TWARZE W ULEWNYM MROKU – vol.1


Drogi Internauto!

 

Jeżeli Dotarłeś na tę stronę, Wiedz, że czeka Cię moja bydgoska powieść – realizm magiczny po bydgosku. Dlaczego realizm magiczny? – ponieważ piszę o sprawach posępnych i tylko aura cudowności może wynieść dzieło z piekła naturalizmu, zaś autora i czytelnika wyrwać ze szponów depresji.

Podzieliłem utwór na pięć części, by łatwiej było go czytać i by tekst się zmieścił w całości (strona żadnego bloga nie jest wszak z gumy i tak jak wiele rzeczy podlega ograniczeniom). Powieść jest niewydana, gdyż najzwyczajniej zwątpiłem w istnienie wydawców: odnoszę wrażenie, że za adresami, pod które kieruję swe dzieła, nie kryje się nic, że tam, poza szyldem, w ogóle nie ma ludzi, a jeżeli są, to tylko ciosane w chamstwie i w bździnach samozadowolenia buraki, u których w mózgowych pustostanach nie zakiełkuje prosta myśl, że grzeczność nakazuje, by na skierowane do siebie pytanie udzielić odpowiedzi – odpowiedzi jakiejkolwiek, choćby negatywnej.

Powieść nosi tytuł „Twarze w ulewnym mroku”. W zamierzeniu moim składa się z czterech części: „Krew”, „Mleko”, „Żółć” i „Łzy”. Do tej pory napisałem tylko część pierwszą, czyli „Krew”, którą tu właśnie prezentuję. Nie Przejmuj się jednak, że nie Poznasz całego utworu, ponieważ, po pierwsze, dzieło jest tak pomyślane, by każda z części stanowiła jednostkę odrębną, powiązaną z kolejną tylko poprzez postaci i miejsce akcji, a po drugie, być może w całości nie powstanie w ogóle i ograniczę się tylko do niniejszego tekstu. Wszystko zależy bowiem od napisania części zatytułowanej „Mleko”. „Mleko” jest kluczowe. Jeżeli w warstwie językowej podołam temu zadaniu, jeżeli uznam, że słowo moje jest adekwatne do opisywanej historii, wówczas „Żółć” i „Łzy” nie będą przedstawiały żadnej trudności. Tam słowo nie będzie aż tak istotne. Zatem od powodzenia mojej szamotaniny z językiem zależy, czy utwór przybierze kształt zgodny ze wstępnym wyobrażeniem.

Rzecz dzieje się w Bydgoszczy, blisko centrum, a jednak nie w centrum, bo takie jest właśnie Bocianowo: niby duże, niby ważne, niby przy Śródmieściu, a jednak nie w Śródmieściu, a jednak w poczuciu jakiejś prowincjonalnej gorszości. Ta gorszość sprzyja izolowaniu się, a tym samym zachowaniu dawnych przyzwyczajeń i dawnego sposobu mówienia. Stąd sporo w utworze określeń regionalnych i germanizmów, które staram się wyjaśnić. Niestety, tekst w internecie nie pozwala umieścić odnośników pod stroną, gdyż takich de facto nie ma, dlatego wyjaśnień użytych przeze mnie słów Szukaj zawsze na końcu poszczególnych części. Mam nadzieję, że utwór na tyle Ci się spodoba, że tę niedogodność nie Uznasz za zbyt wielki wysiłek. Życzę satysfakcji z lektury –

Waldemar Pasiński

 

 

 

Waldemar Pasiński

Twarze w ulewnym mroku

 

 

Odkąd Marietta z mężem przeprowadziła się na róg Rycerskiej i Ogrodowej, do małego domu rudych Lulków – pod brudną od starości czerwienią dachówek zapadłego w szarość i kurczowo przytulonego do krzepkich ścian sąsiedniej kamienicy – silny bez przeniknął jej szczupłe ciało, wszedł we włosy i noszone sukienki, osiadł w gąszczu pach i podbrzusza i ciepłą wilgocią maja stał się jej zapachem. Nie od razu rozeznaliśmy się w tej przemianie. Na podwórzu Lulków bowiem, wzdłuż przerdzewiałej siatki – od ulicy sięgającej kiosku i następnej posesji – bez krzewił się żywiołowo, a już szaro-niebieską budkę, w której leciwe małżeństwo Zentkowskich sprzedawało gazety i papierosy, konarami grubymi jak u drzewa oplatał wręcz nieprzytomnie, z furią, jak gdyby pragnął zatopić ją w morzu listowia. Wiosną jego duszny, fioletowy i biały aromat niósł się daleko.

W mleczarni Gronsioków, gdzie rzędy uwędzonych na stare złoto ryb mieszały się z zapachem kolorowych słodyczy na wagę, z szorstkimi kostkami szarego mydła, otwartą beczką kiszonych ogórków i mdłymi ciemnym niebem prostokątami taniego proszku do prania Radion, zachłanna woń lilaków łudziła klientów, że do sklepu jak do drogerii na ulicy Bocianowo trafiła dostawa luksusowego mydła. W nieodległej piekarni Hinzów takiego wrażenia już nie było. Tam intensywny zapach wiosennego zakwitania ginął w gorączce porannych wypieków – z lekka spękanych i osypanych mąką bądź w mlecznej delikatności lub w zarumienionej skórce piegowatych od maku. Tam nozdrza kusiły zapachy pieczonego jabłka w drożdżówkach, cynamonu amerykanek, wanilii i świeżego lukru na pączkach. Niemniej bez niósł się aż na Rycerską czternaście, gdzie Hitler Gierowski, kiedy tylko siwy Tabaka nie widział, okładał laską jego głupiego psa – bojaźliwego i skomlącego, wściekle pędził z podwórza bezpańskie kundle Kaczyńskiej, a także bił dzieci, gdy które weszło na posesję, bo przez płot przeleciała piłka albo jesienią miało apetyt na lukasówki z rosnącej na podwórzu potężnej gruszy. Podobno przenikliwy aromat z Lulkowych krzaków docierał nawet do pierwszych domów naszej ulicy – do jedynki i dwójki, i narożnikowej knajpy – ale temu nie należało dawać wiary, gdyż ci, co tak mówili, opuszczali bar „Pod Bukietem” w stanie innego upojenia niż ekscytacja barwami wiosny. Zresztą, czy pośród wymiocin na chodniku, uryny, a czasem i krwi, można było czuć cokolwiek innego poza kwaśnym odorem wypróżniania pęcherza oraz oparów sfermentowanych i wyrzuconych z organizmu pokarmów?

Makowska spod czwórki nie znosiła ociężałych duszącą wonią kiści. Pociła się od nich i miała kłopoty z oddychaniem, a w nocy prześladowała ją bezsenność jak podczas sierpniowych upałów. Ilekroć więc ulicą niosły się majowe bzy, zamykała okna w domu, bezbarwnie wygłaszając przy tym litanię loretańską do Najświętszej Maryi Panny – Arko przymierza, módl się za nami, Bramo niebieska, módl się za nami, Gwiazdo zaranna, módl się za nami, Uzdrowienie chorych, módl się za nami – a w zakładzie fotograficznym, który jak na nieszczęście znajdował się akurat naprzeciw bujnie krzewiących się lilaków, przykazywała uczniom, by pilnowali drzwi po każdym kliencie, co wykonywali sumiennie, a co brali za dziwactwo otyłej pryncypałki. Nikomu poza właścicielką pracowni fotograficznej „Foto-Marek” pachnący bez nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie: w odróżnieniu od Makowskiej, dla wielu w codziennym ruchu kopcących spalinami ciężarówek, które z hałasem pustych skrzyń zajeżdżały na ekspedycję towarową, w ostrej woni zgrzanych perszeronów – pod smagnięciem bata lub gardłową zachętą woźnicy z wysiłkiem ciągnących furmanki węgla, w pijackich wyziewach pod knajpą, słodka woń kwiatów niosła ukojenie, nagłe oderwanie się od zgrzebnego bytowania w cieniu kolei i cmentarzy. Na ulicy były niegdyś jarzębiny i akacje. Jednak wszystkie pousychały, odkąd piękna siostra Karola Hinza, długowłosa piekarzówna o spokojnej urodzie rozmarzonej Madonny, wyszła za mąż, powiła dziecko i razem z mężem wyprowadziła się z Rycerskiej. Zatem tylko ten bez łagodził szary wizerunek ulicy.

Marietta zamieszkała u Lulków gdzieś na początku wiosny. Stąd intensywnej woni przydomowych krzaków nikt nie kojarzył z jej osobą, a jeżeli kojarzył, to myślał, że po prostu przeniknęła zapachem podwórza, jak na łące lub pod lasem przenika się dymem wieczornego ogniska, w którego tańczących płomieniach podpieka się kiełbaski i z którego popiołów dobyte ziemniaki mają surowy posmak trudu i radosnego wytchnienia. Potem, kiedy wiosna minęła i w gorączce lipcowych dni ubrania lepiły się do spoconych ciał, bzy Marietty brane były przez wszystkich za przesadne wyperfumowanie i dopiero późną jesienią, kiedy przyszło się nosić w kurtach i paltach i okręcać długim szalem, kiedy żadna woń poza naftaliną nie przebijała się przez grubą odzież, dopiero wówczas na widok wracającej z kościoła, owianej bzem dziewczyny, którą z nieznośną dla oka przesadą adorował rozpływający się ze szczęścia małżonek, dopiero wówczas, odrywając od ust butelkę wina, do kumpli stojących we wjeździe pod piątką Marco Polo wykrzyknął: „Kurwa, nie czujecie?! – Marietta wciąż pachnie bzem!” I dla Jolki, i dla Gajewskiego zwanego Pele, dla Zezola Andrzeja od wścibskiej Gontarkowej i dla Lulków, dla Alotka Wróbla i wszystkich wracających z niedzielnej mszy, a później w ogóle dla wszystkich z Rycerskiej i Ogrodowej, stało się jasne, że Marietta nie używa perfum, że nigdy ich nie używała, że Marietta sama z siebie pachnie bzem. Grabowska jednak przecząco kręciła głową. Wszechwidząca ze swego poddasza na trzecim piętrze, wszechwiedząca z codziennego plotkowania pod mleczarnią, żwawa w swej starczej złośliwości i bezwzględna dosadnością i zapamiętaniem ludzi zza Buga, których powojenne repatriacje szeroko rozproszyły po Polsce i przywiodły nawet do Bydgoszczy, mówiła z przekonaniem, że nie bzem Marietta pachnie, lecz śmiercią: „To smjerc idzje za nio krok w krok, to smjerc mami ljudiej pachnidłem, to smjerc waniajet bzami. A komu te bzy upojne się zdajo, kto za njemi pobieża, za Marjetto, za to mało lafiryndo, gonic bendzje, temu rychło koso na Janioł Pański zadzwonio, oj, zadzwonio”. I choć niejednemu zabawna wydawała się jej śpiewna polszczyzna, i choć niejeden pokpiwał z jej na poły pogańskich, na poły ludowych wierzeń, nikt nie kwestionował uwag kresowianki, albowiem od dzieciństwa Marietta jak i Grabowska mieszkała pod siódemką, tyle że w kamienicy na podwórzu, a poza tym wciąż jeszcze w pamięci były wydarzenia sprzed kilku lat – tragedia na torach, z której tylko szczupła dziewczynka o niedługich, czarnych kędziorach wyszła z życiem.

`

 

Tamtego październikowego popołudnia wybrali się do lasu. Nie poszli daleko: za pierwszy wiadukt i cmentarze ulicy Zaświat, niestrzeżonym przejściem przez tory do pierwszych drzew, które partiami sosen i świerków poprzetykanych jesienną żółcienią brzóz ciągnęły się od stacji Rynkowo-Wiadukt aż po Biały Most, by dalej niepostrzeżenie przeobrazić się w potężny Las Gdański. Mieli papierosy, a chłopcy postarali się nawet o wino, co przy ich czternastu latach i dziecinnym wyglądzie było nie lada wyczynem. Bawili się dobrze. Było dużo słów i śmiechu, trochę gonienia się wśród drzew i wygłupiania. Był pierwszy papieros – wypalony z dorosłą miną, pierwszy łyk z butelki, co mdli słodyczą i rozgrzewa piersi, pierwszy pocałunek, od którego wzrok się zaćmiewa i dudni w skroniach i od którego brakuje tchu i robi się sucho w niezgrabnych ustach. Było, jak zawsze bywa, kiedy spojrzenia dziewcząt otwierają się na spojrzenia chłopców, kiedy dłonie się wzajem szukają, kiedy z radością się odkrywa, że różnica płci jest rzeczą wspaniałą. Było, jak zawsze bywa, i nic nie było jak zawsze, bo pierwszy papieros, pierwsze wino i pierwszy pocałunek zamknęły się w ostatnim spojrzeniu, kiedy szarą godziną wracali przez tory i przed rozpędzonym pociągiem umknęli pod koła pociągu z naprzeciwka. Ulica Zaświat była tak blisko, lecz bliższe były zaświaty. Ania Priewe, Mirek Dulęba, Wiesiek Podliński – mieli zaledwie po trzynaście, czternaście lat… Z siostrą Ani jakiś czas chodziłem do jednej klasy, a z Wieśkiem Podlińskim zimą, na Białym Moście, ścigałem się na sankach. Z Mirkiem mój brat często rozmawiał o klasówkach, ściągach i zadaniach domowych. Mieli zaledwie po trzynaście, czternaście lat… Ocalała tylko Marietta, lecz na długie miesiące trafiła do szpitala.

Kiedy nazajutrz udaliśmy się na miejsce wypadku, były tam już gawrony. Setki, a może nawet tysiące, czarnych, nastroszonych ptaków obsiadło trakcję kolei elektrycznej, paskudząc odchodami rdzawe podkłady z dębowych bali, wyślizgane kołami żelazo szyn, nierówne i popróchniałe drewno przejścia dla pieszych. Ich rozkrzyczana czerń na drutach na tle mlecznego nieba wzbudzała trwogę i nasuwała myśl o harpiach z wędrówek argonautów, które tam z woli gniewnych bogów stały na straży głodu ślepego Fineusa, a które tu z wyroków zimnej Opatrzności stały na straży śmierci nastolatków. Wrażenie grozy potęgowało zachowanie psa naszej matki. Rezolutny Filut – lisopodobny kundel o niezwykłym sprycie, wsławiony tym, że awanturującego się pod kioskiem i groźnie potrząsającego laską Hitlera na oczach stojących w kolejce po gazety najzwyczajniej obsikał – na widok potężnej gromady na drutach zjeżył się ze strachu i czterema łapami zapierał się przed wejściem na tory. Kiedy brat mój mocniej pociągnął za smycz, Filut wyswobodził łeb z obroży i z podwiniętym pod siebie ogonem pognał na Rycerską. Przez kilka kolejnych dni działo się tak samo: pies bojąc się przejść pod hałaśliwym mrowiem, z wyciem uciekał do domu, a my próbowaliśmy go złapać. Zauważyliśmy, że nie tylko nasze zwierzę lęka się przejścia przez tory. Pracownicy kolei, idący do Zakładów Naprawczych lub zeń wracający, oraz zwykli przechodnie również go unikali. Woleli gdzieś na dziko iść przez szyny, niż narazić się gawronom. Być może ich strach brał się z amerykańskiego kina, w którym ptaki rzucały się na ludzi, a być może strach wcale nie był strachem, lecz przejawem szacunku dla tych, którzy w tym miejscu stracili życie. W każdym razie tamtędy nie chodzili.

- Co tu tyle gap? – pytał jeden drugiego.

- Pewnie zbierają się do odlotu na zimę.

Ale to nie była prawda. Krukowate dzień w dzień gromadziły się nad miejscem tragedii, jakby czuwały przy marach. Szybko przekonaliśmy się, że czarnym rwetesem i niskim krążeniem groziły każdemu na torach – każdy był dla nich intruzem. A jeśli kto nie usłuchał ciemnego drżenia w sercu, jeśli kto mimo wszystko odważył się iść, ten w deszczu ekskrementów i w bijącym po twarzy łopocie skrzydeł w popłochu ustępował, przeklinał dyrekcję kolei, że nic z ptactwem nie robi, i później długie noce śnił koszmary. Tak działo się przez kilka tygodni, aż do Zaduszek, kiedy na wysłużonych podkładach drogi dla pieszych zapaliliśmy symboliczną świeczkę dla ofiar. Wtedy skrzydlate roje jakoby potwory z sennych majak – które spod powiek znikają, gdy tylko ciepło poranka dotknie śpiącego oblicza – bezgłośnie się rozproszyły, by już nigdy stadem nie wrócić nad niestrzeżone przejście przez tory.

`

 

Kiedy Marco Polo zauważył, iż Mariettę spowija bez, wszyscy na nią zwróciliśmy uwagę i ze zdumieniem odkryliśmy, że ta niepozorna, blada czarnulka, która po śmierci rodziców popadła w złe towarzystwo i pewną drogą zmierzała ku pijacko-kryminalnej zatracie, ma w sobie wysublimowaną, nie przyciemnioną słońcem urodę dziewcząt Peloponezu oraz Sycylii, których dziecinne oczy – duże, rozmarzone i w cieniu gęstych rzęs skrzące się węglem – pod długim łukiem brwi malarze ociężałego bogactwem dziewiętnastowiecznego gustu, z tęsknoty do antyku tudzież roznegliżowanej idylli, chętnie przedstawiali jako zmysłowe dolce far niente[1]. Wrażenie słodkiego, jakby dziecinnego piękna być może wynikało z lekkiej melancholii, jaka od wypadku na torach i przedwczesnej śmierci rodziców osadziła się w spojrzeniu i w kącikach drobnych, acz pełnych ust i nie znikała nawet podczas największej wesołości, a być może brało się z kontrastu gładkiego, lekko zaróżowionego owalu twarzyczki w połączeniu ze wspaniale upiętą na karku na modłę marmurów greckich fryzurą – od kilku lat nie ścinaną, a więc wijącą się w lśniących, smolistych lokach? A być może była to kwestia wiotkiej figury – zawsze w niespiesznym, zgrabnym chodzie i zawsze jak duch bezszelestnej, choćby smukłą nogę unosiły wysokie obcasy? Lecz jakakolwiek by nie była przyczyna nagle przebudzonej urody – podobnie jak towarzyszący jej aromat majowych bzów – w mieszkańcach Bocianowa wywoływała ona silny niepokój: spojrzenia mężczyzn wytaczających się z knajpy lub pijących po bramach stały się pożądliwe i napastliwe; ci, co gorliwie spieszyli na nieszpory, drogę krzyżową bądź majowe nabożeństwa, zapominali o swej stateczności i oglądali się za Mariettą jak uczniaki; kobiety rozparte w oknach lub wymieniające poglądy pod sklepem Gronsioków każdą piędź ciała młodej mężatki penetrowały wzrokiem niemal z medyczną dokładnością, by w rozmowie z innymi dać później upust swej fascynacji, niechęci lub lekceważeniu. Nawet wozacy, z hałasem pustych furmanek sunący po kocich łbach Rycerskiej, na widok idącej ściągali lejce koniom i gwizdali z uznaniem.

Jedynie pogrążona w sklerozie, wiekowa Nowacka nie dostrzegała zamieszania wokół dziewczyny. Jak zawsze wychylała się ze swego okna na piętrze i pukając rondelkiem o gzyms, wysypywała pokarm dla ptaków. Jak zawsze trzęsącym się głosem wołała do przechodniów: „Haalllo, halllo, jaki dzieeeń dziś maaamy?! Jeeest to czwaaartek?!” I jak zawsze na ulicę wylewała fekalia z nocnika.

Wdzięku Marietty nic nie zapowiadało. Była jak każda z nielicznych dziewczynek naszych ulic: blada, mizerna, skacząca w gumę na podwórzu, kręcąca skakanką i dorastająca po cichu. Nic nadzwyczajnego. Stąd Grabowska zbywała zachwyty sąsiadek nad dziewczyną, nad jej miłością i mężem, i ustatkowaniem, i do Patockiej, do Zentkowskiej i Trybockiej mówiła, że taki rozkwit piękna to wielka nienormalność, a z tej nienormalności jeno nieszczęście jakie zrodzi się może.

- Pani Grabowska, jakie nieszczęście? – oponowała sprzedawczyni z kiosku. – A córka Hinzów niepiękna? Za Helenką wszyscy tu szaleli. I co, było z nią nieszczęście?

- Córka Hinzów to insza inszość, pani Zentkowska. Ona z urodzenja gładka na buzji, nie z czarodzjiejstwa jakjiego.

Z uwagą w rogowych okularach zabużanka wpatrywała się w Mariettę, w jej rozanielonego męża, kręciła głową z dezaprobatą i w tonie przestrogi do Marca Polo mówiła, a co słyszał i Pele Gajewski, i Alotek od Wróblów i bliźniacze niemal Lulki, i wszyscy, którym oczy się szkliły od piwa i od patrzenia na kruczoczarną piękność, że Marietta nikomu szczęścia nie przyniesie: „Pomnij, Marco, łona feralna. Smjerc za nio idzje. Ten jeno szcastja u Marjetty zazna, kogo łona njańczyc i własno piersjo karmic bendzje.”

- Czyli nikt, Maras, pitol w supeł. – skwitował Alotek.

- A co tobie tak pilno do Marjetty?

- Mnie wcale nie pilno, pani Grabowska, mnie moja Maryla całkowicie wystarcza. I nie jest feralna.

Zmilczała odpowiedź, chociaż niejedno z małżeństwa Alotka mogła na światło dzienne wywlec, jako że mieszkała na drugiej stronie i z okna z góry widziała, co pod dziesiątką u Wróblów po wypłacie się dzieje i po imieninach znanych i kiedy Alotek wraca z sobotnio-niedzielnej rajzy po knajpach. Nie odzywała się, bo być może poczuła się urażona jego grzeczną w słowach bezczelnością, która nie w artykułowanej odpowiedzi się ujawniała, lecz w kpinie zza różowych okularów przeciwsłonecznych w złoconej oprawie? A może jej milczenie wynikało z nagłego zniechęcenia do swarów, które były jej żywiołem, w których celowała i z których zawsze wychodziła zwycięsko, triumfalnie na koniec plując zielonym jadem na chodnik, aż od kwasu jej śliny syczały kamienne płytki i w betonie robiły się brunatne i brunatno-czarne kółka jak po petowanych papierosach? A być może miała niejasne przeczucie chwili, kiedy psy Kaczyńskiej będą lizać pokrwawione kostki i knykcie Marca Polo, a Kaczyńska pochyli się nad nim z okrzykiem „O, Boże”? W każdym razie, jakby nie było, nie rzekła już nic więcej i duża, w zielonym ortalionie, w chuście w kwiaty i z mężowską laską, dostojnie zniknęła w bramie siódemki, zaś Alotek – zarówno baczkami aż do krawędzi żuchwy, jak i loczkiem troskliwie zebranym nad czołem i włosem zaczesanym za uszy i żywiołowo opadającym na kark starannie ufryzowany na dojrzałego Elvisa Presleya – śmiejąc się, mówił do Marca: „Stare baby nic ino straszą. Moja babka taka sama – wszystkich zusammen[2] w czapce i z butami śle do piekła.” I dodawał tonem kusiciela: „Ty, Maras, ten alon[3] Marietty, co taki rozanielony, powinien nam postawić, no nie? Jest nowy, najlepszą lalę na ulicy zaobrączkował, więc coś się nam należy, no nie?” I Marco Polo pod ciemnoblond wąsem wilczo uśmiechnięty przytaknął kusicielowi. A nad nim jakoby nad wybrańcem jakim albo świętym Franciszkiem od ptaków unosił się furkot gołębi, co lgnęły do żarcia na kamiennym występie, i rozdygotany lamentem głos staruchy w zapiętej po szyję granatowej koszuli w białe groszki: „Haalllo, halllo, jaaaka godziiina to jeeest?! Jaaaka?!”

- Do spania, babciu, do spania! – odkrzyknął Pele.

A kusiciel dodał:

- Pani Nowacka, dobranoc!

- Sióóódma?!

- Wpół do chuja! – zarechotał Marco Polo. – Zegar na chuju się buja!
Lubię niedziele, bo wtedy rankiem zawsze jest cicho. Nie budzą mnie samochody, które pod naszym oknem z trzaskaniem pustych skrzyń jadą na ekspedycję towarową. W mleczarni naprzeciwko wąsaty Gronsiok z ołówkiem wetkniętym za ucho nie zdejmuje żelaznej kraty na drzwiach, nie podnosi hałaśliwych rolet drzwi i witryny, z rumorem nie wystawia na chodnik pustych, ocynkowanych baniek na mleko w oczekiwaniu na świeżą dostawę. Również Zentkowscy później otwierają kiosk i później zdejmują szare okiennice, czyli później zakłócają ciszę odgłosami stawianych pod ścianą drewnianych płyt. A skoro żaden dźwięk nie dochodzi do mnie z zewnątrz, przysiadam w kuchence nad kawą: pozwalam się owinąć jej leniwym a silnym aromatem, który wzmacnia łaknienie, ostrożnie rozdmuchuję czekoladowy kożuch na jej powierzchni i kosztuję drobnymi łyczkami, by się nie poparzyć, by się ożywić i rozczarować, bo zapach zawsze piękniejszy niż smak.

`

 

Do kawy zapalam giewonta z filtrem – wolałabym klubowego, a jeszcze bardziej caro, ale cara są zbyt drogie, a poza tym tak jak „Klubowych” ciągle ich brakuje w okolicznych kioskach. Nie wiem, może na Alejach jest ich pełno, ale ani u nas, ani na dworcu, ani nawet na Placu Piastowskim, gdzie widziałam i zefiry, i „Damskie”, zawsze ich nie ma. Dlatego zaciągam się lichym giewontem. Zenek pali sporty. Najchętniej radomskie. Mówi, że są mocniejsze, że tak szybko nie gasną. Mówi, żebym też przerzuciła się na sporty, ale one nie mają filtra. „No to co? – możesz palić przez szklaną fifkę.” Ale ja nie chcę palić papierosów w cygarniczce. Szklana rurka szybko od nikotyny robi się brązowa jak popróchniałe zęby i w ogóle kojarzy mi się ze starymi dziadami: z takim Tabaką, co swojego kundla szczuje na wszystkie koty, ale zawsze przedziera papieros na pół i w cygarniczce ćmi połówkę z miną, jakby palił jakieś hawajskie cygaro; albo z takim Franusiem Rogozińskim spod dziesiątki – starym kawalerem, który co sobotę zlewa się wodą kolońską „Derby”, wkłada carmena w poczerniałe szkło, w odświętnym garniturze z muszką gania na dancingi i szuka żony, lecz i tak zawsze samotnie ląduje „Pod Bukietem” i nie dość, że stara matka musi go wyciągać z knajpy i holować do domu, to jeszcze z sąsiadami musi dźwigać Franusia na drugie piętro, bo on po pijaku zasypia po drodze. Wstrętny Hitler Gierowski, który kiedyś zbił mnie po nogach moją własną skakanką, bo gdy skakałam na chodniku, zaplatała się w jego laskę, też używa lufki, tyle że bursztynowej, z plastiku. Widziałam, że i Gronsiok ze sklepu, co mieszka na rogu Żółkiewskiego i ma dwóch synów, i gruby jak buła Hinz z piekarni, i Gontarek ze Śląska, co to na ulicy często bił się z własnym pasierbem, zezowatym Andrzejem, póki żona nie wzięła z nim rozwodu i nie pojechał z powrotem na Śląsk – wszyscy oni wkładają fajki w szklane cygarniczki, a to przecież stare dziady. Nawet jędzowata Grabowska, która rok temu uderzyła mnie w twarz i powiedziała, że jak tak dalej będę się prowadzić, zostanę kurwą i skończę w więzieniu, nawet ona, chociaż nie pali papierosów, ale jak pali, to pali zawsze w szklanej fifce. A ja nie chcę być jak ona, nie chcę być wredną jędzą, której złość ścieka zieloną śliną. Dlatego wolę parszywe giewonty z filtrem. Zresztą, z młodych jedynie Alotek od Wróblów używa cygarniczki. Nosi ją z razem z fajkami w srebrnej papierośnicy, bo chce być elegancki jak amerykański gwiazdor filmowy i ważny jak dyrektor. A tę papierośnicę z wygrawerowanym kwiatem i czerwonymi kamyczkami wcale nie kupił – razem z sygnetem wyhandlował od Gajewskiego, który znalazł ją w rzeczach po zmarłym dziadku. Ja nie mam papierośnicy i nie chcę mieć, bo jak się ją ma, to już nie można powiedzieć papierosom nie: trzeba palić, musowo trzeba pokazywać się z papierosem w ręku, jak musowo w nowej sukience trzeba w niedzielę iść do kościoła.

Zatem do porannej kawy poranny papieros. I tak siedzę sobie cichutko, łykam kawę, wypuszczam dym przez uchylone okienko, wsłuchuję się w spokojny sen męża i jest mi dobrze. Zenek jest duży. Jest kościsty i zaborczy. Ilekroć wysuwam się z łóżka, nie zauważa mej nieobecności. Jego ciało doznaje metamorfozy: natychmiast szeroko się rozwala, prostuje, wyciąga, jakby dopiero beze mnie było mu wygodnie, jakby dopiero beze mnie jego sen mógł się dobrze owinąć kołdrą, mógł się dobrze wyśnić. Ale nie zapomina o mnie – moja nieobecność go uwiera, gdyż moje imię zawsze mamrocze w uśpieniu. A kiedy Zenek tak sobie śni pełną piersią, kiedy wypełnia mnie papieros i kawa, ostrożnie sięgam po album ze zdjęciami, żeby porozmawiać z mamą i tatą, bo odkąd oboje nie żyją, przytuleni do siebie zamieszkali na molo, pośród czarno-białych fal pamiątkowej fotografii z Sopotu.

- Dzień dobry, tatusiu. – mówię, otwierając rodzinną księgę.

- Witaj, córeczko. Jak zdrowie?

- Nie narzekam, chociaż zapowiadało się na katar.

- Szalika pewnie nie nosisz.

- Nie, ale apaszkę zawiązuję na szyi – mam taką śliczna, niebieską – a poza tym przed wiatrem kołnierz palta stawiam na sztorc. Jest mi całkiem ciepło, naprawdę.

Potem długo rozmawiam z mamą. Dowiaduję się, jak do ziemniaków duszonych zrobić cynaderki w śmietanie i z pieczarkami i gdzie do szewca najlepiej zanieść pantofelki ze złamanym obcasem: „Idź na Bocianowo, ale nie na prawo, za warzywniakiem na rogu. Idź do Cuskego, to tam, gdzie kremaliny[4]. Cuske może nie jest najlepszy, ale jest cierpliwy i jeśli coś się zepsuje albo odklei, poprawia za darmo.” Plotkujemy sobie trochę o sąsiadach, że łysy Zieliński jak stara baba ciągle przesiaduje w oknie, że Grabowska zwymyślała Franusia Rogozińskiego, że choć siwieje i wąsik przyczernia, wciąż jest głupi jak smarkacz, bo pije i wstyd matce przynosi, że jak wracałam z targu na Placu Piastowskim Marco Polo wołał za mną „Ej, lala, but ci się rozpierdala!”, aż Jola dała mu kuksańca, że Pele – kruczoczarny, z przedziałkiem, i śniady jak Cygan, i zawsze podobający się kobietom, mimo że za nimi się nie ugania – na mój widok śpiewał stary szlagier Czerwonych Gitar: „Ładne oczy masz, komu je dasz, takie ładne oczy, takie ładne oczy”.

- Nadskakują ci, nadskakują. – tata kręci głową. – A pamiętasz, co było przed rokiem, kiedy zadawałaś się z tymi lujami[5]?

Czy pamiętałam? – a czy mogłabym zapomnieć o tej przestraszonej nagłą samotnością, otępiałej z alkoholu i z tęsknoty za uczuciem dziewczynce, którą mimo szesnastu lat wówczas byłam? Dzisiaj jestem mężatką, dzisiaj jestem kobietą, a jednak czasem myślę, że ta przestraszona dziewczynka nie zniknęła, że nadal jest, że skryła się gdzieś we mnie głęboko jak w najciemniejszym zakamarku szafy i że pewnego dnia z przeraźliwym skrzypieniem drzwi wyjdzie z szafy i znów ocknę się nieszczęśliwa, znów zatopiona w kieliszku i pośród obrzękłych głodem picia, zezwierzęconych twarzy. Miałam szesnaście lat, uczyłam się na fryzjerkę, przestałam myśleć o wypadku na torach, o Wieśku, który spod kół pociągu wypchnął mnie ku życiu, a sam nie zdołał się uratować. Oswoiłam się ze szramą na plecach i myśl o niej już mnie nie bolała – nie wzbudzała trwogi przed lustrem, nie wzbudzała wstrętu, nie skłaniała do odruchowego zakrywania grzbietu. Chciałam się śmiać, mieć przyjaciółki, flirtować z chłopcami. A potem u taty w pracy było zakładowe grzybobranie w Borach Tucholskich, na które nie pojechałam – „Żukiem? Na prowizorycznych ławkach z malowanych desek? Pod plandeką? Za zimno. Żeby chociaż ogrzewaną nyską. Nie, nie chce mi się.” – i chłopska furmanka, którą potężny kamaz-wywrotka na zakręcie chciał wyminąć. Jechał z gruzem na budowę. Był wariacko rozpędzony. Pięć trupów, reszta w szpitalu z poważnymi obrażeniami. Z żuka nie było co zbierać. Kierowcy-idiocie oczywiście nic się nie stało. Trochę siniaków, parę zadrapań. Na dwa lata poszedł do więzienia, ale czy to zwróciło mi rodziców? Czy w jakiś sposób pomogło kalekom z wypadku?

Prawie niczego nie pamiętam z pogrzebu. Właściwie tylko ciotkę Klarę z Aleksandrowa – podpuchnięte szpareczki oczu, z których nieustannie sączyły się łzy, zaczerwieniony, dyskretnie wycierany w chusteczkę nos, czarną bluzkę zapiętą po szyję, w której wyglądała staro. Była jakaś delegacja z zakładu pracy z wieńcami i haftowanym sztandarem, jacyś krewni, może znajomi, lokatorzy spod siódemki i mieszkańcy naszej ulicy. Nie wiem, jak dużo i czy w ogóle dużo. Były kondolencje, a więc pochylone nade mną smutne twarze, których nie potrafiłam powiązać z nazwiskiem, słowa mokre od łez, dramatyczne uściski dłoni, pocałunki w lewy i w prawy, i w lewy policzek. Nie płakałam. Niczego nie czułam. Nic nie mówiłam. Podobno byłam biała jak kreda. Ciotka Klara, która jest moją chrzestną, obawiała się, czy nie postradałam zmysłów, bo nie reagowałam na słowa, byłam na wszystko zobojętniała. Mówiła, że sprawiałam wrażenie lunatyczki, że najchętniej leżałam na łóżku zwinięta w kłębek. Niczego nie pamiętam. Stypa. Była jakaś stypa? Byłam na stypie? Gdzie była stypa? Niczego nie pamiętam, o nic nie pytałam. Nie chciałam. Całkowicie zdałam się na ciotkę. A ona mimo łez była bardzo zaradna: pieniądze z ubezpieczalni się wystarała i z zakładem, gdzie pracował tata, rodzicom pomnik wystawiła. Z lastriko pomnik, ale płyta z białego marmuru. I złocone literki. Skromny, ładny grób… Nawet dość szybko stanął – kamieniarze uwinęli się w dwa miesiące.

Mój los zdawał się być przesądzony: miałam jechać do krewnych, do Aleksandrowa Kujawskiego, żeby nie zabrali mnie do domu dziecka. Chyba nawet pojechałam, ale uciekłam. A może wróciłam za zgodą ciotki? Albo wcale nie wyjeżdżałam i tylko to sobie wyobraziłam? Nie wiem. Ocknęłam się z niepamięci dopiero, kiedy nagrobek był gotowy, a wtedy już mieszkałam sama. Jakby nie było, jakimś cudem udało mi się przekonać ciotkę, żeby zostawiła mnie na miejscu, w naszym domu, który stał się przeraźliwie pusty, w którym wszystko przypominało mi o zmarłych, w którym czułam się jak w grobie. Czy mówiłam jej, że dam sobie radę? Że to tylko dwa lata i będę dorosła? Że pójdę do pracy i będę uczyć się wieczorowo? Że będę mogła chodzić do rodziców na cmentarz? – w końcu ciotka Klara to siostra mojej mamy i nie chciałaby, żeby grobem nikt się nie opiekował. Więc chyba tak, chyba tak właśnie mówiłam i chyba ją przekonałam, ponieważ zostałam gońcem w sekretariacie ogólnym, w „Famorze”. Roznosiłam dokumenty po działach, chodziłam na pocztę i do banku, pomagałam w zakupach dla działu socjalnego, uczyłam się obsługiwać telefaks. Praca nie była zła – sekretarka, choć się wywyższała i była wymagająca, ale mi nie dokuczała – złe były powroty do pustego domu.

Po drodze zawsze musiałam minąć mężczyzn w bramie. Całymi dniami wystawali. Pod piątką wystawali albo u nas, pod siódemką. Tak więc Pele u nas bywał i Marco Polo, do którego hałaśliwie dołączała pijana Jolka – postawna blondyna, ładna, żywiołowa i uwodzicielska, chociaż od pijaństwa już nieco obrzękła. Lulki się pojawiali – oba rude i milczące. Lulki nigdy nie mieli pustych rąk – zawsze z namaszczeniem otwierali piwo. Z naprzeciwka, spod dziesiątki, Alotek przychodził i – jak matka nie patrzyła – Zezol Andrzej, co radio miał ze składaną anteną i rudzielcom muzykę puszczał głośno. Nawet młodszy Trybocki zanim poszedł do wojska czasem przystawał. Wracał zazwyczaj z warsztatów albo z przyzakładowej szkoły i gadał z wszystkimi, póki z okienka na poddaszu matka nie wołała go na obiad. A kiedy ani Marca Polo nie było, ani Jolki, ani Pelego, ani ich wszystkich kumpli, natychmiast pojawiali się inni – młodsi. Dółaki okupowali naszą bramę o złuszczonym brązie i starszy z Czyżyków, Marek. Czasem także Patocki wystawał i syn piekarza Hinza, Karol, gdy chciał z Czyżykiem pogadać. Blachowskich nazywano Dółakami, bo drągal Paweł miał dziury zrobione za uszami, żeby mógł w ogóle słyszeć. Jego młodszy brat – niski grubas, grzebykiem ciągle poprawiający przedziałek – był ociężały umysłowo. Bezmyślnie rozdziawiał się i gapił przed siebie, i trzymał radio z teleskopową anteną, które buczało przyśpiewkami ludowymi. Ot, nasz rodzimy folklor!

Zatem w drodze do domu zawsze musiałam minąć facetów w bramie. Ale zanim zostawiłam tłoczących się przy wpół otwartych wrotach frontowej siódemki, zanim przeszłam podwórze i skryłam się w naszej kamienicy, zawsze musiałam iść pod czujnym spojrzeniem ulicy. Łysy Zieliński gapił się na mnie z piętra i Grabowska z poddasza. Z małego domku pod ósemką na granatowej poduszce w kwiaty, trzęsąc się jak galareta, wyślepiała się Violetka, o której mówią, że kiedyś była puffmutter[6], a w sąsiednim oknie zawsze tkwiła babcia Bebisiów i zaczepiała przechodniów. Pod dziesiątką była prawdziwa parada plotkarek: na parterze Pokasowa, Gontarkowa i gruba jak hipopotam Tucha, a u góry – stara Modrakowska i Rogozińska. Tylko od Wróblów i Pasińskich nikt nie wyglądał. Ale i tak było dużo oczu, które śledziły każdy mój powrót z pracy. Więc kiedy wracałam z „Famoru”, kiedy ogarnięta sklerozą Nowacka wyła nad głowami przechodniów to swoje dychawiczne „Paaani, paaani, jaki dzieeeń dziś maaamy?!”, kiedy Kaczyńska pchała skrzypiący wózek dziecięcy ze skaczącymi po wózku radosnymi kundlami, wszystkie te wścibskie gały wlepione we mnie zdawały się mówić: „Patrzcie, patrzcie, idzie Marietta!”, „Idzie nasze biedactwo!”, „Wymizerowana taka, chudziutka!”, „Źle wygląda, matki nie ma, ojca nie ma, nie ma kto się o nią zatroszczyć!”, „Popatrzcie, jak źle się ubiera, jak o fryzurę nie dba!”, „Bidulka, zupełna sierota!”, „Biedna Marietta, sama, samiusieńka! I jeszcze pociąg ją przejechał!”

Mdliło mnie od tej litości. Nienawidziłam jej. Zamiast na lewo i prawo rozdawać „Dzień dobry”, miałam ochotę pogrozić pięścią tym niby zatroskanym a ciekawskim spojrzeniom, na całe gardło wykrzyczeć złość i sprawić, by z trzaskiem zamykanych okien i pospiesznie zasuwanych firanek zniknęły twarze chciwe cudzego życia. Ale na nic takiego nigdy się nie zdobyłam. Obciążona patrzeniem sąsiadów pokornie szłam do domu. A potem była brama i nasz folklor cuchnący piwem i papierosami: „Cześć, Marietta!”, „Jak leci, Marietta, zapalisz?”, „Marietta, pogadaj z nami, napij się”, „Marietta, gdzie ci tak się spieszy?”, „Marietta, nie bądź taka ważna, nie tłumacz się, że nie możesz, Rączka też się tłumaczył i go powiesili[7]”, „Marietta, uśmiechnij się, pluń na wszystko”.

Zazwyczaj zdawkowym słowem albo uśmiechem wymijałam stojących, znikałam w bramie, szybko przemierzałam podwórze i z ulgą zamykałam się w domu, by robić obiad bez smaku i bez apetytu, słuchać nieuważnie starych pocztówek dźwiękowych z Beatlesami albo patrzeć bez emocji i zaciekawienia na „Czterech pancernych” w telewizji. Wszystko, co robiłam, pochłaniała cisza. Ciszą było krzątanie się po mieszkaniu, ciszą muzyka z adapteru, ciszą film w telewizji. Ciszą było popołudnie, ciszą zmierzch, ciszą sen. Cisza mnie dławiła, cisza pożerała, cisza była mi wrogiem, cisza była mi grobem. Nie pomagało mi wyjście do rodziców na cmentarz ani na grób Wieśka, nie pomagał spacer sklepami Dworcowej, nie pomagała gorączka targowa na Placu Piastowskim: cisza we mnie wrastała, cisza czyniła żywym trupem jak Friedelównę – milczącą garbuskę spod ósemki. Nie chciałam być młodą samotnością, młodą starością, młodą śmiercią. Chciałam zabić tę ciszę… Dlatego po pracy raz i drugi zatrzymałam się w bramie, pośmiałam z dowcipów. Raz i drugi zapaliłam papierosa, łyknęłam piwo. Plotkary w oknach – czujne poduszkowce – były zgorszone, kamienowały mnie wzrokiem, jak gdyby chciały przywołać mnie do porządku, jak gdyby chciały wejść w role moich opiekunów. „Ale wasze niedoczekanie. Nie będziecie mnie besztać jak małą dziewczynkę. Nie będziecie mną dyrygować, nie będziecie potępiać”. Na przekór zatem częściej zatrzymywałam się przy pijących piwo, częściej się śmiałam z dosadnych kawałów, częściej korzystałam z poczęstunku. Aż w końcu sama nie wiem, kiedy, wrosłam w ten uliczny folklor.

Wystawania w bramie w gronie popijających samo w sobie nie było takie złe – wszak dołączałam tylko popołudniami i tylko, gdy towarzystwo znajdowało się przy naszej trzypiętrowej siódemce – niemniej niosło ono z sobą rodzaj uciążliwego zobowiązania: skoro my cię poczęstowaliśmy, skoro my ci postawiliśmy, oczekujemy, że się odwzajemnisz, że i nas poczęstujesz, że i nam postawisz. Wystarczyłaby odrobina egoizmu, odrobina nieczułości, swoistej odporności na cudze uwagi, a sprawy potoczyłyby się zupełnie inaczej. Jednak nie miałam w sobie tej krzty egoizmu, tej twardości, która wzruszeniem ramion potrafi zbyć kąśliwe słowo, która śmiechem potrafi unicestwić pretensje, a prośby obrócić w żart. Byłam tylko szesnastoletnią dziewczyną, która znała nieszczęścia, lecz nie znała życia; tylko przestraszoną osamotnieniem nastolatką, która łaknie czyjejś tkliwości. Oni zaś – około trzydziestoletni, cyniczni alkoholem i zaprawieni w szukaniu przyjemności – sprawiali wrażenie serdecznych i otwartych. Gdybym wówczas wiedziała, że taki Pele był rozwodnikiem, Jolka porzuciła męża i dzieci dla wódki, a kamieniarze Lulki siedzieli w więzieniu za pobicie, pewnie byłabym rozważniejsza, pewnie nie wpuściłabym ich za próg. Ale stało się. Raz i drugi zaprosiłam ich do siebie: mamy „Trubadur” rozbrzmiewał płytami Alotka – Czerwonymi Gitarami, Połomskim, Stenią Kozłowską – a wyciszony telewizor migał obrazkami z Sejmu. Trochę tańczyliśmy – zwłaszcza ja z Pelem i Alotkiem i Alotek z Jolką – ale więcej piliśmy. Nie powiem, było nawet fajnie. Trochę długo, bo prawie do świtu, bo Marco Polo z Lulkami kartami niemożliwie postrzępionymi zapamiętale rżnęli w baśkę[8], ale razem z Jolką kanapki przygotowałam. Z żółtym serem przygotowałam i z wątrobianką i ogórkiem kiszonym. Sznytki[9] ładnie, równo pocięte. I jajeczka na twardo polane majonezem były, i pomidorki w plasterkach, i rzodkieweczki do schrupania. Nawet grzybki w occie, co je mama na zimę robiła, z piwnicy przyniosłam. Podawałam kawę i herbatę. Tak było…

Potem sami zaczęli się wpraszać. I wcale nie na prywatki. Przychodzili bez zapowiedzi, przychodzili w środku nocy, często pijani – nieważny był dzień tygodnia. Przynosili wódkę, kilka piw albo flaszkę patykiem pisanego[10] i czasem na zagrychę szprotki wędzone albo paczkę połamanych herbatników „Petit Beurre”. Czy piłam, czy nie, siedzieli do rana i później. Wcale mi się nie podobały te najścia. Gdy po nocy słyszałam pukanie, udawałam, że śpię, ale tak głośno walili do drzwi i wrzeszczeli „Marietta, Marietta, otwieraj! Marietta, to my!”, że budzili się inni lokatorzy i wychodzili na korytarz, więc żeby nie było awantury, bo Marco Polo zawsze jest skory do bójki, musiałam otworzyć, musiałam ich wpuścić. Tak popadłam w swoistą zależność od natrętnych gości.

Nocne wizyty i libacje do rana nie pozostały bez wpływu na moje życie. Mieszkańcy Rycerskiej, którzy do tej pory postrzegali mnie jako godną pożałowania sierotę, pluszowego misia o naderwanym uchu lub o wydłubanym oczku, którego z litości można przytulić w pachnącym świeżością łóżeczku, zaczęli na mnie spoglądać ze zgrozą – jak na kobietę upadła, jak na jakąś Jolkę, co z pijacką czkawką śmieje im się w nos. Ich uszy głuchły na moje pozdrowienia, a spojrzenia albo omijały moją sylwetkę, albo pluły pogardą: „Kurwa!” „Oto kurwa!” Ale kurwą nigdy nie byłam. Nie byłam jak Jolka. Nigdy się nie puszczałam. Raz tylko do mnie dobierał się Pele. Wsadził rękę w stanik i sięgnął do majtek, ale choć miał wielki apetyt, pełną przemocy chęć, która nie liczyła się z moją odmową i rozpaczliwą obroną, wypita wódka sprawiła, że jego prącie było zwiędłe jak flak, jak miękki, delikatny siusiak dwuletniego chłopca, że gdy wyjął z opuszczonych portek, nazwałam je zdechłą parówką i publicznie, wobec współbiesiadników, wyszydziłam jego siny, obnażony z napletka fiolet, zanurzając w słoik ze słodkawą, bladą musztardą „Kremską”. Śmiała się Jolka, śmiał się Alotek, śmiał się Gruby Lulek, gdy Chudy patrzył z przerażeniem, a Marco Polo groził swoim pożądaniem:

- Co, jakbym cię ruchał, mojego też byś wsadziła w musztardę?!

- Spróbuj, a jak mi Bóg miły, odetnę ci go w piździe i pokroję w plasterki. Rzucę psom Kaczyńskiej na pożarcie i gówno mnie obchodzi, co będzie potem!

Ale nie próbował. Nie próbował on ani nikt inny. Bali się. Miałam nóż, więc się bali: „O, mała ostra jest, groźna”. Więc nie byłam kurwą, choć na ulicy patrzeli na mnie jak na pijacką dziwkę. Ale nie byłam też kobietą porządną. Nie mogłam, bo jak tu dbać o dobry wizerunek, gdy się do rana pije? Gdy w oparach zmęczenia i alkoholu na siódmą rano idzie się do pracy? Gdy się wraca do domu, gdzie już pijacy, których nie udało mi się przed wyjściem dobudzić i wyrzucić z mieszkania, na nowo zaczynają libację? Na Kaszubską do „Famoru” niby niedaleko, lecz spóźniłam się raz i drugi, i trzeci, i enty. Poza tym bywałam rozkojarzona i nieprzytomna z niewyspania, i wciąż roztargniona, bo myślałam o pozostawionych w domu intruzach, czy czasem w ramach podziękowań za gościnę niczego nie kradną z szaf i kredensu, żeby sprzedać na dalszą popijawę. Ale na tym nie koniec – nieustanne balowanie sprawiło, że kiedyś nawet posłano mnie do domu, gdy sekretarka wyczuła alkohol. Nazajutrz musiałam się tłumaczyć przed grubym kierownikiem działu socjalnego, takim śmiesznym łysolem z wąsikiem jak włoski amant filmowy, dla którego z „Pelikana” na Alejach[11] nie odebrałam czarno-czerwonych taśm do maszyn do pisania, i przed Rumińskim – dyrektorem ekonomicznym, któremu podlegał sekretariat. Wstydu się najadłam. A potem, tak po dwóch miesiącach, mnie zwolnili. Dali mi świadectwo pracy, gdzie napisali, że niby na własną prośbę odchodzę z Zakładów Urządzeń Okrętowych „Famor”, lecz w rzeczywistości wyrzucili. W sumie siedem miesięcy byłam gońcem w „Famorze”. Szkoda, bo nie była to zła praca.

Wolałabym nie pamiętać o tym, co działo się później, o tych dniach pełnych pustki i o nieudanych ucieczkach przed samotnością w spotkania koleżanek, które wypadkiem kolejowym, leczeniem szpitalnym, powtarzaniem klasy i zmianą szkoły utraciłam przed laty, a których nie odzyskałam, bo ukończywszy podstawówkę, chodziły już do innych szkół i nie miały dla mnie czasu, bo zapomniały o mnie, bo poznały nowe koleżanki i te nowe stały się dla nich ważniejsze. Wolałabym nie pamiętać o nękającej mnie pustce wieczorów, przed którą wybawieniem stały się natrętne wizyty Marca Polo i jego zgrai; o nudzie wlewania w siebie wstrętnych smakiem trunków, które pomimo zakąszania stawały w gardle i wywoływały bolesny skurcz żołądka niczym gorzkie lekarstwo i szybko doprowadzały mnie do okupowania ubikacji na półpiętrze, gdzie zgięta w kucki oddawałam się długim jak poród, męczącym torsjom i poplamiona własnymi wymiocinami, nad fetorem muszli klozetowej omdlewałam lub nie miałam sił, by spłukać i się podnieść. Wolałabym zapomnieć wielogodzinny piołun w ustach od papierosów palonych bez umiaru, zapomnieć gęstą zawiesinę dymu tytoniowego w pokoju rodziców, od której firanki w nieotwieranych oknach pożółkły i wyglądały staro, zapomnieć nudę wulgarnych kawałów przy stole, nudę ponurego milczenia Lulków nad grą w baśkę i nudę złorzeczenia Jolki, gdy karta jej nie szła. Wolałabym zapomnieć nudę biadania Pelego nad losem Pacury, czyli nad właścicielem warsztatu samochodowego na Hetmańskiej, u którego Pele pracował i który marnie ostatnio płacił, bo jego nazwisko za sprawą syna okryło się hańbą i klientów w warsztacie ubywało, a więc ubywało pracy i dochodu, a poza tym szef rujnował się na adwokatów, bo tak trzeba było, skoro młody Pacura zabił i to zabił z chęci zysku, zabił i zgwałcił żonę majętnego lekarza Goca, zabił i jeszcze szantażował małżonka ofiary, że i jego zabije, jeśli w budce telefonicznej przy Alei Mickiewicza nie złoży okupu, skoro więc zabił i skoro rozprawa się odbywała w Sądzie Wojewódzkim, w sądzie, nad którym od lat czuwało bezlitosne spojrzenie sędziego Mroza, za ów czyn groziła mu kara śmierci. Pele żył tą sprawą, Pele pił tą sprawą, Pele pijacko szlochał tą sprawą, Pele śnił tą sprawą, jak gdyby to on był młodym Pacurą, jak gdyby to on zabił i jak gdyby to nad nim zawisł cień straszliwego sędziego, o którym lękliwie i szeptem powiadają, że gdy wydaje wyrok jest jak Przedwieczny, który mrokiem gwiazd i zimnym żarem rozległego Kosmosu strąca w otchłań lub wynosi w światłość, bo gdy w todze i w ciężkim łańcuchu na ramionach, w asyście nieruchomych i czujnych jak nasłuchujące ogary ławników dobitnie ogłasza wyrok, nieludzki chłód jego nazwiska towarzyszy każdemu słowu, łamie spokój, zatrważa i wprawia w drżenie wszystkich obecnych na sali rozpraw, aż dzwonią zęby ludzi na widowni, oddech zmienia się w parę, kostnieją ciała pilnujących oskarżonego funkcjonariuszy, mimo że zapobiegliwie włożyli pod mundur ciepłe trykoty, kalesony i grube skarpety, zaś sam oskarżony – od wypowiedzianego słowa „winien” zastygły w grymasie najwyższego przerażenia – ze szronem jak siwizna na głowie i z lodem zakrzepłych na policzkach łez przypomina wyziębionego trupa. Zatem Pele żył sprawą Pacury, Pele drżał sprawą Pacury, Pele dniami i nocami w pijackim rozklejaniu się nad sobą zamęczał mnie sprawą Pacury, bo Pele wezwany na świadka obrony kłamał, bo wraz z innymi dawał alibi mordercy, bo bał się, że wzrokiem go zmierzy sędzia Mróz i od razu odkryje nieprawdę, bo bał się kary za krzywoprzysięstwo: „Marietta, zrozum, to młody chłopak, zaledwie osiemnaście lat, rozumisz? Rozumisz mnie? Głupi błąd i od razu czapa. Tak, kurwa, czapa! Kaes, kaes – kara śmierci! Zabitej ta czapa nic nie da, życia nie przywróci. Rozumisz, miałem angsta[12], ale musiałem, musiałem, jak nie dla niego, to dla ojca, to przecież mój szef, ludzki gość, a Zbyszek to jego jedyny syn. Bez niego nie miałby po co żyć, warsztat poszedłby w pizdu, rozumisz? A szef ludzki człowiek, rozumisz?” Niczego nie chciałam rozumieć. Chciałam o wszystkim zapomnieć.

Zapomnieć… Wyrzucić z pamięci siebie taką, jaką wówczas byłam. Oczyścić przeszłość z rzeczy wstydliwych, stworzyć siebie na nowo, na nowo ukształtować przeszłość. Ale się nie da. Więc na zawsze będę tą głupią dziewczyną, która rozpaczliwie szukała pracy i lekkomyślnie ją porzucała, bo ktoś krzywo spojrzał, zraził szorstkim słowem, bo coś było za trudne albo za żmudne. Próbowałam zaczepić się w szpitalu jako salowa i przy rozklejaniu plakatów na mieście. Sprzedawałam trochę warzywa na targu i wodę sodową z saturatora. Ale nigdzie nie potrafiłam zagrzać miejsca – niczego nie potrafiłam docenić, w niczym wytrwać. I tak doszłam do rzeczy nieuniknionej, rzeczy niechcianej, najbardziej wstydliwej, rzeczy, którą nade wszystko pragnęłabym przekreślić albo zapomnieć – by sprostać życiu, a więc i hulankom, doprowadziłam do wyprzedaży majątku rodziców.

Ubraniami zajęła się Jolka. Pod Halą Targową i pokątnie upłynniła płaszcze mamy, skórzaną kurtkę taty, jego garnitury. Sprzedawała bluzki, sukienki, swetry, koszule. Nawet obrusy, serwety i nieużywaną pościel. Ale choć miała żyłkę do handlu, niewiele z utargu zobaczyłam, bo część pieniędzy przepiła, a część ukradła. Z kryształami Pele Gajewski radził iść do Żyda: „Zobaczysz, taki prywaciarz hurtem weźmie szkło i od ręki zapłaci”. Owinął ręcznikami wazony w gęste, geometryczne wzorki, ozdobne czarki, szklanki rżnięte w kwiaty i wazę, zapakował wszystko do wielkiej torby podróżnej i razem z Alotkiem ruszyli na miasto. Szli i szli. Obeszli sklepiki Dworcowej, Śniadeckich i Długiej i niczego nie wskórali. Na targu więc, u jakiegoś chłopa, wymienili kryształy na dwa centnary kartofli i zadowoleni z siebie, lekko podpici, wózkiem od Kaczyńskiej przywieźli je do mnie i zatargali do piwnicy. Byłam wściekła, ale co robić? Później, kiedy już nic nie miałam i nikogo przy mnie nie było, te ziemniaki gotowane w łupinach i posypywane solą ratowały mnie od głodu.

Sama nie potrafiłam sprzedawać, mimo że nie miałam skrupułów: z pomocą Trybockiej, bo nie miałam jeszcze dowodu osobistego, w komis na Śniadeckich oddałam piękny serwis kawowy z Ćmielowa – szczególną dumę mojej mamy, bo dostała go od taty na piątą rocznicę ślubu. Żal było, ale przyciśnięta nagłą potrzebą nie widziałam innej możliwości zdobycia pieniędzy. W taki sam sposób wyzbyłam się świątecznej zastawy stołowej „Rosenthal”. Pamiątkową porcelanę po babci, a może nawet po prababci – piękną, w delikatne różyczki – oddałam do Desy na Starym Rynku. Próbowałam sprzedać tygryski taty, ale w antykwariatach ich nie chcieli, bo książeczek wojennych z tej serii jest pełno i są bardzo tanie. Lepiej mi poszło z naszym radioadapterem. Dałam ogłoszenie do „Dzienniczka Wieczornego” i nasz wysłużony „Trubadur” – elegancko oprawiona w drewno duma i niedzielne ukojenie mojej mamy – powędrował do nowego właściciela. Razem z wszystkimi płytami…

Pieniędzy jednak cały czas brakowało. Brakowało na czynsz, brakowało na prąd, brakowało na gaz. Przychodziły wezwania do zapłaty, lecz Jolka i Marco Polo wyśmiewali się z monitów: „Pluń na to, kurwa, olej dużym sikiem! Te gnojki z urzędów nic ci nie zrobią. Straszą, straszą, mają szplina[13] z pisemkami, ale nic ci nie zrobią. Tymi swoimi papierkami mogą se dupę podetrzeć. A jakby co, to zawsze jakiś hajs się zorguje[14]. Ale te gnojki z urzędów wcale nie straszyli i nie poprzestali na pisaniu. Odcięli mi gaz i prąd i wezwali do zapłaty za mieszkanie pod groźbą nakazu eksmisji. Wtedy Marco Polo powiedział, żebym się nie martwiła, że przyprowadzi takiego jednego pana mecenasa, co śpi na walizkach pieniędzy i ludziom lubi pomagać: „Nie bój, mała, mecenasik-kutasik ma łeb na tranzystorach, niejednemu w dołku pomógł, więc, kurwa, nie da ci zginąć”.

Pan mecenas, który w tandetnej teczce z brązowego skaju przyniósł trzy butelki wódki, nie wyglądał na takiego, co śpi na walizkach pieniędzy: wyświechtana, szara marynarka i takież spodnie i do tego biała koszula w granatową kratę – niezbyt starannie zacerowana na brzuchu. Nawet krawata nie miał. Kazał się tytułować panem Zygą: „Masz tu forsę, Jolka, i skocz migiem po ogórasy kiszone i jakieś śledzie w marynacie. A ty, mała, dawaj szkło, siadaj przy mnie i nawijaj tę swoją smutną historię. Może pan Zyga się wzruszy”. Wysoki, nalany, z kropelkami potu na czole oraz skroniach, które starannie osuszał chusteczką, liczył sobie ze czterdzieści lat. Miał baczki i dość długie kędziory mysiego koloru wokół sporej łysiny. Mógł się podobać kobietom, lecz nie polubiłam go. Nie wiem, dlaczego się zraziłam. Może to ta ilość wódki, którą przyniósł i która z góry zapowiadała ostre picie? A może to ta denerwująca pewność siebie i traktowanie ludzi jak służących? Nie wiem. Być może niepokoiłam się, bo duże, zmysłowe usta miał pełne współczucia, lecz małe oczka mrużyły się w szpareczki i drwiąco śmiały? Nieważne jednak, co czułam, dość, że nad ranem, z ojcowsko-obleśnym klepaniem po policzku wręczył mi gotówkę: „Mnie się nie spieszy, mała. Oddasz, kiedy będziesz mogła”. Potem od czasu do czas się pojawiał, stawiał wódkę, dowcipkował i sprośnie szczypał w pośladki: „Jędrna dupeczka, jędrna! Dojrzewa sobie jak jabłuszka w sadzie”. Nie cierpiałam tego. Nienawidziłam jego dotyku, jego spojrzenia. W ogóle traciłam humor, gdy tylko ów Pan Zyga z drwiącym uśmieszkiem stawał w drzwiach, ale musiałam milczeć, musiałam znosić jego hałaśliwą, władczą obecność, bo przecież jego pieniędzmi uregulowałam wszelkie zaległe płatności.

Po dwóch miesiącach niby żartem przypomniał mi o długu. Potem jeszcze kilka razy napomykał „Jak się mają moje pieniądze? Czy już grzecznie z odsetkami czekają moich rąk?”, dlatego wiedziałam, że tej pożyczki nie odpuści. Ciułałam, by go spłacić, lecz ani nie miałam dobrego zajęcia, ani już nic wartościowego do spieniężenia. Jolka bagatelizowała: „Nie przejmuj się mecenasem. On tylko tak gada, żeby dokuczyć. Chłopy tak już mają. Prześpij się z nim i będzie po krzyku”. Ale ja nie chciałam. Nie jestem przecież na sprzedaż. Już sama myśl, że z wieprzowatym Panem Zygą mogłabym mieć coś wspólnego przyprawiała mnie o dreszcz obrzydzenia. Pan Zyga chyba to wyczuł. Stał się natarczywy. Już się nie uśmiechał. Czasem szarpnął mnie wściekle – „Co ty, kurwo, myślisz, że na spłatę będę czekał w nieskończoność?!”, czasem upodlił przykazaniem – „Dalej, głupia miągwo[15], zasuwaj do kiosku po papierosy dla pana Zygi!” Mówiłam, że część pożyczki mogę zwrócić, lecz odmawiał – kategorycznie żądał całości. I groził: „Jak się wkurwię, mała, przyprowadzę tu chłopaków z Okola[16]. Zrobią ci Sajgon i zabiorą wszystko, co ma jakąś wartość. I tak się skończy moje czekanie i babci sranie”. To nie było takie sobie straszenie: żyły nabrzmiały mu na skroniach, złożoną na cztery chusteczką wycierał czoło i owłosiony kark. Przy tej czynności zapominał o reszcie twarzy, więc pot wił się na skroniach i znikał w gęstwinie baczków, a także gromadził się nad grubą wargą i wyglądał jak świeca z nosa u pięciolatka. Chwilami nienawiść rozsadzała mężczyznę: wokół ramion i głowy podnosiły się płomyki jak na bagnach ognie świętego Elma, zaś włosy trzeszczały w wyładowaniach elektrycznych. Miewał wtedy spojrzenie upiora – wodniste oczka w półmroku nienaturalnie jarzyły się seledynem fosforu. Były jak dwie latarenki. Ujrzałam w nich przebiegłego pająka, który złapał muchę w sieć, cierpliwie patrzy na miotanie się ofiary i czeka chwili, kiedy oblepiona mocną, nasączoną jadem nicią osłabnie i zaniecha myśli o ucieczce. Nie wiedziałam, co robić, jak się wyrwać z macek Pana Zygi. Tym bardziej nie wiedziałam, że w końcu chwycił mnie za policzek i powiedział, że za trzy dni przyjdzie po odbiór pieniędzy. Wszystkich pieniędzy, łącznie z odsetkami: „Kara ci się należy, Marietta, kara. Sto procent dodatkowo! Sto procent, mała gnido, sto procent! Nie żartuję! Sto procent za to, że chcesz mnie zrobić w chuja!” Zdzielił mnie w twarz. A potem kieliszek wódki wylał na głowę, szkłem rzucił w piec i poszedł. Jolka wybuchnęła śmiechem. Pele Gajewski tylko jęknął, natomiast Alotek na uboczu, gdy zbierałam resztki rozbitego naczynia, podszepnął, bym z Jolką i Marco Polo poszła na rozbój:

- To takie małe nocne łowy, rozumisz? Staniesz, Marietta, na wabia, podprowadzisz alona do bramy, a tam Jolka z Marasem zajmą się resztą. Łatwizna. Paru takich klientów i forsę oddasz.

- Mam kraść?!

- A jak myślisz, z czego Jolka żyje?

Jego uśmieszek nie pozostawiał żadnych wątpliwości: „Co, masz angsta? Cykor dupę ściska? Pomyśl, że trochę strachu, trochę seksownego kręcenia pupcią i wyjdziesz z długów”.

Uległam pokusie. Wieczorem miałam debiutować w roli złodziejki. I wtedy właśnie spadł deszcz. Właściwie tego, że będzie ulewa, mogłam się spodziewać, bo rano Zentkowska myła okna, a ilekroć Zentkowska myje okna, każdy na Rycerskiej, kto gdzieś dalej się wybiera albo dłużej przebywa poza domem, wraca się po parasol, bo każdy wie, że kiedy ta drobna i miła kobieta z pierwszego piętra energicznie uwija się z mokrą szmatą przy czyszczeniu szyb, niechybnie wtedy będzie padać. Zatem spadł deszcz. Długi, zimny, monotonny. Padał dzień, padał noc, padał dzień. Padał i padał. Był jak zaczarowany. Na więcej niż na dwadzieścia kroków nie pozwalał widzieć, a i tak nie było czego oglądać: z gzymsu zniknęły ptaki karmione przez Nowacką, nie było słychać psiej sfory od Kaczyńskiej, brudne furmanki zacinane batem nie postukiwały na bruku. Jezdnie przypominały rwące potoki. Od świtu do zmierzchu panował półmrok, którego nawet palące się za dnia latarnie gazowe nie były w stanie rozproszyć. Ludzie niechętnie opuszczali domy. Tylko gdy musieli iść do pracy albo po zakupy. Opatuleni w peleryny, zgarbieni pod parasolami brnęli po kostki w wodzie. Tej wody miejscami było po kolana, bo studzienki kanalizacyjne się przelewały. Z piskiem płynęły nią szczury – wielkie, prawie jak koty. Było ich mnóstwo. Ciemnoszare łebki z trudem unosiły się nad powierzchnią. Gryzonie uciekały z zatopionej kanalizacji i z pozalewanych piwnic i śmietników. Nikt nie wiedział, dokąd płynęły, ale ich jawna obecność na ulicy przerażała, wzbudzała obrzydzenie i jeszcze bardziej zniechęcała do wyjścia na deszcz.

Przy takiej pogodzie nikt nie myślał o kradzieży. Ulice były puste, a jeżeli ktoś się na nich pojawił, to tylko na chwilę, bo w zimnych, nieprzyjemnych strugach szybko gnał do suchego miejsca i nie w głowie mu było szukanie przygód z kobietami. Siedzieliśmy więc u mnie nad winem i kartami. Powietrze było ciężkie od papierosów. Przeczekiwaliśmy deszcz. Bałam się, bo dzień mijał za dniem, termin, który wyznaczył Pan Zyga, nieubłagalnie się zbliżał, a ja nie miałam z czego oddać długu. Mogłam się łudzić, że nie przyjdzie, ale wiedziałam, że przyjdzie. Wyobrażałam sobie, że wpadnie do mnie z jakimiś bandytami i będzie robił ze mną coś strasznego, że będzie mnie bił, torturował albo gwałcił, albo coś takiego, co nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić. Wiedziałam, że nikt mi nie pomoże, że Marco Polo, Alotek i Pele palcem nie kiwną w mojej obronie, że Jolka będzie się śmiać. A Lulki? Oni by mnie obronili, ale poszli groby kopać, bo w taką ulewę grabarze na Cmentarzu Nowofarnym i na Serca Jezusowego rady sobie nie dawali z pochówkami. Dla mocarnych Lulków machanie szypą[17] w rozmiękłej ziemi to żadna trudność i czysty zysk. Więc ich nie było przy mnie. Byłam sama, niby w towarzystwie, a sama w czekaniu na koniec deszczu i na Pana Zygę. Bałam się, potwornie bałam i tego strachu nie mógł zagłuszyć alkohol: piłam i byłam trzeźwa z przerażenia. Liczyłam tylko, że może Pan Zyga się zlituje, że weźmie wszystkie oszczędności, które udało mi się zgromadzić i które w portmonetce zawiesiła na szyi, żeby czasem pod nieuwagę nikt mi ich nie ukradł. Myślałam: „Niech grozi, niech krzyczy, że go oszukałam, ale niech sobie pójdzie. Niech się odgraża, że jeszcze wróci, że to tylko pierwsza rata, ale niech pójdzie, pójdzie i nie wraca”. Trzeciego dnia deszczu, kiedy w za dużej pelerynie taty, którą zawsze brał na ryby, w trampkach i z podwiniętymi nogawkami dżinsów wyszłam po chleb i papierosy, na podwórzu zatrzymała mnie Grabowska. Wstrętna, duża baba odstawiła wiadro, z którym akurat szła do śmietnika, i złapała mnie za płaszcz:

- Marjetta, czego ty z ranjuśka wódko waniajesz?

- Nie pani sprawa.

- A czego ty sję z temi żuljami gamracjisz? Na co cji Jolka i te jej pijusy?

- Co to panią obchodzi?!

Grabowska splunęła, a jej zielona ślina z sykiem jak wrzątek lub roztopiony metal wpadła do kałuży:

- A obchodzi, bo ja twoich rodzjicjelow znała i poważała. A ty mnie starej nie pyskuj, ty miarkuj słowa i mow, jak pytajo, bo jak w pysk odwinę, ruski mjesjonc popamiętasz.

- Niech się pani odczepi! Ot, niańka się znalazła!

Szarpnęłam się, żeby uwolnić się z rąk staruchy, lecz ta jak mnie nie walnie na odlew i z drugiej poprawi, że momentalnie się zapowietrzyłam i pociemniało mi w oczach. Stanęłam jak wryta i nie wiem, czy się rozpłakałam, czy to ten deszcz, dość, że całą twarz miałam mokrą. Szumiało mi w głowie, a Grabowska bezlitośnie mnie łajała:

- Ty sję opamiętaj, durna smarkuljo! Ty ucjekaj od tech hultajow, poki deszcz ljeje! Łon cji tarczo bosko od występkow! Łon cji Matko Bosko gwjazdozaranno od njegodzjiwoscji! Alje łon ni będzje kropił swjata bożego na wjeki! Łon ustanje! A wonczas ty z temi ljumpami swojemi na złodziejstwo noco wyjdziesz i szast-prast, ani sję obaczysz, jak kurwo sję staniesz i w kreminale żywot pomarnujesz. Ucjekaj, durna, ucjekaj, bo wstyd dla familiji będzje, bo rodzjicjele twoji w grobie przewracac sję będo, bo ljudi palcami wytykac cję będo! Ucjekaj, durna! Słuchaj starej i ucjekaj! –

Nie wiem, jak opuściłam podwórze z pomstującą jędzą, jak brodząc do pół łydki w wartkiej wodzie przeszłam na drugą stronę ulicy. Ocknęłam się, czyli zatrzymałam, na widok Tabaki spod czternastki. Krewki dziadyga w kapturze nasuniętym prawie na okulary stał pod czarnym płotem ze szczelnie zbitego drewna i ciągnął opierającego się psa: „Dalej, Azor, szczur, szczur! Bierz szczura!” Ale kundel nie myślał słuchać pana. Chyba najzwyczajniej bał się płynącego jezdnią stworzenia. Stał po brzuch zanurzony w wodzie, trząsł się żałośnie, skamlał i niespokojnie wgapiał w Tabakę.

- Wstydziłby się pan tak męczyć zwierzę.

- Zamknij się głupia! To pies łowny! Musi łapać, bo od tego jest! Prawda, Azor?! Prawda?!

- Pan jest sztauchnięty[18]!

Mężczyzna pochylił się nad swym pupilkiem i wskazując kolejnego gryzonia – „Patrz, Azor, szczur! Bierz szczura, bierz szczura!” – odpiął smycz. Kundel chwacko zaszczekał i błyskawicznie rzucił się do ucieczki. Nim Tabaka się zorientował, wpadł na podwórze i pewnie pognał do domu. Zaskoczony staruch, wrzeszcząc „Gdzie leziesz, kanalio?!” i groźnie wywijając smyczą, zniknął za płotem z czarnych desek, żeby Azorowi sprawić smary[19].

Ogarnęło mnie obrzydzenie: uciec, uciec natychmiast! Uciec od Tabaki, od tego głupiego sadysty, uciec od brutalnego wścibstwa Grabowskiej, od wiecznie pijanej Jolki, od Marca Polo i ponurych Lulków, uciec od łzawych wynurzeń Pelego, od drapieżnych uśmieszków Pana Zygi, uciec od długu, uciec od strachu! Od strachu! Od strachu!

Niepewnie minęłam piekarnię. Weszłam na jezdnię i czując, jak zbyt nisko podwinięte nogawki nasiąkają wodą, minęłam mleczarnię i fotografa. Odruchowo skręciłam w Zygmunta Augusta i jakby mnie kto ścigał, pobiegłam na dworzec. Z bijącym wściekle sercem, z szumem krwi w uszach, prawie półprzytomna, kupiłam bilet i w kłębach pary, w przenikliwym pogwizdywaniu i zgrzytaniu żelaznej maszynerii, straszliwym bumelcugiem[20] pojechałam do Aleksandrowa Kujawskiego, gdzie nie padało, gdzie chrzestna niczemu się nie dziwiła i nie zadawała żadnych pytań, gdzie zapomniałam o czekających na papierosy i chleb pijakach, gdzie przez dwa miesiące żyłam jak w błogim śnie: zamieszkałam w słonecznym pokoiku na poddaszu, w którym suszyły się zioła, grzyby i pęta domowej kiełbasy, pomagałam w szklarni i przy zbieraniu śliwek, sprzedawałam owoce na targu. W upalne dni rozkładałyśmy z ciocią koc w ogrodzie i opalałyśmy się w stroju Ewy, aż przychodził wujek i gonił nas do pracy, „A wy, gołe! A leniuchy!”, więc ze śmiechem uciekałyśmy przed nim, ani myśląc o przyodziewku.Wcześnie kładłam się spać i wcześnie wstawałam odurzona ciepłem świtania i zapachami suszenia. Siadywałam w grubym swetrze wuja na ganku i aż do śniadania czytałam kryminały Simenona, jakie znalazłam w biblioteczce. Czasami w sobotę albo w niedzielę grywałam z wujostwem i ich przyjaciółmi w remibrydża. Było mi dobrze, ale nic nie trwa wiecznie i musiałam wrócić…

Gdy po przyjeździe do Bydgoszczy weszłam w ulicę Rycerską, natknęłam się na Gontarkową z naprzeciwka – matkę zezowatego Andrzeja: „Marietta, ty tutaj?!” Była zdumiona, gdyż myślała, że się wyprowadziłam. Potem spotkałam starszego Trybockiego. Garbus był jak zawsze elegancki i uprzejmy. Ładnie pachniał wodą „Brzozową”. Wyprowadzał foksterierka na spacer – Tryboccy od zawsze kochali foksteriery, więc jak jeden pies zdychał, natychmiast sprawiali sobie następnego tej rasy i wabili „Maks”. Spotkałam więc Trybockiego i on też był zdziwiony, że mnie widzi: „Wróciłaś po resztę rzeczy?” Nie pojmowałam, skąd takie przypuszczenie, że się wyprowadziłam? Może za długo mnie nie było? Ale Bandkowską spod ósemki całymi miesiącami nikt nie widuje, bo wciąż siedzi u córki, i nikomu jakoś nie przyszło do głowy, by twierdzić, że się z Rycerskiej wyniosła. Dziwne. Nie zastanawiałam się jednak długo, bo z okna nad bramą naszej brudnobiałej, acz solidnie otynkowanej siódemki spadło na mnie starcze zawodzenie: „Paaani, paaani, która godziiina to jeeest?!” Nie odpowiedziałam, bo Nowacka i tak nie usłyszy i za chwilę znów będzie wołać do kogoś innego. Wsunęłam się do bramy i szybko przeszłam na podwórko. I stanęłam jak wryta: w drugiej kamienicy, w której mieszkałam, w oknach mego mieszkania w ogóle nie było okien! Nawet framug nie było! Z fasady domostwa straszyły trzy wielkie dziury! Trzy dziury, jak trzy szczerby w uśmiechu! Co się stało?! Pobiegłam na górę.

Drzwi były niedomknięte, co było do przewidzenia – cichaczem wszak wyjeżdżając, nikomu z obecnych nie zostawiłam klucza – a środku była pustka: zniknęły drzwi razem z futrynami obu pokoi i kuchni; w pokoju rodziców nie było żyrandola na sześć żarówek, stołu z krzesłami, przeszklonej gabloty z serwisem kawowym i ozdobnymi kieliszkami, szafy i komody, na której stał telewizor, zaś sam telewizor – nasz poczciwy Szmaragd – osypany gruzem stał w kącie, zepsuty, bo mu się jakaś lampa przepaliła i Alotek obiecywał, że postara się o nową, ale tylko tak gadał i wcale się nie postarał; w moim pokoju brakowało biurka i łóżka – pogardzono materacem i biblioteczką z lekturami szkolnymi i tygryskami taty; natomiast z kuchni, w której szczęśliwie zachowało się okno, zabrano tylko kredens, a poniechano lub przeoczono stojącą w kącie w miarę nową „Franię” – może dlatego, że była pełna brudnej bielizny? Od wykuwania ze ścian futryn i parapetów wszędzie było biało. Na podłogach walały się ubrania, jakieś garnki, rozbite naczynia i różne, domowe przedmioty, których nikomu nie chciało się podnieść i zabrać. Wszystko wyglądało tak, jak gdyby przez lokum przeszło tornado, jakaś wojna czy stado plądrujących wandali albo jacyś gliniarze wespół z tajniakami zrobili w nim nadzwyczaj dokładną rewizję, o której się powiada „rentgen”. Patrzyłam i nie wierzyłam własnym oczom: spodziewałam się brudu i bałaganu, bo po flejtuchu Jolce, po niechlujnym Marcu Polo i jego łajzowatych kompanach od kieliszka, nie należało spodziewać się, by dbali o cokolwiek poza alkoholem, niemniej do głowy by mi nie przyszło, że mienie moich rodziców zostanie rozkradzione, że zastanę gruz ze skutych ścian, rzeczy wyrzucone z pozabieranych mebli i hulający wiatr. Rozpłakałam się. W jednej chwili szczęśliwe dni z Aleksadrowa poszły w niepamięć: wujek Albert, ciotka Klara, poranki z kryminałem, handel na targowisku, zrywanie śliwek, gra w remika stały się czymś tak odległym, jakby zostało mi tylko opowiedziane w formie bajki albo jakby spotkało kogoś innego, albo mnie przed laty, albo w innym życiu…

Płakałam i płakałam. Od Gburkowej z parteru, która później, w listopadzie, wraz całą rodziną śmiertelnie zatruła się gazem, dowiedziałam się, że po meble, drzwi i okna przyjechał żukiem taki duży, kędzierzawy łysol, i że Jolka i Marco Polo mu sekundowali. Łysy nie był sam, miał ekipę tragarzy, więc wszyscy myśleli, że się wyprowadzam i zabieram rzeczy, tym bardziej że tak Jolka dokoła rozpowiadała. W kędzierzawym łysolu domyśliłam się Pana Zygi. Pewnie ze swoimi lujami z bandyckiego Okola przyjechał po spłatę długu, a że mnie nie było, więc nikt mu nie przeszkodził dewastować i brać, co mu się podobało.

Płakałam i płakałam. Płakałam i sprzątałam. Wiadrami wynosiłam gruz i śmieci. Po kątach pośród igieł i szpulek z nićmi znajdowałam upaprane mąką i solą, porozrzucane łyżki, widelce, noże. W jednej lampce nocnej była zbita żarówka, w innej – obcięty kabel. Pozrywane ze ścian obrazki miały potłuczone szkło. A jakby mało było zniszczeń, na kanapie rodziców ktoś złośliwie rozsypał groch i cukier i polał to wszystko octem. Sprzątałam i sprzątałam I końca nie było widać. Na jedynym stole w kuchni, jaki mi po kradzieży Pana Zygi pozostał, składałam ocalałe talerze, szklanki, garnki i ubrania. Klęłam i sprzątałam. Wymyłam podłogi, wypastowałam. Zrobiłam pranie. Papą, dyktami i kartonami – przyniesionymi z piwnicy, z ekspedycji towarowej na kolei i Bóg wie skąd jeszcze – pozabijałam otwory okienne, by zimno nie było i deszcz nie padał. Było ciemno, ale prądu mi jeszcze nie odłączyli. I tak po blisko dwóch tygodniach miałam w domu w miarę czystą pustkę.

Z nikim się nie widywałam. Jolka, Marco Polo, Lulki i reszta nie sterczeli już w naszej bramie. Przenieśli się pod piątkę, do Pelego. Wiedzieli, że wróciłam, ale im niespieszno było do spotkania: co mieli powiedzieć? że bardzo im przykro, że mnie okradli? że posprzątają zrobiony przez siebie chlew? Na pozdrowienia nie odpowiadałam. Zresztą, prawie nie wychodziłam z domu. Jadłam tylko ziemniaki z solą. Nawet papierosów nie kupowałam. Było mi wszystko jedno. Nie chciało mi się żyć. Skulona leżałam na kanapie rodziców, która wciąż cuchnęła octem, i w mroku pozabijanych otworów okiennych dnia od nocy nie odróżniałam. Trudno mi powiedzieć, czy spałam, czy o czymś myślałam. Kiedy wracam pamięcią do tych chwil, zawsze przed oczami staje mi bezkształtna czerń. Wiem, że raz czy dwa wybrałam się na cmentarz, do rodziców i do Wieśka, i od światła oczy mnie bolały. A potem znów była czerń i sny bez snów. W jakimś momencie zapaliłam lampkę nocną – nie wiem, po co. Szukałam czegoś? – chyba nie. To był impuls. W każdym razie zapaliłam ją i na zepsutym telewizorze, który z pomocą deski do prasowania uczyniłam prowizorycznym stolikiem, natknęłam się na nasz album rodzinny. Cud, że ocalał w rozgardiaszu rzekomej przeprowadzki. I że go nikt nie ukradł i nie uszkodził.

Nasza księga domowa w dostojnym, grafitowym kolorze, ze słowem „Album” w zawijasie ozdobnej czerni wytłoczonym na sztywnym papierze, z grubym sznurkiem – melanż sadzy i popiołu – dla większego szyku przewiązana, była zbiorem chwil ważnych i szczęśliwych, utrwalanych ząbkowanym prostokątem fotografii i sumiennie, strona po przedzielonej bibułką stronie, z namaszczeniem wklejanych przez mamę. Zaczynała się zdjęciem ślubnym rodziców w atelier zakładu fotograficznego łagodną szarością tła i grą reflektorów na summę miłosnego szczęścia wyczarowanym. Potem była gwiazdka u babci –pod wielką choinką z błyszczącymi bombkami i ze stołem w długiej bieli obrusu – na której mnie jeszcze nie było, lecz w otoczeniu babci była ciocia Klara i wujek Albert, mama w ciąży i tato rozmawiający z wąsatym kuzynem. Były rozmaite portreciki z legitymacji, ze śladami stempla, i zbiorowe pamiątki ze spotkań rodzinnych i w zakładzie pracy. Na jednym zdjęciu stawiam pierwsze kroczki, na innym tulę się do lalki. Tu mama karmi kucyka, tam, przy motorze z przyczepą, tato z kolegą demonstrują złowioną rybę. Na pamiątce z Warszawy rodzice tulą się pod Kolumną Zygmunta, na zdjęciu z wczasów pływam w nadmuchiwanym kole. Moje rozmodlone fotografie z Pierwszej Komunii – w bieli, na klęczniku, z różańcem i płomieniem gromnicy – były dziełem Makowskiej i długo wisiały w witrynie zakładu „Foto-Marek” na dowód jej kunsztu. W albumie były zapisane ulotne chwile z balów sylwestrowych w szkole, z pogrzebu babci, z wakacji w Aleksandrowie Kujawskim. Odwracałam stronę za stroną i widziałam niemodną garsonkę mamy, dziwaczną fryzurę sklejoną lakierem, jakąś dużą torebkę, śmieszny beret taty i prochowiec z ortalionu. I widziałam siebie umorusaną, z kitkami i w idiotycznych, podartych rajtuzkach.

Kiedy tak przeglądałam nasze czarno-białe wspomnienia, skrzętnie zebrane w gruby tom, natrafiłam na zdjęcie z Sopotu. To ja je wykonałam. Tato mi powiedział, gdzie mam patrzeć w aparat i jak pstryknąć, i do zdjęcia razem z mamą ustawił się na molo. Było już po sezonie, więc oboje rodzice są w płaszczach. Morze jest spokojne, ale po płaszczach i fryzurach widać, że wiało. Oboje są uśmiechnięci i tacy szczęśliwi…

Kiedy powiodłam wzrokiem po fotografii i usiłowałam przypomnieć sobie naszą wycieczkę do Gdańska i Sopotu, zauważyłam, że morze na obrazku się porusza, faluje jak żywe. Również rodzice się poruszali – dawali znaki, bym na nich spojrzała.

- Mama? Tata? – nie dowierzałam.

- No wreszcie, córeczko, raczyłaś nas zauważyć! – zawołał tata. – Czekamy tu na ciebie prawie dwa lata!

- Baliśmy się o ciebie. – dodała mama. – Zadałaś się z takim towarzystwem… Z takimi lujami! Marietta, Marietta!

- Daj spokój, Geniu, było, minęło.

- Minęło?! Co ty mówisz! Przecież ten cały Pan Zyga chciał z niej zrobić prostytutkę! Od samego początku chciał żeby kradła, a potem poszła dla niego na ulicę! Zmówił się z tą blyrwą[21] Jolką i jej wąsatym alonem, że dziewczynę tak wpędzą w długi, że albo mu się odda, albo pójdzie kraść. A najlepiej, żeby jedno i drugie.

- Nie dałam się, mamo.

- Tak, ale jakim kosztem?! Pół domu ci ukradli albo i więcej! I wszystko zniszczyli.

- Nieważne, Geniu. Marietta teraz jest już z nami i już nic więcej złego ją nie spotka.

Tata pogłaskał mamę, puścił do mnie oko i uśmiechnął się, i powiedział, że wkrótce spotkam kogoś, kto odmieni mój los. Ogarnęła mnie radość: nie była już sama! nie otaczały mnie już wstrętne kreatury od kradzieży i kieliszka! znów miałam rodziców! Chciałam śpiewać i tańczyć. Gdybym miała okna, otworzyłabym je szeroko i do ludzi krzyczała, że kocham świat! że kocham rodziców! że cieszę się, że ich mam. Patrzeliby na mnie jak na wariatkę, ale co tam! I tak patrzeli na mnie jak na kurwę, więc mało by mnie to obchodziło. Ale poza kuchnią nie miałam okien i nie miałam do kogo krzyczeć, bo za oknem tylko puste, smutne podwórko. Przytuliłam więc album do piersi i wypadłam z domu. Chciałam biec – nie wiem dokąd: na cmentarz, do rodziców i do Wieśka? do lasu? a może daleko, daleko, aż na Górę Myślęcińską, skąd widać całą Bydgoszcz? Nie wiem, nie pamiętam. Po prostu chciałam wyrwać się z czterech ścian, z ciemności, ze smutku. Wybiegłam z bramy i natychmiast zderzyłam się z kimś. Upadłam. Zanim zrozumiałam, co się stało, ten ktoś już pomagał mi się podnieść. Oczywiście, z naprzeciwka Tucha, Gontarkowa i Sokołowska od Bebisiów musiały wszystko widzieć, żeby potem złośliwie komentować. Kiedy oszołomiona i obolała upadkiem, z albumem w ręku się otrzepywałam, usłyszałam pytanie, czy nic mi się nie stało.

- Ależ nie, nie. – zapewniałam.

A potem ten ktoś zapytał, czy nie pracowałam czasem w „Famorze”. I tak właśnie poznałam Zenka.

 


[1] dolce far niente – słodka bezczynność, relaks (z włos.)

[2] zusammen – razem (z niem.)

[3] alon – absztyfikant, kochaś, fagas, czasem sutener – towarzysz kobiety o niejasnym statusie (region.)

[4] kremaliny – tak okoliczni mieszkańcy nazywali przejście pomiędzy ul. Bocianowo 25, gdzie w podwórzu znajdował się dział galwanotechniczny „Technochemii”, a ulicą Hetmańską; obecnie przejście nie istnieje

[5] luje – łobuzy, chuligani (region.)

[6] puffmutter – określenie wulgarne – burdelmama (z niem.)

[7] Rączka też się tłumaczył i go powiesili – znane porzekadło bydgoskie, którego źródłem była autentyczna sprawa sądowa: niejaki Tadeusz Rączka, zwyrodniały kryminalista z Krakowa, w więzieniu dowiedział się, że w Bydgoszczy mieszka bardzo bogata wdowa po artyście Piotrze Trieblerze (1892-1952), która prowadzi zakład kamieniarski; po odbyciu kary przyjechał więc do Bydgoszczy i w celach rabunkowych, łomem rozłupując czaszki, zamordował dwójkę dzieci artysty; kiedy stanął przed sądem, plątał się w zeznaniach, mataczył – wymyślał rzekomych morderców, po czym sam przyznawał się do zbrodni, następnie odwoływał zeznania i udawał obłąkanego; przyjęta przez niego linia obrony nie uchroniła go od kary śmierci, dlatego ilekroć w Bydgoszczy ktoś szuka pokrętnych usprawiedliwień dla swojego niedopatrzenia lub przewiny, kwitowany jest stwierdzeniem: „Rączka też się tłumaczył i go powiesili”.

[8] baśka – odchodząca w zapomnienie regionalna gra hazardowa w karty

[9] sznytki – kromki chleba, kanapki (region.)

[10] patykiem pisane – najtańsze wino owocowe o charakterystycznej kaligrafii na nalepce

[11] Aleje, Aleje 1-go Maja – obecnie ulica Gdańska w Bydgoszczy

[12] mieć angsta – mieć stracha (region.)

[13] mieć szplina – mieć bzika (region.)

[14] jakiś hajs się zorguje – jakieś pieniądze się zdobędzie (region.)

[15] miągwa – maruda, guzdrała, niedorajda (region.)

[16] Okole – jedna z uboższych dzielnic Bydgoszczy

[17] szypa – łopata (region.)

[18] sztauchnięty – stuknięty, nienormalny (region.)

[19] sprawić smary – wychłostać (region.)

[20] bumelcug – powolny pociąg, zwłaszcza, gdy lokomotywą jest parowóz (region.)

[21] blyrwa – prostytutka, zwłaszcza brzydka (region.)

Brak komentarzy.

Brak trackbacków.