TWARZE W ULEWNYM MROKU – vol.2

`

Od Lulków, a właściwie od chudego Lulka, czyli Tadka, który zawsze był rozmowniejszy od brata, dowiedzieliśmy się, że Rozanielony robi w „Famorze” na straży przemysłowej. Wołają go Zenek i do Bydgoszczy sprowadził się ze Ślesina, bo do roboty, w piątek i świątek, cięgiem telepać się w pociągu to mordęga straszna. Tak przynajmniej mówił, kiedy we dwóch z Chudym Lulkiem, codziennie o poranku, stali oparci o futrynę drzwi od podwórza i ćmiąc papierosy, cierpliwie czekali, aż miejsce w wychodku się zwolni, gdyż do ubikacji zawsze pierwsze się zrywały siostry Lulków – Ela i Hanka – no i ten stary pierdziel zza ściany, Seidel, co trzyma w klatce kanarka. W podmurowanym kiblu niby dwa oczka, ale każde na kłódkę zamykane, do każdego inni lokatorzy przypisani, więc przed każdym poranny tłok. A ci, co w środku rozparli się na drewnianym sedesie z metalową, emaliowaną muszlą w kształcie lejka, niespecjalnie się spieszyli: to wzdychali z ulgą, to jęczeli z wysiłku, to gazy głośno puszczali i przed dokładnym pomięciem gazety, żeby była miękka jak papier toaletowy, i przed podtarciem, dla zabicia czasu pilnie się w nią wczytywali, bo potem szlus – nie ma gazety i nie ma wiadomości. Zatem kiedy tak stali i czekali na swą kolej i kiedy tak kopcili papierosy, Tadek pocieszał Rozanielonego, że teraz jest już gites, bo pani Jagoda z Komitetu Osiedlowego – ta spod dziesiątki, Pasińska – pisała do ratusza i we władzach miejskich załatwiła, że w końcu założyli w toalecie światło i kanalizację, bo jeszcze rok temu na podwórzu cuchnęło niemożebnie od ekskrementów pływających w dole pod wychodkiem: „Bez elektryki i kanalizy było tutaj jak za króla Ćwieczka. Szambonurki przyjeżdżali traktorem po gówno raz na miesiąc i rzadziej, więc wyobraź sobie, kurwa, jaki u nas był smród! Okna na podwórze nie szło otworzyć. Gdyby nie krzaki bzu przy płocie, pół ulicy tonęłoby w smrodzie, a Zentkowscy z kiosku od wdychania gówien z naszego kibla prędzej czy później by pomarli”.

Na obcym wyznanie Lulka nie robiło wrażenia. Mówił, że zna większy prymityw, a w tej lepiance dla dzikich Murzynów nie będzie przecież mieszkał do śmierci, że jeszcze tu postawią porządne bloki i on się do nich przeprowadzi.

- W tej lepiance dla dzikich Murzynów? – nie dowierzał Marco Polo. – Tak mówił?!

- No, mówił.

- Patrz, jaki bamber[1] w gnoju kąpany! Wypierdek małorolnego ze Ślesina! Bydgoszczy mu się zachciewa, bo w Ślesinie by z głodu zdechł, a jak się, kurwa, u nas znalazł i nażarł, to się dupą na nas wypina i bździ nam w nos, skurwysyn jeden! – Marco Polo nie mógł się uspokoić, ponieważ mieszkał pod jedenastką w podwórzu, gdzie dach przeciekał i w zimie koza żeliwna zwana krystkiem grzała zamiast pieca kaflowego, i w ogóle warunki socjalne były jeszcze gorsze niż u Lulków. – Chuj zatracony! Pizdryk zalatujący gnojem!

- Uspokój się, Maras. – mitygował go Gruby Lulek. – To w porządku gość. A że głupio gada… no cóż, jest przecież ze wsi. Grunt, że kocha Mariettę.

- Też mi kocha! – Marco Polo prychnął pogardliwie. – Tyle tego kochania, co kot napłakał!

- Skąd możesz wiedzieć?

- A wiem!

- Gadasz tak, bo gadasz. – Tadek przyszedł w sukurs bratu. – Bo sam Marietty nigdy nie ruchałeś.

- Jolka mi wystarczy.

- Jolka! Nie powiem, Jolka jest fajna. Ale pamiętaj, że to przecież blyrwa! Zanim ją wziąłeś dawała każdemu za pieniądze, za piwo albo za papierosa. I jak jej wskażesz faceta i powiesz, żeby mu dała zaruchać, to nie będzie się obcyndalać i da. Taka jest Jolka.

- Co, uważasz ją za kurwę?!

- No, na pewno nie za świętą, Maras, a wręcz przeciwnie. Mam dla jej kurestwa spory szacunek. Dzięki jej piździe Romek i ja wiemy do czego chłopom służą kutasy i jak magiczna jest babska dziura. Ale wybacz, Jolka to nie Marietta. Nie ta klasa. Marietta jest jak sen. Ale, na szczęście, nie mój, bo ja, kurwa, nie znoszę koszmarów.

Mówiąc to, długowłosy rudzielec o czerwonej, pyzatej gębie – niby u zbója odpychającej dwudniową szczeciną z miedzi – był poważny, wręcz ponury, jak gdyby złośliwy epitet Grabowskiej już został wypowiedziany i już złowieszczo przylgnął do dziewczyny i jak gdyby Marietta już dla ulicy Rycerskiej stała się Więzienną Wdową.

Marco Polo nie odpowiedział. Jego ładna, szeroka twarz w lokach sczesanych z czoła i za uszy i swobodnie opadających na kark spurpurowiała, masywne czoło ściągnęła pionowa bruzda, a szare oczy zaczęły niebezpiecznie się iskrzyć. Mógł z pięściami rzucić się na chudego Lulka, by uczyć go szacunku dla Jolki, ale wiedział, że ani chudemu, ani grubemu nie podoła, bo niemal bliźniaczy rudzielcy siłą dorównywali legendarnym turom. Pamiętał, jak wozak jakowyś, furmanką przejeżdżający obok Romka, obryzgał go kałużą i jeszcze mu naubliżał, a ten nie dość, że konia powstrzymał w pędzie i wyprzągł z wozu, to jeszcze furią zdjęty obrócił kopiasto załadowaną furmankę do góry kołami i w złości pewnie koła by pourywał, gdyby Hanka z babcią nie wypadły z domu i go nie udobruchały. Do wieczora później woźnica mozolił się z wysypanym węglem, a kierowcy ciężarówek z trąbieniem i wygrażanie pięści omijali go szerokim łukiem. Pamiętał również, jak dla żartu próbował bić się z Tadkiem i jak ten chwycił go w pół, uniósł lekko jak piórko – a przecież był mężczyzną wysokim i zwalistym, o ponad pół głowy wyższym od braci – i za pasek od spodni zawiesił na metalowym drągu w płocie. Wiedział więc, że z Lulkami bójki lepiej nie zaczynać.

Niespodziewanie starcza lamentacja spod siódemki odwróciła jego uwagę od wątpliwego honoru Jolki. Owo sklerotyczne „Haalllo, haalllo, jaki dzieeeń dziś maaamy?!” skupiło na Nowackiej wybuch irytacji:

- Do kurwy nędzy, czy ktoś nie może uciszyć tej cholernej prukwy?! Zatkać jej sznupę[2] albo zamknąć okno?! –

Wszyscy milczeli wsłuchani w trzęsący się głos. Dopiero gdy Pelemu wymknęło się „Ale uparta!”, powrócono do słów obcego i kusiciel rzekł:

- Ciebie, Tadek, nie rusza, że Rozanielony mówi o lepiance dla dzikich Murzynów?

- Co ma mnie ruszać?

- A co, jesteś dzikim Murzynem i mieszkasz w lepiance?

- Jasne, że nie.

- Właśnie! A on z ciebie robi Murzyna z lepianki, więc cię permanentnie obraża!

- Co, mam mu najebać?

- Ja tego nie mówię. – kusiciel uśmiechał się złośliwie – Ale on ważniaka zgrywa, więc przydałoby się małe wpierdeńko. Tak dla pokory.

- Nie, Alotek, żadnego wpierdeńka. – Chudy Lulek palcem wskazującym pomachał przecząco. – My z Romkiem mamy wyroki w zawiasach i do powrotu na Wały[3] nam niespieszno. Poza tym jakbyśmy, kurwa, wyglądali przed panią Jagodą, która o adwokata dla nas się starała i o poręczenie Komitetu Osiedlowego? Poza tym jeszcze, on teraz sąsiad. Ja do niego złości nijakiej nie mam. Może ten Zenio głupi, może i głupio gada, ale złości nie mam. No i, kurwa, on jest mężem Marietty, więc jak go bić? Mam bić, żeby na mnie płakała?

- No właśnie, jak takiego bić? – Gruby Lulek wsparł odmowę brata.

- A tak! – Marco Polo podsunął mu pięść przed oczy. – Luta w ryło, potem w żołąd i z kopyta poprawić!

- Po co bić, lepiej pić. – Alotek popstrykał w gardło. – Rozanielony nie postawił nam jeszcze dziękczynnego za Mariettę i nie wypiliśmy za jego ślub. Trzeba się ino przypomnieć.

Nim Marco Polo i Lulki zareagowali, przed nimi wyrosła krępa sylweta Grabowskiej. Kresowianka w odświętnym płaszczu, w berecie filcowym podobnym do grzyba, pod rękę z Zentkowską szła na nieszpory. Kobietom nie towarzyszyli mężowie – stary Grabowskiej bowiem znów nie domagał i leżał w łóżku, Zentkowski natomiast wraz z zięciem i wnukami wybrał się na żużel. Po zdawkowej wymianie grzeczności kobiety pewnie by się nie zatrzymywały, gdyby wzrok Grabowskiej nie spoczął na Gajewskim: „A czemu ty, Pelje, brata nie pilnujesz, jeno z inszymi slinjisz sję na Marjettę? Nie Marjetty wyglądaj, jeno brata. Rysjek twój, biedjeńki, chudzjiteńki, on wódkie goli za wódko. Ty pilnuj go, bo to brat twoj jedyny, brat biedjeńki, od wódki jako syn marnotrawny, a z wódki zło na njego idzje. Ty pilnuj go, bo niszcastje beńdzje.” Pelemu nie w smak było gadanie na brata, zwłaszcza że już któryś raz z rzędu Grabowska kazała mu troszczyć się o Ryśka. A przecież Rysiek to już stary koń, młodszy, prawda, od Pelego o lat pięć, ale i po wojsku, i po więzieniu za kradzież papy na kolei. Ma prawie trzydziechę na karku. Poza tym, czemu przyczepiła się do jego picia? Czy nie widzi, że on – Pele – nie jest święty i również nie wylewa za kołnierz? Co takiego jest w Ryśku, że ma go pilnować? I skąd w ogóle Grabowska wie, że akurat wszyscy gadali o Marietcie? Grabowska, jakby czytając w myślach z cygańska urodziwego, acz z chłopięca przestraszonego mężczyzny, splunęła i pogroziła laską: „Ty nie mędrkuj za wieli, bo to nie na twoj rozum. Ja widzę, żeś pijus i ljadaco, alje tobie trza strożem brata swego byc, bo skaranjie nań przyńdzje. Pilnuj tedy Ryśka, pilnuj”. Nie czekając odpowiedzi, odwróciła się i dołączyła do Zentkowskiej.

- Ona się robi taka sama sklerotyczka jak babcia Nowacka. – presleyowaty kusiciel szalem przeczyścił różowe okulary. – Pele, który raz ci gada o Rychu?

- Nie wiem, chyba czwarty.

- Ale się przyczepiła! Będziesz ty miał z nią jeszcze polkę!

- Ale jadem pluje jak zawsze. – Gruby Lulek ze strachem patrzył w chodnik, na osmalony śliną kamień.

- Bo w jej żyłach płynie kwas solny. – Alotek włożył na nos okulary i wyjął srebrną papierośnicę. – Zapalimy?

`

 

Rozanielony nie uznawał żadnych długowłosych fanaberii – nosił się krótko, z przedziałkiem z lewej strony, z pejsami na ćwierć ucha. Był czarny, czarnobrewy, czarnooki, z czarnym wąsem. O bladej cerze i ognistych a kościstych policzkach miał wąską, trójkątną twarz, wąski, lekko zgarbiony nos, wąskie, lekko skośne oczy i wąskie, ciemne jak wino usta pod krótkim, strzyżonym wąsem. Urodą zatem oraz tym, że był wysoki, barczysty i chudy, sprawiał wrażenie hardego mieszkańca gór, śmiałego watażki z Ukrainy, rozchełstanego winem i wolnością, dalekiego Gruzina bądź upartego potomka imperium otomańskiego.

Należał do mężczyzn, na których płeć piękna patrzy łakomie, czego jednak ani w przyjaźni, ani w miłości nie potrafił wyzyskać, gdyż obdarzony emocjonalną ślepotą w ogóle tej przychylności nie dostrzegał. Ranił więc kobiety obojętnością, szorstkim obejściem, prostactwem i junacką butą i w krótkim czasie – obdarzony lekceważącym „Idiota!” – z obiektu fascynacji bywał spychany w niechęć lub pogardę. W sprawach damsko-męskich nie był osamotniony: przypominał bowiem i rozwodnika Pelego, i związanego z dziwkowatą pijaczką Marca Polo – oni też nie cieszyli się względami niewieścimi, mimo że obaj byli przystojni. A skoro nie umiał postępować z kobietami i skoro zawsze bywał przez nie odtrącany, nic zatem dziwnego, że przychylność kogoś tak niezwykłego jak Marietta wprawiła go w stan euforii i że ten malujący się na twarzy stupor szczęścia – szczególnie nieznośny, ilekroć z małżonką szedł pod rękę – wszystkich dokoła drażnił i spowodował, że na Rycerskiej, Ogrodowej i na Bocianowie, a także na Racławickiej i Świeckiej, patrzono nań okiem mało życzliwym, a nawet wrogim.

Po służbie Rozanielony lubił z kolegami napić się piwa. Pił może raz czy dwa razy w tygodniu. Zazwyczaj tylko jedno. I zaraz spieszył do Marietty. Najczęściej pił w sklepiku „U Wójta” na Racławickiej, gdyż tam z „Famoru” może nie było najbliżej – bliżej na pewno byłoby w spółdzielni na rogu, vis-à-vis drogerii – ale było najdyskretniej: wystarczyło przejść kawałek Bocianowo, skręcić w prawo i iść na koniec ulicy, gdzie z jednej strony brała początek Ogrodowa, zaś z drugiej – Świecka.

„U Wójta” najczęściej bywali robotnicy z drewnianych baraków na Świeckiej, które adaptowano na hotel robotniczy, oraz pracownicy z pobliskiej stolarni. Poza tym z przyzwyczajenia zatrzymywali się kolejarze mieszkający na Londynku[4], ponieważ kiedyś, kiedy jeszcze Zakłady Urządzeń Okrętowych „Famor” nie rozbudowały się kosztem połowy ulicy Świeckiej i Zaścianka, było im po drodze z pracy. Sklepik mieścił się w poszarzałych, zniszczonych ścianach jednopiętrowej kamienicy, gdzie z jednej strony znajdował się niewielki budynek, cofnięty za płat ozdobnej zieleni, z drugiej natomiast – troskliwie pielęgnowany, narożnikowy ogród z pobielanymi drzewami i starannymi grządkami. Nikt nie pamiętał, skąd wzięła się nazwa „U Wójta” – czy ktoś o tym nazwisku lub stanowisku prowadził sklep, czy nie – niemniej od zawsze w środku wisiały długie, brązowe strąki lepów na muchy, na których gęsto czerniły się złapane owady. Piwoszom ten widok nie przeszkadzał, gdyż konsumowali napój na zewnątrz – pod płotem bądź we wjeździe na podwórze – a i tubylcy, co po chleb, ser, landrynki i mąkę przychodzili w ciągu dnia, byli z nim oswojeni.

Rozanielony chyba dobrze czuł się w tym miejscu. Jako że sam należał do mundurowych i bywało, że w mundurze wracał z pracy do domu, pewnie podobało mu się towarzystwo rozgadanych i rozgestykulowanych grupek w przekrzywionych na bakier lub zsuniętych na tył głowy, granatowych czapkach, w rozpiętych płaszczach jesiennych, a czasem nawet w rozpiętych marynarkach ze służbowymi naszywkami. Wśród pijących maszynistów, zawiadowców stacji, dróżników i konduktorów, wśród tych, co w Zakładach Naprawczych biedzili się nad popsutymi parowozami i taborem pokiereszowanych wagonów, zawsze wzrok przykuwał niejaki Dzidzia – miniaturowy kolejarz, który innym sięgał ledwie do pasa. Łysy i po czterdziestce, Dzidzia nie był typowym karłem o dużej głowie i kusym tułowiu, lecz proporcjonalnie zbudowanym, niewyrośniętym mężczyzną. Bóg raczył wiedzieć, czym się zajmował na kolei, ale poufałość kolegów świadczyła, że mimo niewielkiego wzrostu był w pełni akceptowany.

Inaczej było z trędowatym. Był bowiem i taki na kolei. Jego odpychającą, straszliwie zdeformowaną mnogimi bąblami fizjonomię okalała broda. Podobno to była sucha odmiana trądu – nie zaraźliwa. Niemniej ludzie bali się i stronili od chorego. Trędowaty zazwyczaj nie kupował piwa. Nie czynił też innych sprawunków „U Wójta”. Samotnie, z posępną miną przechodził obok sklepu. Nigdy nie zatrzymywał się przy stojących kolejarzach i nikogo nie pozdrawiał. A i do niego nikt jakoś nie garnął się z rozmową. Bywały jednak chwile, że i trędowaty sięgał po piwo. Rozanielony z obserwacji i opowiadań wiedział, że oskomę na trunek kolejarz zawsze miewał w dni ponure – przed Świętem Zmarłych, w Popielec, w Wielki Piątek. Jak inni stawał wtedy pod płotem z odkapslowaną butelką z brązowego, pękatego szkła, na której – miodowa nalepka i napis tłustym drukiem: „Piwo jasne pełne”. Jego obecność źle wpływała na mundurowych bywalców – była jak średniowieczna figura memento mori, jak ówczesny strach przed leprą, jak groźne przypomnienie o czasie zadumy i umartwienia, w którym nie uchodzi oddawać się żadnej przyjemności, nawet przyjemności spożywania złocistego płynu, bo to przecież czas pamięci o umarłych, czas, w którym radość karnawału ustąpiła dniom postnej, modlitewnej rozwagi, czas śmierci Pańskiej na krzyżu. I nagle piwo wszystkim mętniało w naczyniach, traciło swą bujną pianę, jak ocet kwaśniało albo gorzkniało w ustach jak piołun, robiło się go za dużo w butelkach, a także przelewało się w żołądkach i każdy czuł, że już więcej nie da rady wypić, że więcej może oznaczać tylko gwałtowne wymiotowanie bądź alkoholowe zaćmienie w głowie, chwiejny chód i bełkotliwą mowę, więc szybkimi łykami kończono picie lub resztki wylewano we wjeździe, odnoszono puste szkło do sklepu i następowały pospieszne pożegnania. Również robotnicy z hotelu i stolarze z wiórami we włosach i z pokaleczonymi od drzazg palcami czuli się nieswojo. Odsuwali się od złowrogiego kolejarza, mówili do siebie szeptem jak w kościele i po jednej kolejce jasnego pełnego rozchodzili się do domów. Przy piwie zostawał tylko on – trędowaty. Zimny jak głaz i samotny jak śmierć powoli sączył napój. Pił tak długo, aż przychodziła po niego matka – wiekowa kobieta w ciemnej chuście po wiejsku zawiązanej na głowie – zaniepokojona, że z pracy tak długo nie wraca. Kobieta była jeszcze bardziej odstręczająca niż syn, ponieważ prócz trądu szpecącego naroślami pobrużdżone starością oblicze miała wybite oko, którego nie przesłaniała żadną opaską ani szklaną protezą nie kryła. Z pustym, ciemnym oczodołem więc i obojętnością dla świata w zdrowym lekko zmętniałym oku, gładziła po ręku mężczyznę, jakby był dzieckiem, „Chodź, Gabryś, chodź, nikt już piwem nie grzeszy. Chodź, mój aniołku, chodź, chodź, kartofelków na obiad ci przysmażyłam”, i łagodnie ciągnęła do domu. Kolejarz odstawiał niedopitą butelkę na chodnik albo na murek od naprężonego pordzewiałą siatką płotu i posłusznie szedł z matką. Ale wtedy „U Wójta” nikogo już nie było.

Kiedy ziąb wchodził pod płaszcze, kiedy deszcz ponuro zacinał i kiedy mróz ścisnął ziemię, a z nieba sypnęło rozmokłą bielą, nie było chętnych do wystawania na Racławickiej z piwem w ręku. W ten czas amatorzy chmielowej rozkoszy podniebienia przenosili się na róg Hetmańskiej i Sienkiewicza, do baru „Powszechnego” zwanego „Wisielcem”, albo pod „Bukiet” – na rogu Rycerskiej i Bocianowa.

Do „Wisielca” Rozanielony raczej nie zachodził. Za dużo tam przesiadywało piwoszy z „Famoru”, a on jako strażnik wiedział, że nie powinien bratać się z pracownikami, bo jeszcze by kto posądzał, że wspólnie kombinują jakieś machlojki na zakładzie. Poza tym „Pod Wisielcem” więcej było mężczyzn ze Śródmieścia niż miejscowych. Z reguły przychodzili podpici i z zamiarem, żeby się doprawić. Przychodzili bowiem spod „Pały” na Alejach i Zamojskiego, gdzie tanio, czysto i wyszynk obfity, ale urżnąć się nie da, bo dwuizbowa restauracja, znajdująca się mniej więcej vis-à-vis komisariatu, była ulubionym miejscem spotkań milicjantów po służbie – stąd zresztą jej nieoficjalna nazwa „Pod Pałą” – więc zbyt swobodne picie przy zakrapiających wódką abonamentowe jadło stróżach porządku publicznego szybko mogło skończyć się w izbie wytrzeźwień albo nawet aresztem. Dlatego z „Apolonii” – tak na cześć Poli Negri nazwano restaurację, jako że w latach sławy kina niemego aktorka nieopodal zakupiła dom dla swej matki – lądowali w „Wisielcu” i dlatego w „Wisielcu” za dużo było moczymord w ostatniej fazie przed wyrzyganiem się do cna bądź zwaleniem z nóg, za dużo czupurnych idiotów, co kuflem i pięścią chcą w knajpie zaprowadzić Dziki Zachód, i za dużo osobników przypadkowych, z którymi się nie pogada, by atmosfera miejsca sprzyjała leniwej wymianie zdań i delektowaniu się zakupionym trunkiem.

Nad bar „Powszechny” już za kawalera mąż Marietty przedkładał „Bukiet”. Lokal był po drodze na dworzec, więc gdy jechał do rodziców do Ślesina, gdy później – gdy już mieszkał w narożnikowym domu Lulków na Ogrodowej dwadzieścia – kolegów odprowadzał na pociąg, zawsze można było wstąpić na jednego. Bar też jak „Wisielec” uchodził za mordownię, jednak rozrób w nim było zdecydowanie mniej: opanowany był przez miejscowych, a miejscowi między sobą rzadko dochodzili do porozumienia za pomocą pięści, bo co z tego, że z wieczora obiją sobie nosy, kiedy z rana będą musieli na siebie i na te swoje siniaki i opuchlizny patrzeć? Jaki pożytek z takiego bicia? – obity i tak nie zniknie z horyzontu Rycerskiej, Ogrodowej czy Bocianowa. Nie zniknie nawet z knajpy. Pojawi się w niej i co, znów przyjemność spożywania dużego jasnego z pianką ma się zmienić w wyzwiska i szybkie picie w złości? I być może znów we wzajemne rachowanie kości? Dlatego tubylcy rzadko się awanturowali wśród swoich. Co innego z obcymi. Tu dochodziło do rozmaitych zatargów, aż fruwały kufle i szklane popielnice, waliły się stoły z obrusami w kratę i łamały krzesła i czasem milicja we dwie furgonetki przyjeżdżała. Ale to byli obcy. Obcy i podpici. Często przyjezdni, którzy w ramach gościnnych występów, nudząc się na dworcu, sami szukali okazji do spuszczenia komuś łomotu, a że z miejscowymi nie wychodziło po ich myśli, że do domów wracali w guzach i plastrach, no cóż, niekoniecznie trzeba było Bydgoszcz określać totalnym zadupiem, bydgoszczan wyzywać od Hitlerów i Prusaków, śmiać się z polonistów, że na hulajnogach jeżdżą na żużlu, a piłkarzy „Zawiszy” uważać za ostatnich patałachów w dziurawych trampkach. Taki Pele Gajewski, Marco Polo czy Lulki, taki głupawy Goryl Bykowski z Ogrodowej, którego ciężka ręka nieraz przywiodła do kryminału, i złodziej Rewoliński z Bocianowa, i Zezol Andrzej, i Rychu i Zbychu od Pokorowej, co wiecznie w oknie siedzi, i nawet kurduple Szneki, co przez wrodzony syfilis do małp raczej podobni, mają swój honor i każdemu gardłującemu się przybłędzie solidarnie sprawią smary,zurück[5] w drodze na dworzec szkitami[6] ledwo będzie przebierał. Najczęściej jednak obcy między sobą się tłukli, a miejscowi tylko popatrywali.

Ale bywały jeszcze inne awantury, gdy tubylec jaki roboty prywatnie się podjął, zaliczkę na materiał pobrał, a z wykonawstwem lenił lub fuszerkę odstawił, przez co przez klienta całymi dniami był ścigany. I w końcu ten go dopadał przy piwie „Pod Bukietem”, gdy słodko gadał z kumplami, i wywlekał z knajpy na wpierdeńko i robociznę lub na zwrot należności. Taki los kilkakrotnie spotkał Ryśka Gajewskiego, bo nigdy nie pamiętał, co komu był winien: tu obiecał piec przestawić, tam wymalować kuchnię na żółto i dać brązowy wałek, a gdzie indziej jeszcze deski w podłodze wymieniać i kłaść linoleum. Zaliczki pobierał, terminy uzgadniał i potem wszystko mu się plątało. I kiedy wieczorem zasiadał do piwa – jak zwykle smutny i milczący, przeraźliwie blady i do ptaka podobny z tą swoją cienką jak u strusia szyją i grdyką jak piłka – nagle ktoś go łaps za kołnierz, „Mam cię, łajzo cholerna! Czemuś nie przyszedł o piątej, jak było umówione?!”, i wali blachę w czoło, i zza stołu wyciąga, i na ulicę prowadzi. Wybiegał za nimi Pele, by ratować bratu skórę, bo brat to brat, choćby najgorszy, i nie godzi się obojętnie patrzeć, jak rodzonego krzywdują, i nazajutrz obaj Gajewscy przestawiali ten umówiony piec, malowali ściany żółtą farbą, kleili płaty linoleum. A potem historia się powtarzała. Nawet Alotkowi od Wróblów coś takiego się przydarzało, choć to lawirant śliski i frant kuty na cztery nogi. I do niego z pretensjami ludzie przychodzili, i jemu w lokalu przy kolegach awantury czynili, że obiecywał świecę niemiecką do junaka załatwić, a motor, proszę, rozgrzebany od tygodnia stoi na podwórzu, że podjął się zamontować dynamo do babcinej damki, żeby żonka miała ulgę, gdy wieczorem z działki wraca, że byksę[7] złotolu[8] do malowania żeliwnych drzwiczek w piecu miał się w pracy wystarać. Jednak Alotek to nie Rysiek Gajewski, co tylko przeprasza i przytakuje, Alotek umiał postępować z ludźmi i w rozmowach zawsze wyszedł na swoje, i do piwa szybko wracał. A że słowa później dotrzymywał, nigdy nie tracił twarzy i klientów.

Wśród drak „Pod Bukietem” najmniej szkodliwe, a zarazem najgorsze, gdyż po ludzku najzwyczajniej wstydliwe, były takie, gdy rozwścieczone kobiety przychodziły do knajpy po swych chłopów. Niby nic, niby trochę wrzasku i szarpania za rękaw, i trochę babskiego płakania, a jednak głupio tak jakoś wszystkim się robiło, piwo mniej smakowało i rozmowa ciążyła. Głowy nagle wtulały się w ramiona, bo jednych strach zżerał, że i po nich zaraz przyjdzie matka i żona, albo choćby siostra, a innym gorycz myśli barwiła, że choćby ze trzy dni nie wychodzili z knajpy, że choćby od rana do wieczora nic tylko pili, rzygali i srali, nie mają takiego anioła stróża w spódnicy, który nagle zjawi się pośród rozbawionej hałastry, szturchnie w bok, „Do domu, lontrusie[9] jeden, pijanico zatracony!”, i odholuje do ciepłego łóżka.

„Pod Bukietem” widziano i zołzowatą Pokorową, jak Rycha i Zbycha po pysku prała i z baru precz gnała – bo chociaż ona wdową po gruźliku, to póki życia nigdy nie będzie matką skończonych alkoholików – i nie mniej krewką Gontarkową, która potrafiła i męża do domu pogonić, i pijącego z nim Franusia Rogozińskiego, co sąsiadem z góry i żony po knajpach se szukał, i Zezola, swego nieślubnego syna, przez którego później z mężem się rozwiodła. Bywało, że Trybocka przychodziła do knajpy po garbatego syna, a jak sobie nie mogła poradzić, to z Grabowską wracała i chociaż Garbus się klamkował, „Czarownica! Dwie czarownice! Ratunku! Mama, mama, to nie jest korekt, ty jesteś Hausgestapo[10]!”, we dwie w żelaznym uścisku prowadziły go pod siódemkę. Również Gronsiokowa do „Bukietu” zaglądała, gdy mąż z kolegami się spotkał i długo nie wracał. A czasem i Maryla Wróbel z Teresą Modrakowską – najlepszą przyjaciółką swoją i sąsiadką z dołu – po Alotka. Ale on w odróżnieniu od Garbusa czy Gontarka wychodził bez słowa protestu. Lulkom też się zdarzało, że dla nagłej potrzeby Hanka albo Ela wywoływała ich z lokalu. Niemniej zawsze wracali, bo żadna z sióstr do ich picia nie miała zastrzeżeń.

Awantury „Pod Bukietem” nie były nagminne – ot, raz czy dwa razy w miesiącu – gdy „Pod Wisielcem” czy w takim „Zagłobie”, zwanym „Akwarium”, albo „U Danusi” na Grunwaldzkiej, wskutek licznych interwencji milicja była wręcz zadomowiona. Codzienność „Bukietu” była bardzo spokojna – od wielu lat wyznaczona przez gęsty, szczypiący w oczy dym tytoniowy, brzęk kufli i siorbanie zimnego jak lód piwa beczkowego, szorstki gwar i wieczorny akordeon starego Szneki. Czy piątek, czy świątek, tu zawsze śmierdziało chłopem, pospolitym samcem – niedomytym, niedogolonym, w przepoconej koszuli, workowatych spodniach i rozczłapanych szlorach[11], a przy niedzieli w niechlujnym, wygniecionym garniturze i dla bladego pojęcia o szyku skropionym tandetną „Derby” lub „Przemysławką”, czego w oparach papierosów i alkoholu i tak się nie czuło. W czeredzie pijących nie było kobiet, z wyjątkiem postawnej, blond wulgarnej Jolki, przyklejonej do nałogu i Marca Polo, oraz starzejących się barmanek – wszystkich tych Hań, Staś, Luś czy Zoś – nieładnych i zgorzkniałych, że w kelnerskiej profesji wiek i brak urody stopniowo degradowały je z lokali porządnej kategorii do coraz większych spelunek z coraz bardziej agresywną klientelą. W oczach kobiet nalewających piwo, odmierzających pięćdziesiątkę „Czystej” lub kasujących pomięte banknoty za papierosy, zawsze było zmęczenie, pod którym czaiła się jakaś nerwowość. Prawie nigdy się nie malowały – „Dla kogo?! Dla tych pijaczków?! Nie warto!” – a jeżeli już, to z wyzywającą przesadą, jakby za jednym zamachem chciały dodać sobie urody i ująć zmarszczek. Efekt końcowy był zbliżony do krzykliwych makijaży u podwiędłych panienek do towarzystwa, które przed wojną, w pobliżu dworca, w świetle latarni przytupywały na mrozie. Barmanki w granatowych bluzkach, z dodatkiem bieli fartuszka i z bielą czepeczków wpiętą we włosy, nigdy się nie uśmiechały, nie dawały się wciągnąć w rozmowy z klientami. Były za stare, za bardzo doświadczone rutyną przesiąkniętych oparami wódki pochlebstw, za którymi nic się nie kryło poza próbą wyłudzenia darmowego kufla, chęcią szybkiego wciśnięcia się w byle jakie majtki, by z ulgą wpół miękkiego wzwodu trysnąć mętną kroplą spermy i za chwilę o tym zapomnieć, i chęcią popłakania nad samym sobą, że żona mnie nie rozumie, że kierownik ma mnie w dupie, choć tyram jak wół, że choćbym pękł, zawsze będę gorszy i zawsze, kurwa, będę miał mniej niż ten Jurek z naprzeciwka, co za kawalera odbił mi żonę. Nie ruszały je entuzjastyczne opowieści o przewagach ”Zawiszy”, że jeszcze tylko dwa mecze na wyjeździe i nasze chłopaki wyjdą z drugiej ligi. Opryskliwe i nieprzystępne, przymilnie nazywane szefowymi, nie dawały się wciągnąć w rozmowy o głośnym westernie, który zebrał Oscary i który od tygodnia grają w „Pomorzaninie”. Natomiast kluczem do ich serca był akordeon starego Szneki. Uwielbiały, kiedy spod klawiszy płynęły dawne tanga i romanse rosyjskie, „Wertyńskiego, panie Józefie, graj pan Wertyńskiego”, i kiedy cichy głos intonował: „Tiomnaja nocz, tolka puli swistjat pa stiepi, tolka wjetier gudit w prawadach, tuskla zwjozdy miercajut”[12]. Zastygały wtedy nad płukaniem brudnych kufli lub opróżnianiem grubego szkła popielnic z niedopałków, wstrzymywały się z podawaniem śledzia na zakąskę, parzeniem herbaty, i tęsknie wzdychając do niejasnych wspomnień, w zasłuchaniu swym młodniały i stawały się ludzkie.

Stary Szneka zawsze mógł liczyć na darmową herbatkę z duchem, czyli z wlaną do szklanki pięćdziesiątką wódki. Jako jedyny był tak fetowany „Pod Bukietem”. Ale też nigdy tego przywileju nie nadużywał – nigdy nie dopraszał się kolejnej herbatki z duchem lub samego ducha. Inna rzecz, że czynić tego nie musiał, bo zawsze znalazł się ktoś, kogo ujęła muzyka i kto postawił mu piwo lub setkę, lub do kieszonki w marynarce wcisnął dwa złote: „Dziadek, zagraj „Love Me Tender” Presleya, Krysia mi się przypomni, ona strasznie Presleya lubiała”. Czasem taki ktoś domagał się „Yesterday” Beatlesów, a czasem ujęty sentymentem za latami w wojsku i mocno rozchwiany wódką prosił o pieśń partyzancką albo: „Znasz, pan to? – Przyszedł nam rooozkaz ruszać do boju, było już późno z wieczooora, wieczora!…”

Mimo rozmaitych życzeń, które z mniejszym lub większym powodzeniem realizował – bo nie wszystkie piosenki przecież znał, a wstawieni mężczyźni, którzy śpiewaniem chcieli mu dopomóc w uchwyceniu melodii, często słuchu nie mieli bądź dźwiękami jak na nogach z pijacka się zataczali i tylko plątaninę jęków i nieskładnego buczenia dobywali z gardeł – grajek zawsze wracał do tanga. Rozanielony też wolał, jak stary pół nucił, pół śpiewał: „Tango milonga, tango mych marzeń i snów, niechaj me serce ukołysze[13]. Lubił ten rzewno dziarski ton instrumentu, który ściska serce nostalgią i porywa gniewem, który raz przywołuje urok przeszłości – „Małe kino, czy pamiętasz małe, nieme kino? Na ekranie Rudolf Valentino a w zacisznej loży ty i ja…[14] – a raz między dramatycznym rozwarciem miecha harmonii a jego tkliwym zwarciem łka skargą odtrąconego kochanka: „Ta ostatnia niedziela, dzisiaj się rozstaniemy, dzisiaj się rozejdziemy na wieczny czas”[15]. Podobnie jak innych mężczyzn w lokalu ogarniał go przyjemny, trudny do zdefiniowania smutek za czasem niespełnionym lub czasem źle spełnionym, smutek, w którym knajpa stawała się miejscem przytulnym, w którym wraz z wypijanym alkoholem wyobraźnia naprawiała przeszłość, pozwalała inaczej pokierować czynami, inne wypowiedzieć słowa, by nie zranić kobiety, by kobieta nie odeszła, by życie bez kobiety nie stało się plugawe. Wiele lat później tanga Szneki, choć tylko już istniejące w pamięci, miały sprowadzać go z samotności do „Bukietu” i miały podtrzymywać w nim pragnienie Marietty.

Młodzi bezskutecznie próbowali wymóc ma Sznece, by zagrał coś nowego, coś modnego, coś z radia, wie pan, panie starszy, coś, co każdy dzisiaj nuci w Polsce i na świecie, co nas, młodych, rusza, ale akordeonista machał tylko ręką zniecierpliwiony: „Dejcie mi spokój z temi śpiewakami! Toż to wyjce ostatnie! Miauczą, krzyczą, zawodzą – słuchać tego nie idzie. One mają szplina. Ino plery[16] do pasa umią zapuszczać, wystroić się jak choinka, a nie śpiewać. Gdzie im do Gniatkowskiego i Stempowskiego?! No, może ten Połomski jeszcze coś jako tako potrafi, ale reszta – szkoda gadać! Presleye z Koziej Wólki i Bitelsy zakichane!” Wkładał papierosa w zbrązowiałą od nikotyny, szklaną cygaretkę i smak nikotyny wspomagał drobnymi łyczkami zaprawionej wódką herbaty. A gdy kto upierał się przy angielskich nowinkach i nagabywał o zespoły rockowe, mawiał: „E, tam! W tych całych rokendrolach chodzi ino o to, żeby dziewuchom spódnice furkotały w tańcu i żeby im się cycki obijały o łokcie i kolana. A tu przecie nie ma dziewuch, tu nie tancbuda, tu knajpa, więc po co grać te bigbity i rokendrole?” I spokojnie błądził palcami po biało-czarnej, z lekka pożółkłej ze starości klawiaturze, i zaczynał coś rosyjskiego, coś sjerdce szczipatielnoje, coś, co za chwilę mogło przeobrazić się i w „Kozacki patrol”, rozsławiony trąbką Eddiego Calverta, i w znane z filmu „Padmaskowskije wiecziera”.

Stary Szneka tak naprawdę nazywał się Józef Szaflarski, a jego przezwisko było spadkiem po nieżyjącym synu, którego przez lata zżerał syfilis. Słowo szneka nie jest dziwacznym wymysłem miejscowych, podwórkowym żartem albo szyderstwem. Ma szlachetny, cukierniczy rodowód. Szneka bowiem to zwyczajowe określenie ciasta drożdżowego w formie spirali. Słowo pochodzi z niemieckiego Schnecke, czyli ślimak, a wiadomo, że muszle ślimaków mają spiralny kształt. Szneki z reguły bywały z glancem, a więc mocno polukrowane, a że przy tym były tanie, dlatego należały do ulubionych smakołyków wszelakiej dzieciarni. Były też rozpowszechnionym wśród robotników pierwszym posiłkiem. Do pracy zrywali się bowiem przed świtaniem. Nie mieli więc czasu na szykowanie sobie śniadań i tylko w drodze do roboty zatrzymywali się przed piekarnią i przed codzienną harówą spożywali drożdżówki. Niemniej nie z powodu predylekcji do słodkiego ciasta przezwisko przylgnęło do Szaflarskich. Szaflarscy nie kupowali drożdżówek – nawet od święta – gdyż bieda u nich aż piszczy. Innym znaczeniem słowa szneka była głupia mina. Łapać szneki to tyle, co robić głupie miny, wyglądać na idiotę. Prawdopodobnie nieleczona choroba weneryczna zaatakowała system nerwowy młodego Szaflarskiego i spowodowała tiki nerwowe jego oblicza. Jak powiadano: „Zaczął łapać szneki”. I tak dla sąsiadów i znajomych stał się Szneką.

Szaflarscy mieszkali przy Bocianowo trzydzieści dwa. Byli wielodzietni i krótkowieczni. Sam Szneka – po odliczeniu zmarłych noworodków – miał siedmioro, z czego co najmniej trójce zapewnił kiłę wrodzoną. Wszyscy w rodzinie byli niscy, anemicznie bladzi, wiecznie niedożywieni i brudni. Już wieku dziesięciu lat – bez względu na płeć – palili tytoń nałogowo, dwa lata później regularnie upijali się wódką, a koło pełnoletniości już w pełni pielęgnowali alkoholizm. Mało który z Szaflarskich kończył coś więcej niż szkołę podstawową. Żyli z pracy dorywczej, drobnej kradzieży i wszelkiego rodzaju zbieractwa – począwszy od złomu, makulatury i butelek, desek na kolei czy orzechów w parku, a na jagodach i grzybach w lesie skończywszy. Kobiety próbowały prostytucji, lecz były tak brzydkie i mimo młodego wieku tak staro wyglądały, że nie było chętnych. Około trzydziestki Szaflarscy zaczynali umierać, a na palcach jednej ręki można było policzyć, tych, co próg czterdziestki przekroczyli. Żyli więc szybko i umierali byle jak.

Na ich tle stary Józef był kimś wyjątkowym. Nawet fizycznie do nich nie pasował: trochę więcej niż średniego wzrostu, co przy niewielkim wzroście rodziny czyniło go kolosem, chudy i szeroki w ramionach, i z zapadłą klatką piersiową, daleki był od krągłej acz wątłej sylwetki pozostałych Szaflarskich. Miał ciemnobrązową cerę ludzi nawykłych do długiego przebywania na świeżym powietrzu, jak gdyby odcisnął się na nim chłopski znój lata, obrzęk leśnej wilgoci przy wielodniowym wyrębie albo go doświadczyło zapylone słońce budowy. Łysawy, z kępkami włosów w dużych małżowinach usznych, pomarszczony jak zleżałe jabłko, rysami pociągłego oblicza o szpiczastym nosie również odbiegał od wizerunku familii – pyzatego, jakby Szaflarscy od urodzenia w ustach chomikowali strawę, wiecznie zaczerwienionego katarem drobnych, perkatych nosów, bezmyślnego niskim czołem oraz czupryną gęstą niby sierść i z małpia złośliwego czarnymi guziczkami ruchliwych oczek. Ciemnoszary wzrok stary Szneka krył za rogowymi okularami o brązowych szkłach i zawsze nosił się w wyświechtanym garniturze w kolorze kawy z mlekiem. Jedyną rzeczą zmienną wyglądzie była u niego koszula – raz żółta z nonajronu, raz niebieska z flaneli, a raz lniana w biało-brązowe paski. Gdy było mu zimno, pod marynarkę wkładał brązowy, wełniany sweter. Lubił też nakrycia głowy – białą czapeczkę kolarską z czerwonym daszkiem i zieloną, harcerską furażerkę.

Dla gromady Sznek był kimś w rodzaju patriarchy: był mądry, bo i na kolei za Sanacji terminował, i Niemca we wojnę przeżył, i w wojsku ludowym, jak przyszedł pobór, to i służył, i starszego szeregowego się dosłużył, i wiele też widział, i wiele przeżył, a nawet książki czytał i to nie byle kryminały, ale jakieś fachowe o maszynach, a te są przecież ze wszystkich książek najtrudniejsze; był kimś naprawdę ważnym, bo i w pracy dostawał premie, i na Pierwszego Maja zawsze w pochodzie chorągiew kolejową nosił, deputat węglowy całkiem spory miał, i dostał nawet dyplom za wysługę, i na wczasy raz z babcią bezpłatnie pojechał; był też jedynym w rodzinie artystą i to dobrym artystą, bo przecież nuty czytał i wszystko z radia potrafił zagrać i zaśpiewać, i nawet po rusku piosenek się nauczył. Poza tym żył bardzo długo i jako jedyny w rodzinie miał stałe źródło utrzymania, czyli emeryturę, z której w zasadzie wszyscy Szaflarscy żyli. Dlatego biada było człowiekowi, który na dziadka Józefa krzywo spojrzał lub co złego rzekł. Młode Szneki nigdy nie darowały, bo chociaż Szaflarscy nie uchodzili za awanturników i do bójek się nie garnęli – wszak kurduple z nich i słabeusze – ale dziadek był święty. Rozanielony pamiętał, jak osiłkowi jakiemuś o wąsie wystrzyżonym w podkówkę – dowiedział się później od Marietty, że chodziło o czarnego wąsala z Zygmunta Augusta, co u Matejów na podwórzu mieszkał, na jeża się czesał i długie włosy za uszy na kołnierz wypuszczał – nie podobało się pełne życia „Tango andrusowskie”: „Te, stary, przestań hałasować! Wypierdalaj stąd, kurwa, razem ze swoim zmarszczlakiem, bo ci do dupy nakopię!” Wnuki nie zmilczeli obrazy. Skrzyknęli się na zewnątrz w ciemności i jeden z nich napluciem wąsalowi do piwa wywabił go z „Bukietu”. Ledwie znieważony gość dał krok za drzwi, żeby pięścią za piwo się rachować, a natychmiast z rozmachem poleciały na niego brukowce i półcegłówki i na sygnale karetka powiozła go do szpitala. Po pół roku Rozanielony znowu zobaczył wąsatego „Pod Bukietem”. Facet był ponury. Siedział samotnie w rogu, między oknem a przeszkloną szafą z wystawionymi zakąskami do wódki. Niemrawo, w milczeniu pochylał się nad kuflem. Na starego Sznekę i jego tanga już nie reagował: po pamiętnym kamienowaniu miał krzywo zrośnięty nos i wielkie wgniecenie z lewej strony czaszki. Jak na ironię stary Szneka znów śpiewał: „Lu, Maniusiu, tańczmy na dwa pas nasze tango andrusowskie! Lu, Maniusiu, nie bądź na mnie zła, słuchaj, jak harmonia rzewnie gra.[17]

Odkąd się ożenił, Rozanielony nie zachodził do „Bukietu”. Nawet rzadko „U Wójta” wystawał z piwem. Wiadomo: spieszno mu było do świeżej żonki na różowe figielki we dwoje i do moszczenia sobie gniazdka po przeprowadzce do Lulków. Dopiero kiedy Marietta zaczęła pachnieć bzem i kiedy spadł pierwszy śnieg, gdzieś koło świętego Mikołaja, dał się namówić koledze ze zmiany na jedno szybkie. Później mówił, że właściwie zły był, że poszedł do knajpy, ale szef straży zrobił im awanturę za bałagan w szafkach. A poza tym była afera, ponieważ ktoś ukradł blachy miedziane z galwanizerni: milicję wzywali, rewizje robili, ludzi przesłuchiwali i straszyli. Bieganie i krzyki po całym „Famorze”. Same nieprzyjemności. No więc trzeba było strząsnąć z siebie to świństwo z roboty, trzeba było zapić.

Zajęli pusty stolik przy drzwiach. Miejsce nie było dogodne, ale nie szukali towarzystwa. W głębi zadymionego baru panował gwar, a przed kontuarem – ścisk. Piwosze przekrzykiwali się przy zamawianiu. Rozparty przed piecem akordeonista w czapeczce zsuniętej na tył głowy ciągnął rzewne: „Już nigdy nie usłyszę kochanych twych słów, już nigdy do mych ust nie przytulę cię znów…”[18] Milczeli, bo co tu gadać, gdy przełożony, ten głupi tetryk Obremski, patrzył na nich jak na złodziei, bo kurewskiej blachy nie upilnowali? Szkoda słów. Gorycz z kufla mieszała się z goryczą w pracy. Zastanawiał się potem, czy gdyby to Kazik podszedł do lady kupić piwo, a nie on, czy poznałby Marca Polo i jego akolitów. Pewnie nie, a może tak, tylko że później? Kto wie. W każdym razie to on ustawił się w kolejkę do bufetu i to jego Lulki wypatrzyli:

- Sąsiad, cho do nas! Cho!

- Z kolegą jestem.

Lulki w towarzystwie siedzieli w pobliżu okna i białej szafy, za szybą której stały talerzyki z tatarem, rolmopsami, jajkami w majonezie, zwiniętymi w rolkę plastrami sera i mortadeli, a poza tym leżały paczki petit buerre’ów i papierosy .

- Cho, Zeniu, kolegów poznasz! – Chudy Lulek nie dawał za wygraną i już zrywał się zza stołu, i chwiejnie szedł do kolejki.

A za nim brat się zaraz podnosił, i Alotek, i Pele, i Marco Polo. I wszyscy z kuflami, rumiani i spoceni, i pełni jakiegoś zuchwałego wigoru, stanęli przy Rozanielonym.

- Poznaj, Zeniu, poznaj Pelego i poznaj Marasa. – ciągnął rudzielec. – A to jest Alotek, nasza złota rączka do wszystkiego. –

Więc była wymiana krzepkich uścisków dłoni i zwięzłych, szorstkich „Cześć”, i żartobliwo-kąśliwe przełamywanie obcości przez kusiciela – „Zeniu, co ty tak babskimi perfumami waniajesz?!” – po którym śmiech się mieszał z ponurą konstatacją Pelego„On pachnie Mariettą” – i z gorącymi zapewnieniami, że wszyscy przecież znamy Mariettę od małej, gdy jeszcze małą w wózeczku do góry sikała i na chleb mówiła „beb”, więc cieszymy się, że ma porządnego chłopa, że trafił się jej ktoś taki jak ty. Potem było burknięcie bufetowej „Co podać?” i okazało się, że to całe zainteresowanie Rozanielonym i jego żoną było tylko pretekstem, by bez długiego czekania w kolejce, czyli na krzywy ryj, zamówić nową partię piwa. Pamiętał, że ktoś tam się burzył, ktoś mełł przekleństwa, a ktoś gardłował, że tak bez kolejki zamawiają, „Szefowa, pani im nie daje, pani ich nie obsługuje, oni tu nie stali, oni się na chama wepchali!”, więc Lulki w milczeniu pod pachy ujęli krzykacza i jak piórko podrzucili wysoko, choć był niezgorszym grubasem. Gość dźwięknął czerepem o sufit, złapał zeza i bez świadomości opadł w ramiona mocarnych rudzielców, a ci troskliwie wynieśli go do bramy naprzeciwko i wrócili do baru. I znów był spokój i akordeon w tkliwo-brutalnej szarpaninie tanga albo w lirycznym zapewnieniu z ulicy Gnojnej, że „harmonia na trzy-czwarte z cicha rżnie, ferajna tańczy, wszystko z drogi! Z szaconkiem tu, bo się skończy źle, gdy na Gnojnej bawimy się”[19]. Więc kiedy z kuflami z dużą pianą dosiadł się do Kazika, Rozanielony mógł myśleć, że tego wieczora nie będzie więcej nagabywany. W milczeniu wpatrywał się w zamaszystą grę starego Szneki bądź w pożółkłe od palenia papierosów firanki – były z tworzywa sztucznego i miały tak gęsty ścieg, że za dnia nic, co w barze, przez okno nie można było z ulicy dojrzeć. Pamiętał, że przy sąsiednim stoliku jacyś kolejarze rozprawiali o piwie.

- Beczkowe czy z butelki – wszystko jeden pies. – przekonywał pierwszy. – Wszystko to szczyny.

- A nieprawda! – oponował drugi. – Jest różnica. Jak różnica jest między naszym piwem a piwem z innych browarów.

- Guzik prawda. Wszędzie są te same szczyny.

- A nie! Bo ja jeżdżę po kraju i wiem! Taki okocim jest dobry albo żywiec. Wszędzie, gdzie jestem, a mam kursy dalekobieżne i na Śląsk, i do Warszawy, i czasem nawet w Kieleckie, wszędzie mam smak na piwo, więc kupuję i wiem. Chcecie spróbować? – warkę akurat se przywiozłem.

Ze skórzanej teczki wyjął butelkę, odkapslował o kant krzesła i podał kolegom. Ten, co nic nie mówił, posmakował i oblizał się: „Ja, ja, naprawdę dobre”. Ten niewierzący w smaczne piwo też potwierdził. A potem rozmowa zeszła na jakość piwa za Niemca, o której słyszeli od swoich dziadków.

- Wiesz, Zenek, złożyłem podanie do Potulic. – kolega Rozanielonego pstryknął w grube szkło.

- Chcesz zostać klawiszem?!

- W więzieniu lepiej płacą. Poza tym żenię się, przenoszę do Nakła, więc gdzie będę się tłukł pociągiem do Bydgoszczy, gdy praca pod bokiem? Mało się do „Famoru” najeżdżę z Unisławia?

- Już widzę minę Obremskiego, jak odejdziesz.

Zaskoczenia na twarzy przełożonego nie zdołał sobie wyobrazić, gdyż nagle wyrosły przed nim zgrzane hałasem, rozchybotane alkoholem trzy sylwetki nowo poznanych tubylców i usłyszał przymilny jak syk węża głos kusiciela: „Przepraszamy, Zeniu, pardon, pardon, ty się nie gniewaj, ale my tak z życzliwości, bo wiesz, Zeniu, wiesz, kurde, my dla Marietty wszystko, wszystko, więc się nie gniewaj, ale tak po sąsiedzku, moglibyśmy razem się napić. Co ty na to? Postawiłbyś nowym kumplom z ulicy?” Uśmiech na pociągłym, z cwaniacka upozowanym na króla rock and rolla obliczu był wyrachowany, też jakby wężowaty i Rozanielonemu nawet przez chwilę się zdawało, iż widzi zza ust błyskawicznie wysuwający się cienki, rozdwojony jęzor gada. Zadrżał, lecz szybko sobie wytłumaczył, że to tylko złudzenie, że nie ma się czego bać. Nie wiedział, że patrząc na uśmiech kusiciela, wielu z nas na Rycerskiej, Ogrodowej i na Bocianowie miało takie samo wrażenie, że z pospolitej twarzy młodego mężczyzny jak mignięcie noża wysuwa się długa iskra rozwidlonego języka, i że nikt oczom swoim nie dawał wiary ani tym bardziej nie rozpowiadał wokół o widzeniu, żeby nie narazić się na śmiech i wydziwianie. Marietta, której ze wszystkiego się zwierzał i której o zjawisku nie omieszkał wspomnieć, całując w policzek, uspokajała: „Też miałam takie odczucie, ale to tylko taki grymas twarzy i gra wyobraźni”.

Nim zdążył otrząsnąć się z paskudnego widoku i odpowiedzieć na propozycję wspólnego picia, wtrącił się Marco Polo:

- Alotek, daj, kurwa, spokój. On nam nie postawi, przecież to klawisz. –

Obraźliwa arogancja wykluczała jakiekolwiek porozumienie, domagała się odwetu – równie silnej drwiny – i właściwie od razu ustawiała Rozanielonego w kontrze do propozycji kusiciela:

- Nigdy nie byłem klawiszem, koleś. Pilnuję mienia państwowego, a nie więźniów, koleś. Zapamiętaj to sobie, koleś.

- Co ty, kurwa, mi kolesiujesz?

- A co, mam ci mówić: „chłoptaś”?

- Ty chyba chcesz w dziób.

Marco Polo złożył się do bicia, lecz Pele go przytrzymał:

- No, no, Maras, spokojnie!

- Jestem, kurwa, spokojny. Na razie spokojny.

Rozanielony jakby chciał dolać oliwy do ognia, bo wpatrując się w miejscowego Presleya, wolno cedził:

- Chcecie, żebym wam postawił? Ale ja już postawiłem, a nawet wstawiłem. Wstawiłem okna, które żeście ukradli Marietcie.

- Co, uważasz nas za złodziei?! – Marco Polo wyrwał się Pelemu.

- A nie ukradliście okien i drzwi pod siódemką?

- Co, widziałeś?! Kurwa, widziałeś?!

Oczy blondyna płonęły gniewem. Wydawało się, że za chwilę rzuci się na Rozanielonego. Na szczęście drogę zastąpił mu Pele: „Stary, nie tutaj, nie tutaj. Tu za dużo ludzi”.

Z drugiej strony Kazik, kolega z pracy, też mitygował męża Marietty, że co się będziesz szarpał z pijanym, jeszcze ci w trójkę wleją, a jak ci pomogę, to i mnie wleją. Ale ten przestrogi nie słuchał.

- Zeniu, pomyśl, co my byśmy z tym zrobili? – włączył się kusiciel. – W kieszeń wsadzili, na straganie sprzedali? Ty myślisz, że takie okna to salceson i ludzie od razu kupią? Z tymi oknami głupot ci ktoś naopowiadał.

- Chcesz powiedzieć, że Marietta kłamie?!

- Ja nie wiem, co ci mówiła. Nie jesteś stąd, więc różne rzeczy mogła ci wmówić. Ale to nie my.

- Może jeszcze powiesz, że nikt nie ukradł okien?! Że to wprawianie nowych mi się przyśniło?!

- Nic takiego nie twierdzę, ale to nie my. Co ty od nas chcesz?

- Jeżeli nie wy, to kto?!

- Nie wiem. Zresztą, zapytaj Marietty, czemu okien nie pilnowała i spokojnie patrzyła, jak je wynoszą.

- Przecież jej wtedy nie było!

- Nie było, nie widziała, a wie że to my? – dziwne, prawda? Wie, że to my, i na milicję nie poszła? – jeszcze dziwniejsze, prawda? A może wcale kradzieży nie było? Może sama okna sprzedała?

W drwinie rozciągniętej na twarzy znów mignął wężowy zygzak, jak gdyby kusiciel zamierzał ukąsić rozmówcę. Rozanielony odruchowo się odsunął.

- Alotek, daj spokój. – warknął Marco Polo. – Nie widzisz, że ten palant to tylko nocny stróż z dupowatej portierni z dupowatego zakładu?!

- W tym dupowatym zakładzie ciebie nawet na nocnego stróża by nie przyjęli, koleś.

- Ty wiesz, kto ja jestem?!

- Ty? Jesteś tylko zwykły buc.

- Ja jestem Marco Polo. A wiesz, kto to był Marco Polo? To był bardzo mądry człowiek. On do Chińczyków jeździł po mądrości. On z nimi się kumplował, bałwanie!

Co powiedziawszy, dał Rozanielonemu blachę w czoło. Tamten się zerwał.

Do bójki jednak nie doszło. Chwilę wcześniej bowiem jakiś podpity złośnik zakończył spór ze znajomkiem, zamaszyście łamiąc mu nos szklaną popielnicą, i kiedy ten zwalił się na linoleum i zalał krwią, i kiedy podniósł się wrzask – „Bandyta! Łapcie bandytę!” „Na milicję go!” – awanturnik błyskawicznie rzucił się do ucieczki. Wydawało się, że umknie, że nikt go nie zatrzyma, gdy przy drzwiach natknął się na Marca Polo. Marco Polo, który właśnie sposobił się do bójki z Rozanielonym, bez namysłu, z półobrotu zdzielił zbiega w skroń. Tamten padł. Nim zdołał się pozbierać, Marco Polo kopniakiem rozwalił mu twarz: „Ty chuju, rozrabiasz?! W naszej knajpie rozrabiasz?! Kto ci, kurwa, pozwolił u nas brykać?! Pytałeś mnie o zgodę?!” Kiedy uciekinier znów usiłował wstać, pięść miejscowego zabijaki sierpem w ucho przygwoździła go do podłogi: „Ty wyskrobku pierdolony, rusz się raz jeszcze, a nery ci odbiję i wyrzygasz je razem z płucami!” Uderzony znieruchomiał.

- Kazik, zostaw piwo, idziemy. – zakomenderował Rozanielony.

Czas był najwyższy, już bowiem nadbiegała bufetowa, żeby spuścić masywne, brązowe żaluzje na drzwi i w ten sposób uniemożliwić komukolwiek opuszczenie lokalu aż do przyjazdu milicji. Trzeba było znikać, bo najpierw lekarz opatrzy ofiarę ze zmiażdżonym nosem i karetka na sygnale pojedzie do szpitala, a potem zaczną się długie przesłuchania uczestników i świadków zajścia i nikt nie wyjdzie z „Bukietu” przed północą. A jeszcze potem, aż do wyroku, zacznie się kilkumiesięczne ciąganie po sądach.

 


[1] bamber – chłop, gospodarz; określenie czasem pełne podziwu dla zaradności i bogactwa na wsi, ale częściej pogardliwe (region.)

[2] sznupa – gęba (region.)

[3] Wały, Wały Jagiellońskie – ruchliwa ulica w Bydgoszczy, na której znajdują się sąd, areszt i więzienie

[4] Londynek – tak w Bydgoszczy nazwano zasiedlone przez biedotę pruskie koszary z cegły i drewnianego ożebrowania, które znajdują się pomiędzy ulicą Gdańską, Chocimską i Pomorską

[5] zurück – z powrotem ( z niem.)

[6] szkity – nogi (region.)

[7] byksa – puszka (region.)

[8] złotol – dawne określenie złotej farby; był również srebrol – srebrna farba w puszce

[9] lontrus – nicpoń (region.)

[10] Hausgestapo – domowe Gestapo (żartobliwie z niem.)

[11] szlory – stare, zużyte obuwie (region.)

[12] fragment pieśni Nikity Bogasławskiego i Władymira Agatowa, którą w filmie Leonida Łukowa „Dwaj żołnierze” zaśpiewał Mark Bernes; pieśń stała się tak popularna, że włączył ją do swego repertuaru sam Aleksander Wertyński (1889 – 1957)

[13] głośny szlagier Jerzego Petersburskiego (1895 – 1979) ze słowami Andrzeja Własta (1895 – 1943?) – najbardziej w świecie znana polska piosenka XX wieku

[14] „W małym kinie” – utwór Władysława Szpilmana (1911 – 2000) z tekstem Ludwika Starskiego (1903 – 1984)

[15] „Ta ostatnia niedziela” – tango Jerzego Petersburskiego z tekstem Zenona Friedwalda (1906 – 1976)

[16] plery – włosy (region.)

[17] tango Jerzego Petersburskiego z wzorowanym na podmiejską gwarę tekstem Andrzeja Własta

[18] „Już nigdy” – tango Jerzego Petersburskiego ze słowami Andrzeja Własta

[19] ballada „Bal na Gnojnej” ze słowami Leopolda Brodzińskiego (1894-19420) i Juliana Krzewińskiego (1882-1943),do której muzykę napisała Fanny Gordon (1914-1991), została spopularyzowana przez Stanisława Grzesiuka (1918-1963), barda Warszawy

Brak komentarzy.

Brak trackbacków.