Zapowiadało się bardzo dobrze: 15 sierpnia, czyli dla wszystkich ustawowo dzień wolny od pracy, i entuzjazm miłośników dwóch kółek, że znów wspólnie ruszamy w trasę. A trasa ciekawa – trzy tygodnie wcześniej odkryty przez Janusza i przeze mnie Orzelski Młyn za Mroczą oraz ruiny majątku ziemskiego we wsi Orle. Wszyscy się cieszą, wszyscy mówią: „Jedziemy!”

Ale diabeł śpi w szczegółach: 15 sierpnia wypadł w piątek, po którym wolna sobota, a potem niedziela. Zatem znów długi weekend: Basia z Piotrkiem jadą na zlot rodzinny w Janiej Górze, u Kasi i Moniki też zjazd rodzinny, Mrówcia pognał do Nowego Targu, Witek wdał się w domowe remonty, Robcio kaprysi, Bartek ogólnie rowerowo nie domaga, a Grzegorza rozbolał kark. Summa summarum pojechaliśmy w Trzech Muszkieterów, czyli w czwórkę, bo od czasów Aleksandra Dumasa-ojca wiadomo, że trzy to cztery, i każdy miłośnik d’Artagnana o tym wie.

Jak u Tolkiena rozpoczyna się nasza podróż tam i z powrotem. Zaczyna się dobrze, bo od ścieżki rowerowej, ale potem, aż do skrzyżowania z drogą na Szczutki, ruchliwa Koronowska dla rowerzystów jest prawdziwą Drogą Śmierci. Pociesza nas fakt, że aktualnie jest budowana trasa dla miłośników dwóch kółek i następny nasz wypad na północny zachód odbędzie się w cywilizowanych warunkach.

Mijamy Szczutki i konstatujemy, że na polach, chociaż sierpień, lato już się skończyło: łany dojrzewających zbóż zmieniły się w wytrzepane z ziarna walce słomy. Tylko patrzeć, jak pojawią się traktory z pługami.

Wielkie nieba! W Mochlu, niespodziewanie, do naszej wycieczki dołącza Witek!

Witek wygospodarował niewielką przerwę w remontowaniu. A że wilka ciągnie do lasu, więc wsiadł na rower i postanowił nam potowarzyszyć w drodze do Mroczy. Potem znów: fachowcy, pędzle, farby…

Wojnowo. Sala gimnastyczna to jeszcze nie taka codzienność w każdej polskiej szkole.

Janusz ku zaskoczeniu własnemu oraz matematyków odkrywa, że 10=13. Wedle znaków informacyjnych bowiem – kilkakrotnie powtarzanym – od Prosperowa do Mroczy jest 10km. W rzeczywistości odległość wynosi 13km! Czyżby mroczny kilometr, czyli kilometr w Mroczy, postanowił być lepszym kilometrem od kilometra w ogóle? A może mroczanie mają dłuższe nogi? No cóż, mroczna matematyka w tej Mroczy.

Trudno się oprzeć urokom lata…

Ponieważ nie po morzach, nie po oceanach, nie po jeziorach ani po sadzawkach pływał ten rekin, więc to chyba pomnik rekina biznesu. Bardzo wielkiego rekina, bo od mamony  już ślepego. Surrealizm rodem z Trzemiętowa.

Łyk wody przed wjazdem do Mroczy.

U progu miasta jak toporek lub młotek pomnik w stylistyce komunistycznych czasów. Upamiętnia obecność Wojska Polskiego w Mroczy – później obdarzonego paskudnym, propagandowym epitetem Ludowe. Dobrze, że się zachował, że jest w takiej właśnie poetyce, chociaż jest mi ona estetycznie bardzo przykra, bo to historia – historia i armii, której pamięć chce się dzisiaj wymazać ze świadomości Polaków, i czasu tworzenia pomników. Przykre, że na piedestał obecnie wynosi się tzw. „żołnierzy wyklętych”, czyli nazistowskich siepaczy, którym tylko wybuch II wojny światowej przeszkodził w koncertowo fanatycznym przejściu od organizacji pogromów mniejszości narodowych i rasowych w Polsce do tworzenia własnych obozów koncentracyjnych i dla których wolność od hitlerowców w 1945 roku nie oznaczała pożegnania z bronią, lecz przeistoczenie się z partyzantów w bezwzględnych zbrodniarzy, gdyż pod pretekstem walki z komunistami owi „wyklęci” okradali i mordowali zwykłych ludzi (patrz: osławiony „Ogień” – postrach Podhala). Jest 15 sierpnia, Dzień Wojska Polskiego, a pod pomnikiem żołnierzy znad Oki nie ma żadnych kwiatów, jakby ci żołnierze nie byli żołnierzami. A przecież oni bili się o Polskę, a nie o komunizm, i ginęli za Polskę, a nie za komunizm, więc dlaczego są traktowani jak Polacy drugiej kategorii? Ich krew jest gorsza od krwi narodowców, czyli protoplastów dzisiejszych skinów i kiboli?

Mrocza to niewielkie miasto z wielkim problemem: przez centrum w kształcie prostokątnego placu przechodzi główna, bardzo ruchliwa ulica, co powoduje, że nie kwitnie tu życie kawiarniano-towarzyskie, a ludzie chyłkiem przemykają ciasnymi chodnikami. Wprawdzie od lipca jest już obwodnica, ale tłok w centrum wcale nie zmalał. Dlatego póki urbaniści z prawdziwego zdarzenia nie zaproponują rewolucyjnych zmian w Mroczy, nie odbędą się tu żadne koncerty publiczne, żadne uroczystości miejskie i festyny. Również o spotkaniu przy lodach, kawie i ciastkach mieszkańcy mogą zapomnieć.

Reprezentacyjna część Mroczy w kilku odsłonach.

Z powodu źle funkcjonującego rynku miejscowi spotykają się w grupkach po dwie, trzy osoby gdzieś w bramach lub w wejściach do sklepów. Przy okazji warto zauważyć, że w każdej miejscowości zawsze znajdzie się odwieczny tubylec, który względem przybyszów zachowuje się odwiecznie, czyli trójfazowo: 1. zagajenie („Dzień dobry, skąd jesteście?” „Z Bydgoszczy! A to daleko, daleko”), 2. konkretyzacja („Masz pan siedemdziesiąt groszy?”), 3. finalizacja (z wyżebranym grosiwem kurs do najbliższego sklepiku, by zabełtać czerep alkoholowym specyfikiem). Z reguły staramy się tak pokierować rozmową, by nie dopuścić do fazy konkretyzacji.

Zajeżdżamy przed kościół p.w. św. Mikołaja.

Kościół powstał w 1932 roku i w żadnym razie nie jest echem nowinek architektonicznych spod znaku art déco. Nie ma też w nim śladów o dekadę wcześniejszej secesji. Natomiast bryła świątyni kojarzy się z Hiszpanią XVIII wieku, jakby wyjętą z kart „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego. Stojąc w cieniu wieży, mam wrażenie, że za chwilę przejdzie obok mnie Alfons van Worden, kawaler Toledo bądź wszędobylski Busqueros…

Wnętrze kościoła nie zachwyca. Zatem jeszcze jedno ujęcie sakralnego obiektu z zewnątrz, czyli jeszcze jedno spotkanie z Hiszpanią w Mroczy.

Przy kościele grobowiec zasłużonych.

Brama kościelna podtrzymuje wrażenie iberyjskości świątyni.

Obrotny kramarz nie przepuści żadnej okazji do interesu – nawet mszy, chociaż nie oferuje dewocjonaliów.

Boczne, mniej reprezentacyjne uliczki mają wiele uroku…

…i dla fotografów stanowią…

…kopalnię fotograficznych spostrzeżeń.

Ruiny tak stare, że pokrył je bluszcz.

Detal z ulicy Żabiej…

…a także z ulicy Żabiej i poniekąd z żabiej perspektywy spojrzenie na kościół.

Odświętny strażak uzmysławia nam, że Dzień Wojska czczą też inni mundurowi.

Stara lampa z początku XX wieku jest nie tylko wspomnieniem czasu latarń gazowych. To pewnie jedno z niewielu mroczańskich judaików – świadectwo obecności Żydów w mieście – ponieważ w ozdobne ramię została wpleciona Gwiazda Dawida. I pomyśleć, że nie tknięta przetrwała okupację i zaciekle niszczących kulturę narodu wybranego hitlerowców.

Plac Wolności w Mroczy. W odróżnieniu od armii generała Zygmunta Berlinga („komunistycznej”, chociaż komuniści tak bardzo nie kochali Berlinga, że nie tylko nie zaszczycili go tytułem marszałka Polski, lecz szybko w 1953 roku przenieśli go w stan spoczynku) w dniu święta Wojska Polskiego powstańcy wielkopolscy z 1918 roku zostali uczczeni kwiatami. No, ale ich nikt nie posądzał o sianie komunizmu…

Jedno z podwórek. Jakbym przeniósł się w świat własnego dzieciństwa.

Przy wyjeździe natrafiłem na enigmatyczne, ponieważ nie podparte jakimkolwiek dodatkowym wyjaśnieniem, logo. Może chodzi o firmę albo o reklamę: Mroczny But? Mroczaki-Bosaki? A może to surowe ostrzeżenie? – „Nie wiesz, jak, nie wiesz, kiedy, na nogi ci włożą mocne ortopedy.”

Kierując się na Orzelski Młyn opuszczamy jedną ze zdobyczy cywilizacji, czyli asfalt.

Orzelski Młyn nie tknięty zmianami czasu, w zakątku, którego również nie tknął czas.

Podobno młyn w Orzelskim Młynie jest perłą architektury przemysłowej na Krajnie. Powstał w XVIII stuleciu. Był oczywiście przebudowywany, zwłaszcza część produkcyjna, która pochodzi z połowy XIX wieku. O jego działaniu na stronach PTTK pisano: Maszyneria młyńska napędzana była wodą ze sztucznego stawu zasilanego przepływającą nieopodal Orlą. Lustro wody w stawie znajdowało się około półtora metra powyżej turbiny młyna, a woda doprowadzana była specjalnym korytem, następnie spadając z pewnej wysokości na koła wodne, a później turbinę, wprawiała je w ruch. Gdy brakowało wody w stawie, urządzenia mielące zboże napędzane były od końca XIX wieku maszyną parową, która stała na specjalnej podmurówce kamiennej. Ruchome koło maszyny parowej połączone długim kołem pasowym z kołem przy młynie, napędzało cały mechanizm mielący. Od 1928 roku koła wodne zastąpiono turbiną. Gdy zlikwidowano maszynę parową, na podmurówce kamiennej w 1957 roku wybudowano budynek mieszkalny, a na jego podwórzu postawiono silnik spalinowy pełniący analogicznie funkcję silnika parowego.” Młyn był czynny do 1970 roku. Niestety, sąsiedztwo czynnych gospodarstw, położenie na uboczu oraz brak dobrego gospodarza z pomysłami nie sprzyjają, by Orzelski Młyn stał się atrakcją turystyczną na dużą skalę.

Fotografujemy młyn z różnych stron…

…fotografujemy detale…

…bo kto wie, jak długo jeszcze obiekt będzie trwał.

Stasio się uśmiecha, ponieważ jak na cyrkową sesję fotograficzną…

…na lampie pręży się bociek-akrobata.

Kilkadziesiąt metrów od młyna rodzinny cmentarzyk uzmysławia nam, że Orzelski Młyn nawet w kwestii pochówku to miejsce odizolowane od reszty Krajny.Dawniej chowano tu niemieckich osadników.

Stasio i Tomek dokonują oględzin cmentarza. Stwierdzili, że pochodzi on z 1874 roku, ale mur postawiono dopiero w 1925. Ku naszemu zaskoczeniu cmentarz jest nadal czynny, gdyż nie dalej jak miesiąc temu dokonano na nim najświeższego pochówku.

Jak w dawnych czasach u rozstaju dróg figura Chrystusa.

Między lasem a kukurydzą zmierzamy do wsi Orle.

Ambona w polu jak strażnicza wieża.

Chociaż Orle biedą piszczy, jednak sklepik jest i jest otwarty. Zatem korzystamy.

Sklep to nie tylko miejsce handlu, ale i centrum lokalnych informacji.

Na terenie niszczejącego folwarku w Orlu XIX-wieczny kościół p.w. św. Macieja. Podobno wcześniej była tu szkoła.

Rozpadający się spichlerz z 1870 roku.

Inny budynek folwarczny w opłakanym stanie. Tu na dachu rosną już drzewa.

Gdybym przyjechał do zrujnowanego majątku we wsi Orle po wrażenia estetyczne, pewnie wywiózłbym z tego miejsca nostalgiczne obrazki dokumentujące pozostałości naszych rodzimych starożytności i oprawił w ciężkie ramy. Goście mogliby spoglądać i wzdychać nad czasem minionym: „Jakie to piękne, jakie romantyczne!”

Fotograficzna rzeczywistość jest jednak mniej sielska od artystycznych przetworzeń. XIX-wieczna rządcówka to przykład wieloletnich zaniedbań ze strony Urzędu Miasta i Gminy w Mroczy. Władze Mroczy nie tylko nie robią nic, by uratować budynek, ale również nie zgadzają się oddać go w ręce zainteresowanych restauracją.

Tomek i Stasio przystępują do dokumentacji fotograficznej obiektu.

Pośród ogólnej dewastacji dworku Tomek odkrywa ubytek pieców kaflowych, które na internetowych zdjęciach z 2009 roku jeszcze były.

Gdyby chociaż w oknach deski, żeby nie lało się w czas niepogody…

Do wnętrza zapuszczam się w strachu: na poddaszu bowiem zamieszkał rój os.

Dziury w dachu, dziury w podłodze, brud i śmieci… Opuszczam dom z ulgą i ze smutną konstatacją, że remont niewiele tu pomoże. Właściwie w grę wchodzi już tylko rekonstrukcja.

Pamiątkowe zdjęcie naszej grupy na tle rządcówki. Chyba historyczne, bo kto wie, czy następnym razem, jeżeli wybierzemy się do Orla, będzie jeszcze stała.