Od upadku komuny wszyscy przyzwyczailiśmy się, że 11 listopada to dzień wolny od pracy. Dla wszystkich, bo państwowy. Mało kto kojarzył, że to najważniejszy dzień dla Polski, bo to zmartwychwstanie państwa po 123 latach nieistnienia. Środki masowego przekazu, zwłaszcza telewizja TvN oraz polskojęzyczna prasa spod znaku „Newsweek Polska” i „Gazeta Wyborcza”, gdy mówiły o 11-tym listopada, od zawsze sugerowały, że to folklorystyczne święto kiboli, antysemitów i hitlerowców spod znaku Obozu Narodowo-Radykalnego. Nie Polaków, chociaż to nie kibole, nie antysemici i nie hitlerowcy w 1918 roku wybili się na niepodległość. Wg nakręcanych przez niemieckich mocodawców polskojęzycznych dziennikarzy to kibole, antysemici i spadkobiercy esesmanów z biało-czerwonymi, narodowymi sztandarami tego dnia mieli atakować państwo, czyli establishment spod znaku PO (Platformy Obywatelskiej, czyli Platfusów Obłudnych) i GW Michnika („Gazety Wyborczej”, czyli Gnidy Upiornej). Kiedy po wielu latach tumanienia i ucieczce Tuska do biuralicji Unii Europejskiej, Polacy wypięli się na spuchlona z Belwederu Komorowskiego (złośliwie zwanego prezydentem Komoruskim) i w wyborach parlamentarnych Platfusom i kosmopolitom w rodzaju Adama Michnika, Tomasza Lisa i Kuby Wojewódzkiego pokazali „taki chuj, zasrańcy!”, lekceważone święto narodowe mogło być tym, czym od zawsze być powinno: świętem powszechnej radości.
Janusz i ja (Januszu, dziękuję Ci, że masz cierpliwość do tak ciekawego jaja jak ja i do mojego pieprzu w czterech literach) trochę niespodziewanie znaleźliśmy się w wirze świętowania, co było doświadczeniemcałkiem przyjemnym. Oto więc kilka impresji.

Stare samochody przed hotelem „Pod Orłem” zawsze wzbudzają zachwyt.

 

Wspaniale w tłumie rozpoznać…

 

…marzycieli…

 

…którzy pragnęliby się przenieść w czas daleki od Torunia i jego zawiści, w czas bydgoskiej świetności.

 

Rzecz o KODactwie, czyli łajdactwie

Święto Niepodległości, w którym jest miejsce na zabawę, przejazd ułanów, konkursy, słodkie rogale i legendarną, wojskową grochówkę, i w którym nie ma miejsca na politykę, nie wszystkim było w smak. Chociaż żadna z partii nie poważyła się go zawłaszczyć, uczynił to miejscowy KOD.

Nazwę Komitet Obrony Demokracji należałoby odczytywać jako Komitet Odpędzonych Darmozjadów (Od Państwowej Kasy), ponieważ to przedziwna formacja osobników skupionych wokół „Gazety Wyborczej”, która czerpała całkiem spore dochody przy długoletnich rządach Platfusów. Formacja ta określała się mianem postępowej elity, czego wyrazem było propagowanie języka Orwellowskiej nowomowy w ramach tzw. poprawności politycznej, w życiu społecznym szerzenie homoseksualizmu (tzw. walka z homofobami) tudzież próba importu islamskich dzikusów z Afryki („kwoty” imigrantów, które chciała podarować Polsce pani premier Kopacz, bo to nas „ubogaci”).

Dziś – po przegranych wyborach – marzenia o zawsze pełnej kabzie to już tylko wspomnienie. Stąd szukanie pretekstu do odegrania się, do hałasu politycznego, do zanoszenia skarg na polskie władze do Unii Europejskiej i każdego obcego mocarstwa, które zechce rozżalonych skarżypytów wysłuchać, a tym samym interweniować. Dawni beneficjenci skrzyknięci w KOD stawiają się więc w pozycji dobrze nam znanych z przeszłości targowiczan. Na szczęście społeczeństwo bardzo szybko zorientowało się, że fałszywi obrońcy demokracji to prawdziwi miłośnicy obfitej prywaty wypasionej państwowym pieniądzem, choćby pani Krystyna Janda domagająca się wielomilionowego dotowania swojego prywatnego teatru, choćby noblista Lech Wałęsa, który przyznawał własne nagrody, ale były one uiszczane z funduszy ministerialnych, choćby Tomasz Lis – celebryta dziennikarstwa telewizyjnego, który wszystkie celebrytki o milutkich pyszczkach, mini rozumkach i maxi romansach, gasił zarówno gwiazdorską gażą jak i pogardą dla rozmówców oraz telewidzów, choćby szef tego chóru lamentowiczów, Mateusz Kijowski, któremu niespecjalnie chce się płacić wysokie alimenty. Dlatego ludzie przestali słuchać gromkich apeli o masowy udział w dotowanych przez Michnikowską prasę wiecach wspólnego, antyrządowego podskakiwania.

I u nas, w Bydgoszczy, nikt nie chce mieć do czynienia ze sprzedawczykami. My pamiętamy, że tych osobników nasze miasto i nasze problemy w ogóle nie interesują, że bydgoska redakcja „Gazety Wyborczej” – która jak każdy oddział organu Michnika z urzędu sekunduje KODziakom – chociaż dużo o mieście pisze, ale pisze zawsze w kontrze do Bydgoszczy, zawsze wyśmiewając lokalnych działaczy, zawsze pod niebiosa wynosząc Toruń i jego sukcesy, mimo że jest w pełni świadoma, że te sukcesy biorą się z bezwstydnego żerowania na Bydgoszczy.

W zaliczanym do dziesiątki największych miast w Polsce, zdroworozsądkowym grodzie nad Brdą miłośników KOD-u nie będzie więcej niż ze trzydzieści dusz. Są to panie i panowie w wieku raczej emerytalnym. Na październikowym spotkaniu przed Pomnikiem Kazimierza Wielkiego nie byli zdolni do podstawowego działania owego towarzystwa, czyli do podskoków (KODziaki wszak głoszą: „Kto nie podskakuje, ten na pewno szpicluje”), albowiem kondycja fizyczna, laski i kule im na to nie pozwalały. Samo zejście się w jednym miejscu i o jednej godzinie było dla nich sporym wysiłkiem. Nic więc dziwnego, że w Dniu 11 Listopada ruch podskakujących demokratów à la Giertych&Kijowski objawił się w sile kilku starszych pań o wejrzeniu zołzy oraz emeryta, który starannie ukrywał twarz za afiszem z kartonu.

Panie stały na ulicy Mostowej pod naprędce skleconym daszkiem z napisem: „Strefa wolna od apelu smoleńskiego”. Usiłowały wręczać przechodniom ulotki oraz białe baloniki KOD-u. Miejsce wybrały znakomicie, gdyż bydgoszczanie tłumnie zmierzali na Stary Rynek, gdzie były uroczystości i festyn, i siłą rzeczy musieli przejść obok stanowiska KOD-u. Niemniej mało kto dał się skusić. Nawet dzieci balonikami wzgardziły. Wszyscy szerokim łukiem omijali kram przypominający wigwam Ostatnich Mohikanów.

Brak zainteresowania agitacją KODawiactwa świadczył o trzeźwym spojrzeniu na rzeczywistość mieszkańców naszego miasta, bo czego można się spodziewać po grupce sierot po Platfusowym dobrobycie, która w rozdawanym materiale propagandowym w dniu święta narodowego ma czelność grozić Polakom: „Jeszcze Polska nie zginęła, ale się staracie”? Czy to oznacza, że nowi targowiczanie chcą nowych rozbiorów naszego państwa? Że już dziś niczym komuniści obiecują nam bratnią pomoc na obcych tankach? – i pomyśleć, że to hultajstwo bankrutów politycznych tudzież finansowych straszy nas utratą niepodległości w dniu niepodległości! Żenada.

Być może ów samotny, biały żagiel, czyli starzec z tekturą, był świadom niestosowności haseł bydgoskiego KOD-u, być może bardzo się wstydził i dlatego odręcznie wypisanym plakatem zasłaniał twarz? Chcę wierzyć, że w tym wynarodowionym lewactwem „Newsweeka” oraz „Gazety Wyborczej” emerycie kołaczą się resztki godności.

Na ulicy Mostowej Ostatni Mohikanin KOD-u.

 

Na Starym Rynku wszyscy z zapartym tchem patrzyli na przejazd polskiej kawalerii. „Hej, hej, ułani, malowane dzieci, niejedna panienka za wami poleci” – stara piosenka, ale ile w niej prawdy.