Bydgoszcz rozpostarta między Brdą i Wisłą nie uchodzi za Wenecję czy Amsterdam. Nie jest również Berlinem ze Sprewą, licznymi kanałami oraz miejskimi jeziorami, ani osiadłym na wodzie Wrocławiem. Niemniej posiada wiele mostów. Z wyjątkiem jednego (jedynego!) przez Wisłę są one przerzucone przez Brdę lub Kanał Bydgoski.

Kolejowo-drogowy Most Fordoński im. Rudolfa Modrzejewskiego (właść. Ralpha Modjeskiego, 1861-1940) na Wiśle to przykład nazwowego surrealizmu: most upamiętnia bowiem człowieka, który nigdy nie zawitał do Fordonu (Fordon do 1973 był odrębnym miastem) czy Bydgoszczy i który żadnego mostu w Polsce nie zaprojektował.
W rzeczywistości twórcą żelaznej konstrukcji powstałej w 1956 roku był Jerzy Szaniawski, który nawiązywał do wcześniejszej – autorstwa Georga Christopha Mehrtensa z 1893 roku, zniszczonej w czasie II wojny światowej.

Mosty to nie tylko potrzeba przejścia na drugi brzeg – sprawnego i wygodnego – to również piękno tego przejścia wpisane w krajobraz wody oraz miasta. Przemierzając ulice po jednej i po drugiej stronie rzeki, pędząc z jednej dzielnicy do drugiej i mijając spokojną toń, często nie zdajemy sobie z tego sprawy i dopiero spacer nadbrzeżem uzmysławia nam, jak bardzo istotnym dla naszego przywiązania do miasta, dla naszego poczucia, że to właśnie jest nasze miejsce na ziemi, jest estetyka architektury spajającej dwa brzegi. I prawda jest taka – im mosty są bardziej zindywidualizowane, im piękniejsze, tym większe jest nasze przywiązanie do nich i tym chętniej spacerujemy w ich cieniu.
Bydgoskie mosty są różnorodne. Najsłynniejszym z nich jest Most Królowej Jadwigi, ponieważ w jego pobliżu rozgrywa się akcja strasznie nudnej powieści Jerzego Sulimy-Kamińskiego pod tym samym tytułem.

Most Królowej Jadwigi – za sprawa Jerzego Sulimy-Kamińskiego najbardziej literacki most w Bydgoszczy.

Żelbetonowy, jednoprzęsłowy obiekt, o ówczesnej nazwie Viktoriabrücke, powstał w 1913 roku w miejsce istniejącego od 1865 roku ceglanego mostu o trzech przęsłach. Wybudowała go – wedle projektu profesora Richarda Kohnke’go z Gdańska – bydgoska firma Windchild&Langelott. Zastosowano nowatorska wówczas technologię z żelbetonu: zastosowano tak skutecznie, że we wrześniu 1939 roku, kiedy wojska Hitlera wdarły się do miasta, wycofującym się wojskom polskim nie udało się go wysadzić w powietrze…

Jeszcze jedno spojrzenie na Most Królowej Jadwigi.

Kiedy w 1945 roku, uciekający przed Polakami i Rosjanami Niemcy usiłowali uczynić podobnie, ale przy użyciu bomb lotniczych, oburzeni mieszkańcy (zwłaszcza kolejarze) nie pozwolili na ten barbarzyński akt. Dlatego – obok pieszo-kolejowego wiaduktu na Czarnej Drodze – Most Królowej Jadwigi był jedynym ocalałym mostem w mieście. Przykre, że dzięki Homerowi drobnomieszczaństwa, Jerzemu Sulimie-Kamińskiemu (1928-2002) stał się symbolem nudziarstwa w stylu radiowych „Matysiaków” i „W Jezioranach” (sam Sulima-Kamiński pracował w bydgoskim radiu i od kuchni znał tego typu powieści!).
Niedawno, z racji budowania nowej linii tramwajowej, zaszła potrzeba postawienia jeszcze jednej przeprawy przez Brdę. Ponieważ usytuowano ją w sąsiedztwie Mostu Królowej Jadwigi, zatem naturalną koleją rzeczy nadano jej miano Mostu Jagiełły, jako że król Władysław Jagiełło był małżonkiem Jadwigi.

Most męża Jadwigi, czyli króla Władysława Jagiełły. W dziejach Polski, dla Jadwigi pogromca Krzyżaków był wiekowy. W dziejach mostów bydgoskich jest odwrotnie: Jagiełło to przy małżonce młodzieniaszek.

Najważniejszym mostem w Bydgoszczy jest ten na Mostowej. Pod względem lokalizacji jest to najstarszy most w naszym mieście, bowiem ulica Mostowa sięga XIV wieku… Różnie był nazywany: Most Miejski (XIV-XVIIIw.), Danzigerbrücke (1772-1920), Theaterbrücke (po 1895r), Most Gdański (1920-1921), Most Teatralny (1921-1939), Most im. Romana Dmowskiego (1939), Danzigerbrücke (1939-1945), Most Teatralny (1945-1970), Most Staromiejski (1970-2002), Most im. Jerzego Sulimy-Kamińskiego (2002-2014), Most Staromiejski im. Jerzego Sulimy-Kamińskiego (od 2014).

Figura Przechodzącego przez rzekę częstochowskiego rzeźbiarza Jerzego Kędziory na tle Mostu Staromiejskiego.

Jego kształt wielokrotnie się zmieniał, gdyż padał ofiarą historii. Wiadomo: każda wojna łączy się z aneksją miast, a każde działania wojenne w mieście nad rzeką prędzej czy później prowadzą do zniszczenia mostu. Zwłaszcza takiego, który znajduje się w samym centrum. Dlatego w dziejach Bydgoszczy ten właśnie most był najczęściej burzony i odbudowywany.
Najnowszy, żelbetonowy, z 1961 roku, jest projektu profesora Maksymiliana Wolffa (1921-2007). Funkcjonalny, lecz estetyki beznadziejnej, czyli na tle okolicznej architektury prezentował się nijako. Nic więc dziwnego, że miłośnicy Bydgoszczy wzdychali do czasów dawnych, znanych pocztówek w sepii, kiedy most z latarniami jak kandelabry był misternie kuty w żelazie, w regularne piramidy kwiatów. Ta tęsknota za dawną świetnością zaowocowała… rekonstrukcją dawnego wyglądu.

Żelbetonowy most w secesyjnej oprawie sprawia wrażenie, jakby od zawsze istniał w takim kształcie.

Od początku byłem sceptyczny wobec pomysłu. Mówiłem przyjaciołom: przecież to idiotyczne, by żelbetonowy, współczesny most udawał żelazny z czasów secesji! przecież to będzie rodzaj atrapy, taka lampa na prąd, co imituje naftową! nie lepiej abstrahować od quasi rekonstrukcji i stworzyć współczesną wariację secesji?!
A jednak się myliłem. Quasi rekonstrukcja okazała się wspaniała. Tak piękna, że mieszkańcy Torunia-Trollunia pozieleniali z zazdrości i że na fali entuzjazmu panu Jerzemu Derendzie i całemu Towarzystwu Miłośników Miasta Bydgoszczy zamarzyło się przeobrażenie Mostu Staromiejskiego w prawdziwie Most Królewski: pan Derenda rzucił bowiem pomysł, by na moście postawić posągi czterech króli, którzy – poza Kazimierzem Wielkim, twórcą Bydgoszczy jako miasta – byli związani z grodem nad naszą bluszczową rzeką, czyli Władysława Jagiełły, Kazimierza Jagiellończyka, Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego. Czy słowo stanie się ciałem? – trudno powiedzieć. Ale tym razem idei mocno kibicuję.

Projekt usytuowania królewskich rzeźb na Moście Staromiejskim w wydaniu pana Romana Puchowskiego

Moja propozycja usytuowania królów na moście, którą przedłożyłem Towarzystwu Miłośników Miasta Bydgoszczy.

Mostem, który miał Bydgoszcz wprowadzić w XXI wiek, to śmiała konstrukcja dwóch krzyżujących się pylonów rzucona przez Brdę pomiędzy centrum a Wyżynami zwana oficjalnie Mostem Uniwersyteckim, mniej oficjalnie – Mostem Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a całkiem złośliwie – Spinaczem Uniwersyteckim.

Oddany do użytku w grudniu 2013 roku Spinacz Uniwersytecki autorstwa Tadeusza Stefanowskiego, czyli symbol pychy prezydenta Bydgoszczy Konstantego Dombrowicza.

Pomysłodawcą idei był prezydent Bydgoszczy Konstanty Dombrowicz, a jej skwapliwym wykonawcą – prezydent Rafał Bruski. Nasz pszenno-buraczany, staropolski lament, który wszem i wobec głosi, że „miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze”, idealnie przystaje do nowo powstałej budowli. Miał być wspaniały most, a powstała zwykła przejazdówka dla samochodów z góry na dół i z dołu do góry. Z braku wystarczających funduszy – tu kłania się wiecznie knujący na rzecz Torunia Urząd Marszałkowski – ale przy żądzy efektownego rozmachu zrezygnowano bowiem ze ścieżek rowerowych i chodników dla pieszych.
Obaj panowie prezydenci wiedzieli, że tak zaplanowana inwestycja to skandal, że jest niefunkcjonalna, że żadna z niej wizytówka i spojrzenie w komunikacyjną przyszłość miasta i że wywoła oburzenie bydgoszczan. Dlatego aż do otwarcia Trasy Uniwersyteckiej ukrywali przed mieszkańcami jej prawdziwy kształt. Mamili wszystkich wizją windy gondolowej, którą będzie można wjechać na szczyt pylonu i podziwiać widoki. Prasa się rozpisywała, zamieszczała wizualizacje windy, ludzie się cieszyli, komentowali, dzielili własnymi pomysłami. Dopiero po udostępnieniu wykonanej Trasy wszyscy przejrzeli na oczy i zrozumieli, że gadanie o gondoli spacerowej na moście to zwykłe banialuki, które miały przesłonić nędzę efekciarskiego przedsięwzięcia. Zamiast wartościowego złota Bydgoszcz otrzymała połyskliwy tombak.
Arogancja wobec pieszych i rowerzystów przy okazji tej budowy to nie jedyny prezydencki grzech wobec miasta. Zaprojektowano bowiem pod mostem ścieżkę rowerową cud: zawijas drogowy przy którym karkołomne serpentyny drogowe w Alpach i Pirenejach wydają się błahostką. Dość powiedzieć, że już podczas pierwszej jazdy pod górę ową ścieżką zwaliłem się z roweru…
Pieszo-rowerowe rozwiązanie komunikacyjne pod Trasą Uniwersytecką – wybudowane w ramach tejże Trasy – szybko stało się słynne w całej Polsce i trafiło do annałów architektonicznej głupoty. Niestety, nie upubliczniono nazwisko geniusza, który ośmieszył Bydgoszcz. Nic mi też nie wiadomo, by poniósł on koszty wybudowania ścieżki oraz pospiesznego i byle jakiego korygowania jej niebezpiecznych zakrętów. A powinien.
Prezydent Dombrowicz nie konsultując z nikim, arbitralnie zadecydował, że most na Trasie będzie imienia zmarłego tragicznie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Radni PiSowscy się zgodzili, więc nazwa wydawała się zaklepana na amen. Ale po otwarciu mostu – już za następcy Dombrowicza na fotelu prezydenta – skala społecznego oburzenia na ułomność budowli była tak wielka, że nazwy „Most Uniwersytecki im. Lecha Kaczyńskiego” nikt nie bronił. Nie chodziło o brak szacunku dla zmarłego. Był to rodzaj zemsty mieszkańców na zarozumiałym Dombrowiczu.
Nie poprzestano na tym. Zgłoszono bowiem most do ogólnopolskiego konkursu „Makabryła 2013 roku” na najgorsze przedsięwzięcie architektoniczne na specjalistycznym portalu www.bryla.pl, a więc na budowle, które z różnych względów nie powinny zaistnieć. W tym niechlubnym konkursie Spinacz Uniwersytecki znalazł się w połowie górnej dziesiątki.

Widok osławionego Mostu Uniwersyteckiego z kładki dla pieszych przerzuconej nad Trasą. Tym, co się przemieszczają siłą własnych mięśni, pozostało tylko patrzenie na wstęgi asfaltu.

Chcąc jako tako udobruchać oszukanych bydgoszczan, prezydent Bruski zarządził, aby przejazd z centrum na Wyżyny Spinaczem Uniwersyteckim autobusami komunikacji miejskiej był za darmo. Ponadto obiecał, że powstanie osobna kładka dla pieszych i rowerzystów przez Brdę. W prasie nawet ukazała się wizualizacja owej kładki. Tyle że mieszkańcom wcale nie chodziło o przejście przez rzekę, gdyż w dwieście metrów w jedną stronę i dwieście w drugą są wygodne przeprawy, ale o bezpośrednie i szybkie dostanie się na górę, do jednej z najludniejszych dzielnic Bydgoszczy. I tego żadną kładką nie da się naprawić.
Nawiasem mówiąc, słowa pana Bruskiego okazały się typową mową-trawą, koszałkami-opałkami, gruszkami na wierzbie, obliczonymi na przeczekanie wściekłości zrobionych na szaro, a wirtualna ścieżka ulepiona photoshopem nigdy nie opuściła urzędniczego komputera.

Na tle rozkwitłego kunsztem kutej w żelazie secesji Mostu Staromiejskiego tudzież rozpasanego pychą Konstantego Dombrowicza Spinacza Uniwersyteckiego mój ulubiony most jawi się Kopciuszkiem: żadnych ozdób czy efektownych konstrukcji, po prostu usłużny przejazd pomiędzy jednym stłuczkorondem (Rondo Jagiellonów), a drugim – nie mniejszym rondostłukiem (Rondo Kujawskie). Niby nic, a tak potrzebne. Mowa o Moście Bernardyńskim na ulicy, która wzięła swą nazwę od pobliskiego klasztoru, który od 1480 po 1829 rok zamieszkiwali zakonnicy od św. Bernarda.

Prosty, o trzech łagodnych łukach osadzonych na dwóch filarach, został wykonany w 1963 roku według projektu profesora Maksymiliana Wolffa (tak, tak, tego samego od nieciekawego Mostu Staromiejskiego sprzed stylowej przebudowy) w nowatorskiej wówczas technice kablobetonu. Stanął w miejsce zniszczonego w wyniku działań wojennych 1939-1945 żelaznego mostu kratownicowego z 1870 roku.

Ma w sobie klasyczny umiar przywołujący na myśl skandynawski minimalizm. Nowoczesny – nowoczesnością wspaniałych dla polskiego design’u lat – całkowicie wtapia się w przestrzeń dwóch brzegów. Nie krzyczy efektownym kontrastem swego kształtu na tle otoczenia, lecz je umiejętnie dopełnia. Nie jest jednak pozbawiony lekkiej ekstrawagancji. Jego znakiem rozpoznawczym, swoistą fanaberią, która odróżnia go wszystkich tego typu budowli na Brdzie, a która jednocześnie jest niezbędnym elementem mostu, są… kręcone schody.

 

Charakterystyczna dla Mostu Bernardyńskiego betonowa wstęga stopni w górę i w dół.

Jeszcze jedno spojrzenie na spiralę wejścia na most.

I właśnie te z góry na dół betonowe stopnie w kółko od zarania są obiektem fascynacji wszystkich dzieci! Schody są jak magnes: ilekroć dzieciaki znajdą się na Moście Bernardyńskim, po prostu muszą się z nimi zmierzyć, muszą zbiec na dół i wbiec do góry ku swej uciesze i zadyszce, a jednocześnie ku utrapieniu rodziców, bo przy bieganiu nietrudno o potknięcie i bolesne sturlanie. Nie będę ukrywał, że i ja w dzieciństwie kręconymi schodami mostu gnałem jak szalony. Pamiętam, pamiętam! Pamiętam również że te starsze berbecie i te odważniejsze, gdy nie było w pobliżu dorosłych, okrakiem zjeżdżały po poręczy. Jam tego nie czynił, albowiem razu pewnego kolega przede mną podczas zjeżdżania zaliczył dziurę w dżinsach, a w domu – solidne lanie. Wolałem więc nie ryzykować.

Jak już wspominałem, Most Bernardyński estetycznie najbardziej mnie satysfakcjonuje. Być może na mą ocenę miały wpływ wspomnienia z lat wisusowania oraz fakt, że obiekt powstał w roku urodzin mego brata. Niemniej wędrówka nadbrzeżem naszej bluszczowej rzeki, w cieniu Bernardyńskim, każdemu sprawia przyjemność.