Teatr Kameralny w Bydgoszczy od lat był nieczynny. Próbowano w nim ulokować biznes z prasą, papeterią i Bóg wie czym, ale niby w centrum, lecz z dala od budynków mieszkalnych, ów biznes nie był w stanie przyciągnąć kupujących. W sposób naturalny zszedł z handlowego padołu. Pozostała zatem wielka pustka niszczejącego obiektu. Trwało to latami. Wprawdzie co jakiś czas podnoszono w prasie i na obradach rady miejskiej kwestię pustostanu, ale po utyskiwaniach na stan budynku i po odwiecznym narzekaniu, że brak funduszy, wszystko wracało do normy, a więc do rezygnacji z wszelkich działań.
Aż tu nagle po latach deliberowania, czy przybytek Melpomeny wyburzyć, czy remontować, Ratusz zaskoczył wszystkich decyzją, że teatr ponownie zostanie uruchomiony, że będzie z przeznaczeniem na scenę dziecięcą, aby na jego deskach zdobywały pierwsze ostrogi w umiejętnościach aktorskich. Został też publicznie przedstawiony projekt przebudowy. Nowy wizerunek Teatru Kameralnego nie zrywa radykalnie z dotychczasowym wyglądem obiektu, niemniej jego grafitowa kolorystyka jest szokująca: dlaczego taki żużel? dlaczego ponury jak dla samobójców? kto o tym przesądził?
Widziałem w Berlinie grafitowe domy, a nawet czarne. Wyglądały bardzo elegancko – emanowały dyskretnym bogactwem, bo obłożone granitem bądź marmurem – ale były to budynki wysokie, mocno przeszklone i wszelkie dodatki typu drzwi, klamki, napisy, były w kolorze złota lub srebra, czyli wykonane z mosiądzu lub stali. Były to zazwyczaj gmachy biurowe i handlowe.
Teatr Kameralny ze swoim nieco podwyższonym pięterkiem nie należy do wysokich domostw. Również grafit na nim niespecjalnie elegancki, bo wizualizacja zmian nie pozostawia żadnej wątpliwości, że nie będzie tu obłożenia płytami z kosztownego kamienia. Jedynym tak naprawdę argumentem, co do mrocznej, wręcz depresyjnej kolorystyki, jest fakt, że na tle sąsiednich budynków będzie się zdecydowanie wyróżniał (z jednej strony pastelowy hotel Sowy, z drugiej biel parterowego domku i ceglane seminarium).
Aby z obiektu tak do końca nie wiało grozą projektodawcy zaplanowali, że front budynku zostanie rozjaśniony dekoracją, w której będzie i nazwa teatru, i symboliczne odniesienie do jego funkcjonowania. Na ową dekorację Ratusz ogłosił więc konkurs otwarty.

 

Postanowiłem przystąpić do konkursu. Nie chodziło mi o całkiem wysoką nagrodę pieniężną możliwą do wygrania, chociaż 5 tysięcy złotych przy moich zarobkach nie jest kwotą do pogardzenia, lecz o szacunek dla tego, co sobą reprezentuję. Mam całkiem sporo pomysłów na miasto, by było w nim piękniej i ciekawiej, lecz jestem nikim, nie mam żadnych osiągnięć naukowych czy artystycznych, żadnej sławy celebrytów, więc tego, co mówię, nikt we właściwych organach miasta nie traktuje poważnie: jestem wyśmiewany (jak choćby z pomysłem na abstrakcyjnego łabędzia na wodach Wyspy Młyńskiej), zbywany byle czym (proponowałem zasadzenie drzew na Starym Rynku, a uzyskałem… zapewnienie o rachitycznych wiechciach w donicach a la Dworcowa, które są tylko dobrymi petownicami dla palaczy) czy kompletnie ignorowany milczeniem (pomysł na „Panoramę Bitwy pod Monte Cassino” w Młynach Rothera). Doszedłem do wniosku, że człowieka, który wygra konkurs na ścianę Teatru Kameralnego, w różnych kwestiach związanych z estetyką naszej przestrzeni nie będzie można tak sobie zlekceważyć, że przynajmniej trzeba będzie go wysłuchać i ustosunkować się do jego argumentów, a kto wie, może i przyznać mu rację. Z takim zamysłem przystąpiłem do projektowania.
Pierwszą rzeczą, jaka wykonałem, było logo. Czytelne i jasne, bo w kontekście teatru literki „TK” od razu kojarzą się z nazwą. Ponieważ teatr ma być we władaniu dzieci, zatem nawiązałem do roztańczonych sylwetek chłopca i dziewczynki.

 

Potem przyszła kolej na symboliczne określenie, czym jest teatr i czym jest teatr kameralny. Dla mnie jest on rozmową, a w kontekście słowa „kameralny” – rozmową intymną, najczęściej mężczyzny i kobiety. Ponieważ takiej rozmowie poświęciłem jedną z moich minimalistycznych grafik, postanowiłem włączyć ją do projektu całości. Trochę tu było światowej sztuki, bo prostokąty jakby z ojca abstrakcji, Pieta Mondriana, a szkicowe twarze jak z płaskich rzeźb malarza popartu Roya Lichtensteina.

 

Zarys twarzy miał być z mosiężnej blachy, zatem w kolorze złota. Ozdobne, czarno-białe prostokąty z grafiki zmieniłem na biało-czerwono-niebieskie barwy naszego miasta i w ten sposób gmachowi nadałem i wesoły, i bydgoski wygląd.

 

Po stworzeniu projektu ściśle wedle paragrafów regulaminu i opatrzywszy godłem „HUBERTUS”, dostarczyłem pracę do Ratusza.

 

Byłem dobrej myśli, ale jak zawsze przegrałem. Dlaczego? W konkursie wzięło 68 artystów i przedstawiło 150 prac, a więc ostra rywalizacja. Niemniej nie w konkurentach upatruję źródło swej klęski. Po zaznajomieniu się ze składem komisji oceniającej, widzę jasno, że przy takim jury nie miałem żadnych szans. Jeżeli znawców piwa poprosić o wybór najlepszego trunku, a ocenie ich będzie podlegać zarówno piwo, jak wino i wódka, niechybnie wskażą na jakąś markę piwa, bo należycie rozpoznać wartość innego alkoholu nie będą potrafili. Tak jest i w tym przypadku. Członkowie komisji to ludzie dość specyficzni, nastawieni, a może nawet zaprogramowani, na wariackość plastyki. W żadnym razie nie liczą się z otoczeniem, ani z tym, że ich wybory estetyczne kłócą się z ideą ich wystawienia oraz z miejscem, w którym mają się prezentować.
Przewodniczącym komisji został plastyk miejski, Marek Iwiński. 

Tu zawarta była moja ocena pana Iwińskiego, którego postać kojarzyła mi się ze skrzyżowaniem Madeja z rozbójnikiem Rumcajsem, ale na ponuro. Aby załagodzić to wrażenie, wskazałem na symbol mieszczańskiego dobrobytu, czyli brzucho niby piłka. Niestety, pan Iwiński – mimo iż się zarzeka, że wcale nie jest człowiekiem ponurym – nie wykazał się ani poczuciem humoru, ani dystansem do samego siebie (kazał mi spojrzeć w lustro, choć mimo nieszczególnej fizjonomii spaślakiem nie jestem; no, ale on – czarny wielkolud, a ja – łysawy kurdupel). Stąd rezygnacja z barwnego, acz celnego opisu. Przyznaję, że poniosło mnie, że nie powinienem skupiać się na odbiorze fizyczności danej osoby, ponieważ to oddala mnie od meritum, czyli od zrozumienia takiego, a nie innego, werdyktu komisji oceniającej nadesłane projekty. Niemniej poznanie jego plastycznej twórczości było krokiem we właściwą stronę.

Zatem „jego plastyczna dusza artystycznie wyraża się w nieprzyjemnych, mrocznych tworach – dalekich od figuratywności, ale barwą zawsze bliskich sadzy i przypalonym sosom. Po przejrzeniu prac pana Iwińskiego, podejrzewam, że depresyjny kolor Teatru Kameralnego jak z Tolkienowskiego Mordoru to jego zasługa”. Powyższe słowa wsparłem ilustracją, na której przedstawiłem rozmaite prace pana Iwińskiego. Uczyniłem to, gdyż pragnąłem, by czytelnik sam wyrobił sobie zdanie, czy piszę prawdę, czy konfabuluję. Nie oceniałem wartości samych dzieł (które nie są złe), tylko akcentowałem ich ogólny nastrój, bo właśnie zimny, nieprzyjemny nastrój cechuje nagrodzone prace (z wyjątkiem „Czterech kameralnych świateł”).

Pan Iwiński zapewnia, że jego twórczość nie zawsze przypomina zawartość wygaszonego pieca, że jest bardzo kolorowa. Wierzę – wierzę jak Fordowi, który na pytanie, czy w jego fabryce produkuje się samochody inne niż w kolorze czarnym, odparł, że u niego produkuje się we wszystkich kolorach pod warunkiem, że w czarnym. Dla pewności, żeby weryfikacja słów z obrazem nie wypadła dlań niekorzystnie, plastyk miejski zakazał mi prezentacji swej twórczości na blogu, chociaż na www.marekiwinski.pl sam się nią chwali. Ponoć to narusza jego dobra osobiste. No comments…

 

 

Napisałem również: „Jako plastyk miejski dopiero teraz błysnął: małpując Paryż, wykoncypował plażę na Placu Teatralnym, żeby przy piwie i słoneczku ludzie wędzili się w spalinach z pobliskiej ulicy Marszałka Focha – zawsze tłocznej i hałaśliwej”. Nie wycofuję słów. Złośliwie je rozszerzę o drobną uwagę o słońcu: dokoła wysokie drzewa (chwalić Boga, że są), więc nawet tego słoneczka jak na lekarstwo.

Z wyjaśnienia wiem, że to nie jest pomysł pana Marka Iwińskiego na śródmiejską, daleką od wody, a bliską spalin plażę o antypisowskiej – a więc z głupia politycznej – nazwie „San Escobar”, że to projekt biznesowy geszefciarzy od piwa, a on – jako plastyk miejski – tylko projekt przyklepał. Niestety, to właśnie ów „San Escobar”, z racji, że… „San Escobar” został przez opozycję antyrządową w mass mediach (szczególna rola lokalnej „Gazety Wyborczej”) mocno nagłośniony, usuwając w cień inne, może mniej efektowne działania plastyka (choćby bardzo piękny, w dawnym stylu gazetowych reklam mural na ul. Królowej Jadwigi). Przykre…

Pan Iwiński w rozmowie ze mną nie bronił werdyktu swej komisji w kwestii Teatru Kameralnego. Wprawdzie mówił o moim sfrustrowaniu (dziwne, bo zawsze byłem zimnym, logicznym typkiem i ta logika zaprawiona żółcią zawsze widoczna jest w moich tekstach), ale być może uznał mą argumentację. Czy z tego powodu powinienem czerpać satysfakcję? A jaką miała satysfakcję Kasandra, że przestrzegała przed koniem Greków, gdy Troja upadła?


W skład komisji wchodził profesor Dariusz Markowski – przewodniczący Rady ds. Estetyki Miasta Bydgoszczy. O tym panu już nieraz pisałem. Jest on wielkim nieprzyjacielem mojej idei wstawienia abstrakcyjnego łabędzia z Myślęcinka do rzeki w pobliżu Opery Nova, uważa ją za absurd. Niemniej nie widzi absurdu w swoim pomyśle wybudowania fontanny ognia na Starym Rynku. Może Italii zazdrości Wezuwiusza? A może chodzi mu o namiastkę piekła? Takie: memento mori?
Kolejną kontrowersyjną osobą z komisji jest profesor Anna Bochenek z Katedry Sztuk Wizualnych Uniwersytetu Technologiczno-Przyrodniczego. To bardzo ładna, dynamiczna i pewna siebie kobieta, której energia kubłami jaskrawych barw w szokującym zestawie żarłocznie wylewa się z jej artystycznych wizji. Ona nie maluje obrazów, ona je dziko paskudzi. Wystarczy jednej wystawy, by rozdygotany wzrok postawić w zeza.


Profesor Anna Bochenek i jej krzesane pędzlem, deliryczne prymitywy

Pani Jolanta Chmara, która na co dzień z zapałem oddaje się sztuce konserwacji zabytków, wydaje się owieczką w tym gronie. Należy jednak pamiętać, że jest prezesem Związku Polskich Artystów Plastyków Oddział w Bydgoszczy i jako szefowa organizacji, która łączy chałturników z artystami z prawdziwego zdarzenia, jest otwarta na bełkot i największe twórcze ekstrawagancje, skoro czynią je oczajdusze skrzyknięte w ZPAP.
Ostatnią osobą w tym plastycznym gremium jest pani Katarzyna Łaskarzewska-Karczmarz. To dyrektor Wydziału Administracji Budowlanej i architekt miasta. Skoro pani ta nie przeciwstawiła się postawieniu wysokościowca Nordic Astrum nad Brdą i de facto pozwoliła na kradzież nadbrzeża Brdy mieszkańcom Bydgoszczy, skoro nie widzi niczego złego w kolejnej inwestycji firmy Nordic przy ul. Wrocławskiej, nad Starym Kanałem Bydgoskim, inwestycji, która udusi istniejący od wieku urokliwy dom przy IV śluzie, to znaczy, że jest tylko osobą urzędolącą, tylko umysłową plasteliną, która zrobi wszystko, co jej każą. Niestety.
Przy kiepskich artystach o pretensjach do awangardy i spolegliwych urzędasach każda artystyczna rzygowina znajduje posłuch. Zatem werdykt takiej komisji nie mógł pozostawiać złudzeń: promowane zostało pachnące hochsztaplerką efekciarstwo. Gdyby chodziło o jedną tylko propozycję, można byłoby usprawiedliwiać się drobną wpadką, nieszczęśliwą pomyłką. Ale na trzy miejsca przyznano cztery nagrody! Więc o wypadku przy pracy nie można mówić, lecz o świadomym promowaniu pseudoartystycznego dziadostwa. Tak właśnie wygląda celowe i perfidne sabotowanie piękna w wydaniu odwiecznych miernot! I pod hasłem nowoczesności Bydgoszcz musi ichnie paskudztwa łyknąć!

I nagroda –
Lustereczka w krematorium

Zwyciężczyni, pani Maria Jankowska z Bydgoszczy, zaproponowała swoistą błyskotekę na ścianie. Wprawdzie nikt nie będzie kojarzył jej z teatrem, a raczej z czymś w rodzaju dużego pozłotka zdjętego z cukierka na tle spopielonego w jakimś pożarze budynku, ale z daleka będzie agresywnie widoczna, bo i przechodniów, i przejezdnych „zajączkami” z lustereczek będzie oślepiać (ciekawe: przyciągać, czy odstraszać?).
Dla zachwyconego jury jej propozycja – poetycko nazwana „Teatr jest lustrem, w którym przegląda się świat”współgra z antracytową bryłą budynku i stanowi potrzebny kontrast dla monolitycznej, ciemnej bryły teatru. Wyjaśnienie równie dobre jak każde inne, zaś owe lustereczka są tym samym, co srebrne okucia na czarnej trumnie: wprawdzie nie ocieplają wizerunku, nie przekreślają żałobnego wrażenia, ale stanowią kontrast. Nieprzyjemność obcowania z depresyjnym ponuractwem budowli pozostanie. Dzieci będą miały wrażenie, że bawią się w teatr w złowrogim krematorium jak sennego koszmaru lub filmowego horroru.
Pozostaje jeszcze kwestia techniczna. Jeśli błyskoteka ma cudami świecenia nieustannie zwracać uwagę, musi być regularnie myta. W przeciwnym razie lustereczka zmatowieją, sczernieją i zamiast potrzebnego kontrastu harmonijnie dołączą do antracytowej bryły budynku, czyli żużel do żużla. Proponuję, by w ramach troski o wiekopomność dzieła jego autorka z wiadrem i szmatą co tydzień się przy nim uwijała.

II nagroda –
Światełkowy zawrót głowy

 

Praca „Cztery kameralne światła” pana Patryka Wojcieszaka z Bydgoszczy – efektowna literka „K” ułożona z kolorowych strumieni światła – prawie otarła się o realizację. Wyniknęłoby z tego wielkie nieszczęście powszechnie znane jako rozmijanie się teorii z praktyką. Na papierze bowiem snop światła układa się zgodnie z życzenie artysty-latarnika. Natomiast w świecie realnym obowiązują prawa optyki, a one kolidują z wyrafinowanym pomysłem twórcy.

 

Nawet z reflektorów punktowych – na co dzień stosowanych w teatrze – światło nie pada dokładnie jak chcemy: zawsze jest jakiś element rozproszenia, wyjścia poza wyznaczony naszym zamysłem okrąg. Zatem linia wyznaczona kolorem światła nie zatrzyma się tam, gdzie chcemy, lecz przesunie się dalej, czyli wyjdzie poza planowane „K”. Tym samym puszczone z czterech źródeł utworzy coś w rodzaju „X” lub ośmioramiennej gwiazdki. Na dodatek jeżeli światło rzucone jest na ścianę, to tworzy pożądaną linię ściany tylko pod pewnym kątem, gdyż reflektor nie znajduje się płasko, na ścianie, lecz w przestrzeni. Człowiek przechodzący obok teatru z każdego miejsca miałby inny widok owych „czterech kameralnych świateł” i wcale nie jest pewne, czy w ogóle by kolorowe smugi kojarzy z jakąkolwiek literą alfabetu.
Dziwaczna sygnalizacja, która wedle komisji „wpisuje się w budynek na zasadzie kontrastu, nadaje spokojnej elewacji dynamiki” byłaby widoczna o zmroku. A za dnia? Chyba, że grzejemy „cztery kameralne światła” całą dobę na okrągło. A co jak prąd wyłączą? Zatem znów efekciarstwo wzięło górę nad estetyką i rozumem.

III nagroda –
Klasyczny umiar

 

Propozycja pana Piotra Felszyńskiego z Krakowa świadczy o chwilowym nawrocie poczytalności u osób zasiadających w komisji. Albowiem to jedyna z wyróżnionych prac, która jest godna realizacji. Prosty, granitowy napis i nieco toporne strzałki wzbudzają zaufanie do instytucji i świadczą o jej powadze.

 

Żadnych pseudosymbolizmów, żadnego wymądrzania na temat kulturowej różnorodności i przenikania się nurtów za pomocą kolorów czy też równie symbolicznych luster, w które narcystyczny świat się wgapia. Elegancka informacja o przeznaczeniu obiektu i tyle. A może aż tyle? Niemniej mam niemiłe skojarzenie, że przy kolorystyce gmachu jest to elegancja nagrobka.

IV nagroda, czyli wyróżnienie –
Kłąb drutu w betonie

 

Wyróżnienie dla pana Tomasza Górnickiego z Niw Ostropolskich to estetyczna kropka nad „i” co do upodobań jury konkursu. To nagroda dodatkowa, pozakonkursowa, a więc ze wskazaniem tego, co szczególnie bliskie sercu. A ponieważ bliskie jest nieestetyczne zadziwianie, wręcz straszenie odbiorcy ostentacyjnym bezguściem, tu nie ma wątpliwości, że tandeta, byle efekciarska, to dominanta w myśleniu owego grona, bo to kolejne, niestety, hochsztaplerskie brzydactwo.

 

Bazując na wyjaśnieniach autora, jego wyplatanka czy też spawanka z drutu to maska. Dla mnie – wedle tego, co widzę – nie maska to lecz czaszka i to w dodatku czaszka „Aliena” z filmowego cyklu s-fi. W żaden sposób propozycja artysty nie nadaje się na teatr. Chyba, że pomysłodawcy konkursu podświadomie dążą do stworzenia – teatralnej poniekąd – siedziby hrabiego Draculi…

Konkurs miał być przepustką do realizacji moich pomysłów na piękną Bydgoszcz, miał sprawić, żeby z moim zdaniem w kwestiach estetyki we władzach samorządowych się liczono, a przyniósł mi totalne rozczarowanie. Mój projekt nie przegrał z lepszymi propozycjami, lecz z gorszymi. Czuję się tak, jak czułby się wirtuoz gry na skrzypcach, który wziął udział w konkursie na najlepszego skrzypka i który po wyczerpującej grze usłyszał werdykt, ze zwyciężył wesołek, co smyczkiem ciacha po dwuręcznej pile. Brak po prostu słów. Niemniej nie zrezygnuję, ze swoich pomysłów na miasto. Będę nadal próbował wcielić je w życie, chociaż jak zawsze jestem samotnym wilkiem, jak zawsze down-and-out, jak zawsze rolling stone