trolluń1Dziś, po zmianach politycznych, gdy po ćwierćwieczu z głównej sceny zeszli kosmopolityczni liberałowie, którym na sercu był pomyślny wyzysk społeczny i ekskluzywny rozwój hedonizmu ze szczególnym uwzględnieniem homoseksualizmu (tęczowe, osławione LGBT), do łask wróciły wartości oparte o Dekalog i narodową historię.
Być bohaterem jest trendy. Zwłaszcza wojennym. A być zwycięskim bohaterem – jeszcze większe trendy. Ale co zrobić, jeśli historia nie dała okazji ku temu? Jeśli nie stworzyła odpowiednich warunków do wykazania się męstwem lub jeśli kandydat na bohatera wcale nie ma ochoty być bohaterem? Co robić? – to proste: wystarczy poprawić historię, uformować ją wedle własnych potrzeb. Fantazji słowa dzisiaj sprzyja cyfrowa wirtualność. A także upływ czasu, gdyż od ostatniej wojny upłynęło ponad 70 lat, jej ostatni świadkowie wymierają i nie mają już sił, by przeinaczaniu protestować. Na kanwie poprawiania historii powstał wszak osławiony film polsko-litewski Pawła Chochlewa „Tajemnica Westerplatte”, który kwestionował bohaterstwo żołnierzy Września, pokazywał ich skłócenie i niesubordynację, a w zamyśle miał być czymś jeszcze gorszym – orgią mundurowych pederastów sikających na portret premiera. Takie „artisticzne” widzenie polskiego Września było możliwe, gdyż legendarnych obrońców nie ma już wśród żyjących. Nie ma więc nikogo, kto bełkotliwemu odbrązawiaczowi historii mógłby wytoczyć proces o naruszeniu dóbr osobistych. A szkoda, bo filmowy śmierdziel zasługuje na ruinę finansową do piątego pokolenia.
Przy okazji: państwo polskie pod kierunkiem sił liberalnych tak bardzo w pogardzie miało własną historię, a patriotyzm za coś tak bardzo démodé, że n i g d y nie doszło do wydania na kasetach wideo i na płytach dvd czy blu-ray kanonicznego obrazu „Westerplatte” Stanisława Różewicza. Nigdy też w domowych filmotekach nie zaistniały wspaniałe dzieła opowiadające o dramatycznych losach Polaków w czasie drugiej wojny światowej: „Orzeł” Leonarda Buczkowskiego, „Zamach” Jerzego Passendorfera, „Wolne miasto”, „Świadectwo urodzenia” i „Opadły liście z drzew” Stanisława Różewicza, „Kamienne niebo” i „Naganiacz” Ewy i Czesława Petelskich, „Ostatni etap” Wandy Jakubowskiej, „Ludzie z pociągu” Kazimierza Kutza, „Długa noc” Janusza Nasfetera, „Kwiecień” Witolda Lesiewicza, „Stajnia na Salwatorze” Pawła Komorowskiego, „Partita na instrument drewniany” Janusza Zaorskiego, „Pogoń za Adamem” Jerzego Zarzyckiego, „Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni” Mieczysława Waśkowskiego. To oczywiście nie wszystkie filmy o tematyce wojennej, lecz tylko te, które zapamiętałem jako szczególne.

Powstanie Toruńskie 1945

Był mroźny styczeń roku 1945-go. Do Torunia zbliżała się 70. armia gen. Popowa, która wchodziła w skład Drugiego Frontu Białoruskiego gen. Rokossowskiego. Miasto było twierdzą, której broniło 20 tysięcy dobrze uzbrojonych żołnierzy pod dowództwem gen. Lüdecke, rozlokowanych w trzynastu fortach z czasów pruskich. Lada dzień Niemcy spodziewali się potężnego uderzenia Rosjan. Nie zdawali sobie sprawy, że do walki przystąpi ktoś trzeci, ktoś, kogo przez całe lata ignorowali, ktoś, z kim nie liczyli się od najazdu na Polskę w 1939 roku i kim po prostu gardzili. Tym kimś było społeczeństwo Torunia.
Od czasu kampanii wrześniowej, kiedy bohaterscy torunianie wespół z niedobitkami 9. dywizji armii „Pomorze” przez siedem dni bronili stolicy województwa pomorskiego przed hitlerowcami, kiedy po wejściu do miasta Niemcy publicznie rozstrzelali 150 obrońców, około dwóch tysięcy wymordowali w Lesie Piwnickim, a ponad 15 tys. obywateli zarówno z Torunia jak i z okolic zamknęli w utworzonym w Bierzgłowie obozie koncentracyjnym, pozornie zastraszeni terrorem, mieszkańcy pragnęli pomścić swych ojców i braci i zrzucić jarzmo okupanta. Nic więc dziwnego, że już w grudniu 1939 roku powstały pierwsze tajne organizacje w mieście. Przez lata ruch oporu okrzepł, przeniknął w struktury wojskowe i doskonale rozpracował rozlokowanie sił niemieckich w mieście, ich liczebność oraz uzbrojenie. Gromadził broń, szkolił żołnierzy, prowadził tajne nauczanie. Poza tym wiedział o czymś, o czym okupujący Toruń hitlerowcy nie zdawali sobie sprawy: w kilku fortach znajdowała się głęboko ukryta broń chemiczna z czasów pierwszej wojny światowej – groźny iperyt. Ta wiedza miała fundamentalne znaczenie dla przyszłych wydarzeń.
Po hekatombie Powstania Warszawskiego, w dowództwie Armii Krajowej nikt już nie miał złudzeń, co do fiaska akcji „Burza”. Niemniej pomorscy przedstawiciele ruchu oporu byli entuzjastami akcji. Wybuch powstania wyznaczyli na godzinę pierwszą w nocy z 28 na 29 stycznia 1945 roku. W trzecim, siódmym i ósmym forcie pod zgromadzony iperyt podłożono bomby zegarowe. W rezultacie ponad siedem tysięcy żołnierzy niemieckich zostało śmiertelnie zatrutych gazem musztardowym. Ponadto w forcie czwartym nad ranem wysadzono skład materiałów pędnych i smarów. Wojsko ogarnęła panika: obawiano się broni chemicznej w pozostałych miejscach rozlokowania. Stąd gen. Lüdecke podjął fatalną w skutkach decyzję o wyprowadzeniu żołnierzy z Torunia i o połączeniu się z 2 armią niemiecką gen. Weissa w rejonie Świecia. „Wędrujący kocioł toruński” – nieustannie nękany partyzantką Armii Krajowej – przedzierał się na tyłach 70 armii gen. Popowa. Mimo przeciwnatarcia z rejonu Chełmna i Grudziądza ugrupowanie toruńskie zostało rozbite- około dwóch tysięcy żołnierzy poległo, a cztery tysiące dostało się do radzieckiej niewoli. Tylko pięciu tysiącom udało się dotrzeć na lewy brzeg Wisły.
1 lutego 1945 roku, koło 9 rano, od strony Chełmińskiego Przedmieścia pierwsze odziały Armii Czerwonej wkroczyły do udekorowanego polskimi flagami, wyzwolonego przez torunian miasta. Powstanie się udało, lecz plan „Burza” jak zwykle spalił na panewce: po kilku dniach akowskie władze zostały odsunięte od rządzenia miastem i zaczęły się deportacje – siedmiuset torunian zesłano w głąb Rosji, z czego 233 osoby nie przeżyły katorgi.

Powstanie Toruńskie’45 to historical fiction. W świecie historical fiction wszystko jest możliwe, ale czy historical fiction jest możliwe w życiu? Ostatnie doniesienia z Sejmiku Wojewódzkiego skłaniają do takich wniosków.
Oto powstał – anonimowy, bo nie podpisany przez autorów – projekt budowy Pomnika Ofiar Zbrodni Pomorskiej 1939. Anonimowość projektu bardzo szybko znalazła wyjaśnienie: nie chodzi tu bowiem o uczczenie rzeczywistych ofiar niemieckich najeźdźców w rzeczywistym miejscu kaźni, lecz o postawienie monumentu, w miejscu, w którym mieszkańcy nie stawiali oporu zbrojnej napaści i które nie zostało objęte represjami okupantów hitlerowskich, czyli chodzi o historyczną fikcję!

Nie inaczej winno się określać zamyśloną przez Toruń inicjatywę, gdyż o wojennej martyrologii tego miasta nikt nigdy nie słyszał.

Ktoś powie: To fałszowanie historii! to czyste szaleństwo! – nic bardziej błędnego. To ruch bardzo dokładnie przemyślany. Pomysł na pomnik pojawia się dopiero po przeszło siedemdziesięciu latach od zakończenia wojny, a więc w czasie, gdy ostatni świadkowie historii są już zbyt słabi i zbyt schorowani, by zaprotestować przeciw manipulacji. Jego postawienie wcale nie ma upamiętniać ofiary niemieckich represji lub dać świadectwo prawdzie. Ma służyć budowaniu bohaterskiego wizerunku turystycznego miasta oraz przypominać, że jest ono historyczną stolicą województwa pomorskiego, a tym samym, że aktualnie jest ono… właściwą stolicą województwa kujawsko-pomorskiego! Nikt z przybyszy wylizujących lody i pstrykających selfie przy pomniku Kopernika nie będzie przecież zaprzątał sobie głowy złożonością historii na Pomorzu i Kujawach oraz dziejami waśni bydgosko-toruńskiej. Otrzyma prosty przekaz, że Toruń jest waleczny, że tu, w Toruniu, mordowano obrońców Polski i że Toruń jest najważniejszym miastem w regionie, i z taką wiedzą wróci do siebie.

A kiedy pół Polski o prawdach toruńskich będzie już przekonana, wtedy łatwiej będzie można zdetronizować Bydgoszcz. Wielkość miasta i zamożność nie będą temu przeszkadzały, wszak przed 1939 rokiem Toruń był o połowę mniejszy od grodu nad Brdą, zacofany i biedny jak mysz kościelna, a dumnie dzierżył lokalną stołeczność.

Ktoś powie, że jestem przewrażliwiony, że to płonne obawy, ale ów Pomnik Ofiar Zbrodni Pomorskiej 1939 –ów swoisty, wojenny Disneyland mający podnieść komercyjną atrakcyjność wycieczkowego miasta – doskonale wpisuje się w scenariusz konsekwentnego, wieloletniego marginalizowania naszego grodu. To próba dopięcia wizerunkowej przewagi nad Bydgoszczą – wszak nasze miasto tragicznie doświadczone hitlerowską agresją ma Pomnik Walki i Męczeństwa Ziemi Bydgoskiej, który choć patosem wielu drażni, jednak wyraża naszą pamięć o wydarzeniach prawdziwych i nasz szacunek dla prawdziwych, a nie wyimaginowanych, ofiar. Nie trzeba nam czegoś więcej, czegoś super, czegoś mega, czegoś trendy, ponieważ my czcimy pomordowanych, nie celebrujemy i nie obliczamy zyski od martyrologicznego show.

Inaczej w Trolluniu. Tam wszystko jest wyrachowane i cyniczne, więc po „sukcesach” Września’39 apetyt wzrośnie na coś więcej. Jako pierwszy zatem podsuwam ideę zwycięskiego Powstania Toruńskiego 1945 pod wodzą duetu Całbecki&Zaleski, czyli marszałka toruńskiego (d. wojewódzkiego) i odwiecznego jak zombie prezydenta miasta. Tym tropem można iść jeszcze dalej i czcić mityczne walki protoplastów z wikingami oraz odebranie tym ostatnim Młota Thora, od czego wzięła się potem nazwa miasta (Thor-Thorne-Toruń); można wreszcie spiżowym monumentem sławić bohaterstwo torunian w bitwie pod Marengo, gdy śmiałą szarżą pod Louisem Charlesem Desaix przesądzili o zwycięstwie Napoleona. Przecież nikt prawdziwości pomników nie sprawdzi, a fotki chętnie sobie pstryknie…

Najważniejszemu miastu na kuli ziemskiej, Trolluniowi, dwa grzyby powstańcze w świąteczny barszcz i do siego pierdasa-twardasa, zaś bydgoszczanom spokojnych Świąt Bożego Narodzenia i pomyślności w Nowym 2017 Roku – być może wolnym od knowań uciążliwego sąsiada.