, a dachówką na podmiejską, mieszczańską willę.

Wspomniana para artystów organizuje co roku plenery rzeźbiarskie. Ich pokłosiem są porozmieszczane po całych Brzózkach drewniane figury. Mieszkańcy – dumni z rzeźb – mówią, że pochodzą ze wsi artystycznej.

Stasio – fotograf ekscentryczny, bowiem w dobie powszechnej cyfryzacji, może na podobnej fali nostalgii jak za winylami w muzyce wrócił do źródeł, czyli do kliszy – patrząc na rzeźby ludowe, poczuł się w swoim żywiole…

… i cyk, cyk, cyk, zdjęcie za zdjęciem!

Jak widać nie tylko Stasio uległ urokowi drewnianych figur. Monika, Kasia i Tomek też chcą mieć pamiątkę z Brzózek.

Skoro Brzózki to wieś artystyczna, więc na pniu nawet kamień polny jest sztuką.

Gdy Stasio z aparatem po wiosce szaleje…

…bocianom słonko główki grzeje. Jest już 38 stopni Celsjusza w słońcu.

Przy wyjeździe z Brzózek Tomek odkrywa zapomniane groby niemieckich mieszkańców.

Owe niemieckie mogiły w polu świadczą o dawnej wielokulturowości.

Sołtyska Turu – bardzo otwarta i serdeczna osoba – pani Małgorzata Krall zaprasza naszą grupę do siebie na mały odpoczynek od upałów.

Na widok obcych, czyli na nasz widok, pies Kajtek rzuca się z groźnym szczekaniem…

…i natychmiast zaprzyjaźnia się z Moniką.

Pani sołtys prowadzi nas do zanurzonej w zieleni altany historycznej swego ojca.To swoista świątynia dumania, w której jej ojciec – 91-letni historyk-amator, najstarszy mieszkaniec Turu – oddaje się pisaniu dziejów wioski. 

 

Starszy pan z głębokim zaangażowaniem opowiada nam o średniowiecznym rodowodzie Turu, o tym, że był on trzykrotnie miastem; że przez wioskę, co rusz, przetaczały się bezlitosne koła historii: wojny szwedzkie w XVII i XVIII wieku, wojny napoleońskie, pierwsza i druga wojna światowa; że Tur w Polsce zasłynął wyrobami z huty szkła…

Zajeżdżamy do świetlicy wiejskiej…

… gdzie znajduje się izba pamięci po hucie szkła, czyli tak naprawdę po czasach największej świetności wioski. Pani Małgorzata Krall z troską mówi o mieszkańcach, gdyż powtórne uruchomienie huty mimo świetnych planów biznesowych i mimo funduszy z Unii Europejskiej zakończyło się niepowodzeniem. Turowiacy są przybici, stracili wiarę w siebie: przecież wykonywali wszystko wedle życzeń zleceniodawców, nawet jakieś karkołomne flaszki w kształcie kałasznikowa, więc czemu plajta?
Może fakt, że Nakło zostało włączone w obręb Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych, a wraz z nim i Tur, coś tu pomoże?

Oto przykład, że w Turze potrafią mądrze zainwestować unijne pieniądze. Poza nową remizą strażacką i świetlicą wiejską zostało wykonane bezpieczne przejście dla pieszych z oświetleniem na baterie słoneczne. W tle piękny i egzotyczny dla naszych ziem budynek poczty z nieregularnych głazów. XIX-wieczny dom bardziej kojarzy się z północna Francją niż z naszą Krajną. A jednak jest u nas. I ta nietypowość cieszy.

Z ciężkim sercem opuszczamy gościnny, choć ubogi Tur.

Jeszcze ostatnie spojrzenie na zamkniętą, legendarną hutę szkła. Monika, znając historyczne zacięcie Tomka, pociesza kolegę, że w Samoklęskach będzie piękniej…

…i rzeczywiście jest piękniej.

Z tablicy przed pałacem dowiadujemy się sporo o majątku w Samoklęskach. Jest mi szczególnie przyjemnie, gdyż do restauracji dworu oraz do rzeczowego opracowania jego dziejów rękę przyłożył mój stary znajomy – Piotr Winter.

Pani, która uprzejmie nas wpuściła na teren prywatnego dworu, w rozmowie z Januszem wyznała, że choć przyjemnie mieszka się w pałacowych salach, jednak utrzymanie obiektu i kompleksu parkowego w należytym porządku nie jest łatwe.

Stasio czuwa aparatem…

…a park jest rzeczywiście piękny.

Jeszcze jedno spojrzenie na pałac.

Ciekawym i na pewno kosztownym hobby właściciela pałacu jest kolekcjonowanie dawnych maszyn rolniczych. Może z tej pasji narodzi się jakieś muzeum?

W końcowej jeździe do Chobielina zdaliśmy się na doświadczenie Witka. Całkiem słusznie, gdyż na własną rękę mocno byśmy pobłądzili. Ale odcinek kilku kilometrów z Samoklęsk do celu naszej podróży to piachy, na których kiepsko sobie radzą kolarzówki Moniki i Janusza…

…piachy i piaski…

…i kocie łby ostro w dół, na których mieliśmy wrażenie że pogubimy koła. Na zdjęciu widać, że Witek sobie jakoś radzi, ale Monika z ostrożności wolała per pedes.

Po emocjonującej jeździe Kasia odkrywa, że jesteśmy w strefie zdekomunizowanej…

…Monika się posila…

…Stasio zastanawia się, czy pod słońce da się sfotografować dworek ministra Sikorskiego…

…a Grzegorz odkrywa dziwaczne urządzenie, które przypomina sprasowaną kostkę Rubika przyklejoną do oka peryskopu. Może tu się kryje zaszyfrowane wejście na teren pana ministra, a może to coś jest związane z magicznym, czerwonym guzikiem od światowych zasobów broni atomowej?

Przez żywopłot krzywo fotografuję dom Radka Sikorskiego.

Radek Sikorski

Sikorski to wielce kontrowersyjna postać naszej sceny politycznej. Nie podejmuję się dokonać oceny jego działalności na rzecz kraju, gdyż do tego trzeba być rozeznanym politologiem i historykiem, który ma dostęp do wszystkich, często tajnych dokumentów. Poza tym należy pamiętać, że dopiero czas weryfikuje wszelkie konstruowane umowy i wypracowane przez poszczególnych dyplomatów porozumienia. Dopiero w trakcie ich funkcjonowania możemy ocenić, czy były dobre, czy nie.

Dla mnie Radek Sikorski to kolega ze szkoły, który pojechał na stypendium językowe do Wielkiej Brytanii i który ze strachu przed służbą wojskową  poprosił o azyl. To korespondent wojenny w Afganistanie, który chełpił się, że brał udział w wojnie i strzelał do Ruskich. Niespecjalnie wierzę w jego przechwałki, bo tchórza nie stać na czyny heroiczne, niemniej gdyby jego enuncjacje przyjąć za dobrą monetę, wówczas okazałoby się, że pogwałcił podstawową zasadę dziennikarstwa, co do nieingerencji w konflikt zbrojny. Dziennikarz przecież nie jest żołnierzem. Inaczej zawsze byłby pierwszym i w dodatku łatwym celem dla wroga. Poza tym Radek Sikorski to człowiek, który po upadku komuny, po powrocie do kraju, przechwalał się oksfordzkim wykształceniem, którego wówczas nie miał. Krótko mówiąc, to człowiek mało przyzwoity. Nie podałbym mu ręki.

Pamiątkowe zdjęcie ze strefą zdekomunizowaną.
Mamy świadomość, że to, co tak cieszy dygnitarza z dworku, jest czystym surrealizmem dla mieszkańców w Chobielinie. Tu komunizm nigdy nie dotarł. Osada, której z czystego miłosierdzia nie fotografowałem, sprawia wrażenie, jakby dziewiętnastowieczne czasy pańszczyzny jeszcze się nie skończyły. Po Chobielinie widać wyraźnie, że obecność VIP-a w niczym nie przysłużyła się lokalnej społeczności, że Sikorski z miejscowymi się nie integruje. No cóż, zawsze są miłośnicy kontrastów: pałac i lepianka, panisko i chudopachołek.

Żegnamy się z Chobielinem na tle romantycznego młyna.

Do Bydgoszczy za radą Witka – by nie przeżywać katorgi nierównego bruku i piaszczystych dróg – wracamy przez Ślesin…

…ale najpierw lody! W 45-ciostopniowym upale w słońcu należy nam się odrobina słodkiej ochłody. Zatem w Ślesinie, kręcone przez Pubanca, duże porcje w słodkich rożkach przywracają nam siły i wprawiają w dobry nastrój. Wiwat lody!

 

Przykre postscriptum wycieczki

 

Kiedy pożegnaliśmy się z dziewczętami w Wojnowie i kiedy rozstaliśmy się z chłopakami w Bydgoszczy, Janusz i ja ruszyliśmy Flisacką do domu.

Na wysokości ulicy Nad Torem spotkaliśmy parę młodych małżonków na rowerach. Oboje byli ubrani profesjonalnie, oboje w kaskach, oboje na czarno. Wolno jechali przed nami. Wiedzieliśmy, że gdzieś za Mostem Hypszera ich miniemy i pognamy, co sił, bo już pora późna, a my bez obiadu.

Na moście naprzeciw nas jechała jakaś rodzina rowerzystów. Nagle czternasto-szesnastoletnia córka (długa, chuda z dwoma warkoczami po pas, nie całkiem brzydka) zjechała na prawą stronę i brutalnie potrąciła prawidłowo jadącą małżonkę i jak gdyby nic się nie stało, nawet nie obejrzawszy się, pojechała dalej.

Młoda, drobna kobieta odbiła się od roweru nastolatki, przewróciła, głową uderzyła w metalowy płot oddzielający przechodniów od jezdni, a rower przekoziołkował po jej plecach.

- Stój! Zobacz, coś zrobiła! – zawołałem do sprawczyni wypadku.

Ta spojrzała za siebie i podjechała do czekającej nieopodal matki wypłakać się, bo ten pan na nią krzyczy.

Podjechaliśmy do poszkodowanej: siedziała w szoku, nie wiedząc, co się stało. Ręce, nogi miała pokrwawione, ale, na szczęście, twarz i wzrok nie poranione i okulary też całe. Mąż bezradnie trzymał ją za rękę. Przemawiał, a ona powtarzała jak mantrę, że nic jej nie jest. Mówiłem, żeby zadzwonił po pierwszą pomoc, ofiarowałem się, że sam zadzwonię, ale chyba nie rozumiał, o czym mówię.

Wściekły podbiegłem do matki smarkuli i warknąłem, czy jej nie wstyd, że jej córka nawet nie raczy przeprosić, za wypadek, który spowodowała, i czy nie wypadałoby, żeby ona, jako matka i prawna opiekunka, za nią przeprosiła. Matka podeszła więc do siedzącej kobiety i z głupia frant spytała:

- Czy pani coś dolega?

Szok: żadnych przeprosin, żadnego współczucia. Raczej znudzenie. Pojawił się również jej mocno siwiejący małżonek i syn. Przystanęli, zdziwieni, że o co tyle hałasu, i niezadowoleni, że nie jadą dalej. Winowajczyni w ogóle nie myślała podejść – z daleka się, z miną skrzywdzonego niebożątka przyglądała się naszej grupce.

W sytuacji, jaka zaistniała, widząc, że młody mąż jakoś nie decyduje się na wezwanie pomocy, że nie posiada żadnego opatrunku na wszelki wypadek, wodą z bidonu Janusza obmyłem liczne i dość rozległe rany poszkodowanej i posmarowałem wodą utlenioną w żelu. W tym czasie Janusz zajął się leżącymi na chodniku rowerami. Odstawił na bok, by nie przeszkadzały idącym i przejeżdżającym przez most. Wyprostował kierownicę w rowerze ofiary wypadku, sprawdził, czy nie ma poważnych uszkodzeń. Był cały, ale podczas zderzenia lub koziołkowania doszło do przecięcia dętki, więc nie można było nim kontynuować jazdy. Zapasowej dętki, małżonkowie oczywiście nie mieli. Nie przewidywali , że będzie potrzebna. Wybrali się na popołudniową przejażdżkę w ocienione okolice Hali Sportowej „Łuczniczka”, bo upał był nieco lżejszy, a młoda kobieta o mlecznej, delikatnej skórze Angielki absolutnie nie powinna wystawiać się na słońce…

Ranna nie miała sił, by się podnieść. Moim zdaniem doznała wstrząśnięcia mózgu. Kask ją ochronił przed czymś dużo groźniejszym. Chwała Bogu, że do jej partnera chyba w końcu dotarło, że sprawa jest poważna, bo zdecydował się wykręcić numer 112.

Wiedząc, że za chwilę nadjedzie pomoc, pożegnaliśmy niefortunnych rowerzystów.

- Widziałeś jacy wstrętni ludzie?! – rzekłem do Janusza. – W ogóle się nie przejęli, że ich córka spowodowała wypadek, że kogoś skrzywdziła! I żadnej pomocy ofierze! Zero reakcji!

- Tacy właśnie są chrześcijanie.

- Jacy chrześcijanie?!

- Prawdziwi. Nie widziałeś? Na rowerach mieli plakietki, że są uczestnikami drugiego rodzinnego rajdu rowerowego imieniem Jana Pawła Drugiego.

Janusz się mylił: to nie byli prawdziwi chrześcijanie, to byli polscy chrześcijanie. Polscy chrześcijanie niewiele mają wspólnego z chrześcijanami w ogóle, za to bardzo wiele z biblijnymi faryzeuszami: gdy polskiego chrześcijanina za rękę przyłapią na kradzieży, on z całym spokojem oświadczy, że to nie on ukradł i że to nie jego ręka. Obce jest im poczucie winy, obce miłosierdzie i samarytańskie niesienie pomocy. Takich polskich chrześcijan jak ongi kupczących w świątyni Chrystus rozpędziłby na cztery wiatry. A ci ludzie mienią się być orędownikami nauki Jana Pawła II-go! Na miejscu JP2, który zawsze miał współczucie dla skrzywdzonych i który zawsze pochylał się nad cierpiącymi, nie chciałbym mieć takich wyznawców. Z niematerialnych sfer swego aktualnego pobytu, na miejscu świętego JP2 całkiem materialnie kopnąłbym ich w dupę.