trolluń1Po wielu moich rowerowych jazdach do miasta nienawistników, którzy mniej lub bardziej udanie starają się podrobić Bydgoszcz i którzy żyją obsesją poniżenia naszego miasta, wręcz sprowadzenia go do roli dużej, prowincjonalnej dziury, postanowiłem przyjrzeć się sztandarowej budowli toruńskiej ostatnich lat, jaką jest trzeci most na Wiśle.
Podróż nie przyszła mi łatwo, gdyż najwierniejszy z wiernych, ten, który dla mnie jest tym, czym Gwardia była dla Napoleona, czyli Janusz, wycofał się z rowerowych eskapad, twierdząc, że on już swoje w życiu wyjeździł. Cóż powiedzieć na takowe dictum? – nic. Zatem mój „Czarny Prorok” wyruszył w trasę bez jego „Błękitnego Xięcia”
O Moście Wschodnim w Toruniu , czyli o Moście im. gen. Elżbiety Zawackiej, słyszałem wiele złego – że drogi, że niepotrzebny, że postawiony nie tam, gdzie naprawdę trzeba.
A jaka jest rzeczywistość?
Most w istocie jest oddalony od centrum Torunia. Rowerzyście sporo się trzeba napedałować, żeby nań się dostać. Ale Most Wschodni nie powstał z myślą o rekreacji, żeby bogobojni torunianie w niedzielę dla kaprysu mogli sobie przechodzić z prawego brzegu Wisły na lewy. To ważny element obwodnicy drogowej, której zadaniem jest utrzymać ruchu komunikacyjnego poza miastem i bezkolizyjnie poprowadzić samochody na autostradę A1. I w tej materii całkowicie się sprawdza.

 

Byłem na moście w środku tygodnia, w godzinie dalekiej od szczytu i… żeby sfotografować w miarę pustą przestrzeń – a więc taką, w której oglądanie obiektów architektonicznych na zdjęciach nie jest rozproszone przez inne elementy – musiałem najzwyczajniej komórką czatować. To dowodzi, że usytuowanie mostu jest jak najbardziej właściwe: ruch bowiem jest nieustanny. Poza tym nienawistny bydgoszczanom tandem Całbecki&Zalewski inaczej niż na Trasie Uniwersyteckiej w Bydgoszczy tandem prezydenckich nieudaczników – KonDom&Donald Brusk, czyli Konstanty Dombrowicz i Rafał Bruski – pomyślał i o pieszych, i o rowerzystach: na moście pas dla ruchu pieszo-rowerowego po obu stronach jezdni jest tak szeroki, że trzech rowerzystów obok siebie śmiało może jechać!

 

 

Pełne stawów nadbrzeże Wisły

A jak na cudzie architektonicznym przez Brdę w Bydgoszczy? – wielkie zero przechodniów i rowerzystów, bo nasz Spinacz Uniwersytecki to drogowe dziadostwo, za które obaj niewydarzeni prezydenci równo odpowiadają (przypomnę: dla odwrócenia uwagi bydgoszczan od braku chodnika i ścieżki rowerowej Panowie na Ratuszu mamlali w internecie i lokalnej prasie jakieś androny o windzie widokowej jeżdżącej wokół pylonów trasy).
Na Moście Wschodnim w Toruniu rowerzyści lub biegacze mogą ćwiczyć kondycję fizyczną, ponieważ bezkolizyjne i wygodne przejście pod mostem na drugą stronę pozwala robić dowolną ilość pętli. A kilometrów sporo, bo całkowita długość trasy mostowej (nie samego mostu!) to 4,1 km.

 


Spojrzenie na most w kierunku dzielnicy Rubinkowo

 

Jak za komuny w każdym ważnym mieście był pomnik wdzięczności dla Armii Czerwonej, za przemarsz w pogoni za Giermańcem, tak obecnie przy każdej inwestycji pomnik dla Unii Europejskiej, żeby wiedziały chamy, że mama Europa ist wunderbar i ma gest dla polskiego buraka.

Kilka danych technicznych:

Dwuprzęsłowy, zaprojektowany przez architektów pod kierunkiem mgr inż. Marka Sudaka został wybudowany w latach 2010-2013. Długość samego mostu to 540 m, ale całej trasy mostowej – 4,1 km. Szerokość całkowita – 30 m. Dopuszczalna masa pojazdu to 50 ton. Nadano mu imię gen. Elżbiety Zawackiej.

 

Słowo o Elżbiecie Zawackiej – patronce Mostu Wschodniego
Elżbieta Zawacka urodziła się w Toruniu w 1909 roku i zmarła tamże, w 2009 roku. W czasie wojny była kurierką Komendy Głównej AK. Jako jedyna spośród 15 kandydatek pomyślnie przeszła trening i służyła w szeregach cichociemnych. Po wojnie oddała się nauce i uzyskała tytuł profesora nauk humanistycznych. Zajmowała się historią najnowszą. Odznaczona Orderem Orła Białego była drugą kobietą w dziejach oręża polskiego, która awansowała na stopień generała brygady (tu mała uwaga: posłanka Mucha, co była ministrą, pewnie będzie się oburzała, że to nie generał, ale generała).

Malownicze nadbrzeże przy ul. Winnica. Znajdują się tu działki rekreacyjne, lecz władze planują postawienie apartamentowców dla zamożnych. Działkowicze się burzą, lecz los nadbrzeża jest już przesądzony – właścicielem działek jest bowiem miasto.

 

Wyjazd z mostu. Daleko na horyzoncie most autostradowy, czyli harmonijne rozwiązanie drogowe, którego bydgoszczanie mogą tylko pozazdrościć.

 

Na koniec wizytacji nowego mostu w Toruniu pozwoliłem sobie na małą podróż sentymentalną w czas moich studenckich lat, czyli na odwiedzenie Bydgoskiego Przedmieścia.
Tu, na ulicy M. Konopnickiej, mieszkał mój kolega Tomasz Sadecki. Nadzwyczaj wyrafinowany intelektualnie erudyta. Wspaniały analityk i mistrz precyzyjnego słowa. Typ prawdziwego naukowca. Zwykle bywał dla mnie uprzejmy, ale zawsze odnosiłem wrażenie, że mną gardzi. W końcu Trolluń względem bydgoszczanina tudzież nieprzeciętne inteligencja do czegoś zobowiązują.
Tomaszowi przepowiadano wielką karierę na UMK, ale sam z niej zrezygnował. Został – wedle własnych słów – nielubianym nauczycielem języka polskiego z wiecznym debetem na koncie bankowym. Dlaczego? – chciał być artystą.

Napisał mikropowieść „Wnęka”. W utworze miało być intelektualnie i eksperymentalnie, a wyszło pretensjonalnie. Bywa. Nie on jeden doznał porażki.
Kiedy ostatnim razem widziałem go na zlocie naszego roku filologii polskiej, a było to z dwadzieścia lat temu, wyglądał jak starzec: ręce mu się trzęsły niczym w chorobie Parkinsona, twarz mimo rozciągnięcia w uśmiechu wyrażała rozpacz. Ewidentnie był człowiekiem przegranym. Nie doszło wówczas do ocieplenia wzajemnych relacji – nasze drogi za bardzo się rozeszły, za bardzo naznaczeni byliśmy innymi doświadczeniami: ja wiecznie biedny i poniżany, i bezrobotny, i wściekły na świat artysta, który nieustannie walczy o pracę, o prawo dla swej osoby i swej sztuki i on – sfrustrowany mieszczuch, który nigdy nie zaznał lekceważenia, zapaści finansowych i smaku wyrzucania z pracy.

Tomasz na fotografii z listu gończego policji

A jednak w ostatecznym rachunku to on – mimo wspaniałego kapitału intelektualnego i przychylności świata nauki – okazał się większym bankrutem życiowym, bo nie mnie, lecz Tomasza Sadeckiego od pięciu lat policja poszukuje listem gończym za „oszustwo typ podstawowy”

Wybierając się na Bydgoskie Przedmieście oczywiście nie liczyłem na spotkanie z Tomaszem. Po prostu jeszcze raz chciałem rzucić okiem na dom, w którym mieszkał. Pamiętałem, że był przedostatni, że w mieszczańskiej secesji, że na ulicy zatrzymanej w czasie.

Dom stoi, jak stał, otoczenie też niewiele się zmieniło, ale atmosfera sennej melancholii, która dominowała na ulicy Marii Konopnickiej, uleciała. Roześmiana dzieciarnia, samochód lawirujący wśród innych, by najwygodniej zaparkować, zgrabna dziewczyna z niemowlęciem w wózku – wszystko to tworzyło klimat przyjemnej zasiedziałości, gdzie każdy każdego zna i szanuje.

A pamiętam, że z Mickiewicza wchodząc w Konopnicką, podświadomie starałem się stąpać ciszej, by dostojnego, acz surowego spokoju mieszkańcom nie zakłócać. Wstrzymywałem oddech, wspinając się po schodach. Ulgi nie doznawałem nawet wtedy, gdy mama Tomasza prowadziła mnie do jego pokoju. Z jednej strony zawsze bowiem miałem wrażenie, że jestem bohaterem filmu Polańskiego „Lokator”, gdzie przeraźliwi w swej porządności mieszczanie nie dają człowiekowi żyć, a z drugiej, że trafiłem do jednego z owych sennych miasteczek, w których czai się zło, nakreślonych piórem H.P. Lovecrafta.

Ale może to wszystko było tylko złudzeniem niedospanego studenta – zestresowanego egzaminami, atmosferą stanu wojennego tudzież obcością miasta? Ale jeżeli tak, czemu i on – mieszkaniec Torunia – miał podobne wrażenie? Czemu tę duszną atmosferę odnajduję w jego nieudanej powieści „Wnęka”? Prawdy już nie dojdę i nie skonfrontuję swych odczuć z odczuciami Tomasza. Ścigany listem gończym pewnie ma nową tożsamość i pewnie w Polsce się nie ukrywa. Zapamiętam więc go jako podejrzane, niesympatyczne indywiduum z policyjnej fotografii, bo obraz zrozpaczonego, trzęsącego się nauczyciela, który ujrzałem na spotkaniu absolwentów polonistyki, zupełnie nie pasuje do formułki „oszustwo typ podstawowy”.

Żeby jednak o Toruniu do końca było dobrze, a nie – kryminalnie, muszę wspomnieć o fantastycznej rewolucji drogowej na ulicach Mickiewicza i Bydgoskiej. Zmianami jakie tu zaszły byłem tak zaszokowany, że… zupełnie zapomniałem o „cykaniu zdjęć”’!

Obie ulice były szerokie i ruchliwe – coś jak nasza Gdańska i Śniadeckich w latach świetności. Przez jakiś czas są równoległe względem siebie i dopiero na wylocie łączą się w drogę do Bydgoszczy. Rewolucyjność zmian polegała na… zwężeniu obu ulic do jednego pasa, do wybudowania tzw. śpiących policjantów, celem spowolnienia ruchu, oraz do uczynienia ich ulicami jednokierunkowymi: Bydgoska prowadzi do centrum Torunia, zaś Mickiewicza jest ulicą wyjazdową z Torunia.

A co w zamian? Po pierwsze, wygodne ścieżki dla rowerzystów. Po drugie szeroki chodnik z ławeczkami dla przechodniów – prawie deptak. Po trzecie, zatoczki parkingowe dla zmotoryzowanych. A po czwarte, dla wszystkich mieszkańców tych ulic cisza, bezpieczeństwo i święty spokój, bo ruch jest mocno spowolniony. Zyskali więc na tym wszyscy. I to już cztery lata temu!

A u nas? Niedojdy prezydenckie najpierw quasi deptak na Gdańskiej zniszczyli wprowadzając rzekomy dojazd do byłej „Drukarni”, czyli wpuścili na ulicę normalny ruch. Potem „rewitalizowano” Dworcową, gdzie miał być również deptak. Zwężono Dworcową, sprowadzając ryzyko na jeżdżących rowerami, bo samochody z trudem omijają rowerzystów. O deptaku na Cieszkowskiego mieszkańcy nawet słyszeć nie chcieli, bo mieliby zakaz parkowania samochodów. Krzyk się podniósł na Śniadeckich, bo zamiar wybudowania ścieżki rowerowej również łączyłby się z utratą darmowego parkowania na chodnikach. Tak wygląda rewolucja komunikacyjna à la Bydgoszcz.

O prezydencie Zaleskim z Torunia można wiele złego powiedzieć, ale nie to, że brakuje mu odwagi w przeprowadzeniu udogodnień dla mieszkańców. U nas ważniejsze od ludzi są samochody. To samochodom ma być dobrze, a nie ludziom. I z takim ponurym wnioskiem wróciłem rowerkiem do Bydgoszczy, w której wreszcie poważną oznaką niezadowolenia z pracy prezydenta był nieudany zamiar przeprowadzenia referendum w sprawie odwołania go ze stanowiska. Zamiar wprawdzie się nie powiódł, ale to tylko pierwszy kamień, za którym ruszy lawina. Mandatu do sprawowania władzy przez kolejne lata na pewno nie da panu Bruskiemu podskakiwanie, jak KODeraści i Platfusy zagrają ani kopcenie świeczki pod pomnikiem Kazimierza Wielkiego.