TWARZE W ULEWNYM MROKU – vol.3

`

Lubię niedziele i te nasze powroty z kościoła, kiedy pod rękę i przytuleni do siebie idziemy w tłumie wiernych. Jestem wtedy zawsze starannie wyszykowana, żeby nikt nie myślał sobie, że dnia świętego nie potrafię uszanować. A nie przychodzi mi to łatwo, gdyż sama poranna kąpiel jest bardzo pracochłonna. Zrywam się skoro świt, gdy Zenek jeszcze śpi w najlepsze, wypijam kawę i wypalam giewonta, i troszkę porozmawiam rodzicami, bo jak co niedziela czekają na mnie w rodzinnym albumie, a potem rozpalam w kuchennym piecu i grzeję sagan wody. Po cichu ściągam podłużną wannę z haka przy drzwiach, przecieram jej matowe, ocynkowane wnętrze, ze szklanej szyszki wsypuję proszek do kąpieli o żywicznym, leśnym aromacie i dużym, miedzianym rondlem nalewam gorącej wody. Potem dodaję zimnej i wskakuję do środka. Kiedy już się oczyszczę, kiedy wytrę, kiedy pochylona nad wanną, lejąc ciepłą wodę z dzbanka, umyję włosy i kiedy mokre zawinę w turban z ręcznika, budzę Zenka, by pomógł mi usunąć brudy do zlewu. Na szczęście, zlew mamy dwukomorowy, więc choć wanna ciężka, idzie nam to szybko. Potem szykuję kąpiel dla Zenka i gdy on się pluska, mogę wreszcie zająć się makijażem.

Kiedy mieszkałam na Rycerskiej pod siódemką, wanna była, kąpiele nie stanowiły problemu. Nie było też biegania do ubikacji na dworze, gdzie przeraźliwie zimno i gdzie trzeba pilnować, by zimą woda w rurach nie zamarzła, bo muszla może się zatkać kałem i lodem. No cóż… Gdybym nie miała nakazu eksmisji… Ale czego po administracji mogłam się spodziewać, po tym, jak Pan Zyga i jego luje z Okola zabrali mi okna? Każdy zarządca domu, widząc zamiast okien pozabijane deskami dziury okienne, z lokatorem, który do takiej sytuacji doprowadził, postąpiłby tak samo i jeszcze do sądu go podał o kradzież mienia. Mnie też groził sąd, ale Zenek się zawziął i okna dał wprawić. Wszystkie jego oszczędności na to poszły. Mówił: „Marietta, jak wstawimy te zasrane okna, będziesz nareszcie wolna i nic nam już nie będzie przeszkadzało w byciu razem”. No i jesteśmy razem w narożnikowym prymitywie na Ogrodowej dwadzieścia. Ale obiecał, że jak trochę zaoszczędzimy, to z takim jednym ze Ślesina podciągną rury i wannę zamontują w kuchni. Mówił też, że ma znajomego w gazowni, więc się postara o pozwolenie na junkers i będzie ciepła woda lecieć: „Będziesz brać gorącą kąpiel jak wielkie damy na filmach. Sofia Loren i Claudia Cardinale będą ci zazdrościć.”. Dobry z niego człowiek. Chyba był mi przeznaczony, skoro wpadłam na niego, kiedy szedł Rycerską, a Rycerską nigdy nie chodził. Mówił mi później, że na dworzec z „Famoru” szedł zawsze ulicą Bocianowo, Sowińskiego i Zygmunta Augusta. Potem jechał do Ślesina. Rycerska nie była mu po drodze, Rycerskiej nie znał. Znalazł się na naszej ulicy przypadkowo, bo dość już miał dojazdów do pracy, chciał się uniezależnić od rodziny i ktoś mu powiedział , że u Lulków jest wolny lokal. Szedł właśnie go obejrzeć. A że nie wiedział, gdzie tu Ogrodowa, szedł po niewłaściwej stronie ulicy. Gdyby szedł po przeciwnej stronie, to gdy wypadłam z bramy, nigdy byśmy się nie zderzyli z sobą i nigdy nie spotkali. Więc chyba można mówić o przeznaczeniu. Zwłaszcza, że trzy miesiące później zostałam jego żoną.

Wszystko działo się jak w malignie: stare, okazyjnie zagrane „Przeminęło z wiatrem” w kinie „Gryf”, na którym u boku taty wzruszała się moja mama i na które kiedyś chciałam pójść z Wieśkiem, i randka w szykownym „Cristalu” na Alejach, gdzie ciasteczka z agrestem w galaretce były stare, a kawa tak kwaśna, że bez śmietanki nie dało się jej pić. Był długi spacer nad Brdą, za szarym Mostem Królowej Jadwigi, z którego betonu w oszczędnym, z lekka zagadkowym zdobieniu wysuwały się rybie pyski, spacer z pierwszym pocałunkiem i ukradkowymi pieszczotami w zaroślach, i gwałtownym deszczem, przed którym uciekliśmy na dworzec. Były rozmowy o wszystkim i wspólne obiady, które czasem przypaliłam, i dwie, trzy noce u mnie – z winem, niemrawym współżyciem i nadrannym przepychaniem pod pierzyną, bo zimno, a plecy lub stopy odkryte. Były oświadczyny – niezdarne, bez kwiatów, chociaż obok była kwiaciarnia, podszyte bojaźnią i agresją, i jakimś handlowym wyrachowaniem, zupełnie niestosowne, bo byliśmy fontannę pooglądać na Placu Wolności i akurat wyszłam z toalety: „Marietta, chciałbym się z tobą ohajtnąć[1], a ty? ty chciałabyś? chciałabyś też się ze mną ohajtnąć? Bo ja bardzo bym chciał. Bo wiesz, jak byśmy się z sobą spiknęli, nikt by ci nie podskoczył, bo byłabyś moją żoną i bym mu wpierdolił, no i po eksmisji miałabyś gdzie mieszkać, bo tam, na Ogrodowej, łatwiej by nam dali lokal, a jak nie, to w Ślesinie, z moją rodziną na kupie byśmy żyli”. I był ślub, ślub w Ślesinie, ślub w drewnianym kościele świętego Mikołaja z kapliczką Matki Boskiej na zewnętrznej ścianie, ślub rozpaczliwie pospieszny, by zwiększyć szanse w kwaterunku na przydział mieszkania.

Ślub… każda dziewczyna myśli o ceremonii jak o wyjątkowym święcie: śnieżna suknia, długi welon, w dłoni bukiet białych różyczek, dobrotliwa twarz księdza, sakramentalne „Tak” w słowach przysięgi małżeńskiej, blask nakładanych obrączek, pocałunek uroczysty wobec Boga i wiernych i triumfalne organy w Marszu weselnym Mendelsohna, i na progu kościoła gratulacje i ryż sypany na szczęście. Każda dziewczyna myśli wyglądać cudownie, olśniewać urodą i żmudnie wypracowaną przez stylistki fryzurą, przed innymi dziewczętami pysznić się Panem Młodym jak z obrazka i na przyjęciu weselnym być rozchwytywaną w tańcu przez wszystkich weselników. Rzeczywistość bywa jednak różna. Moja to kłamstwo, że jestem w ciąży, żeby ciotka, która była moją prawną opiekunką wyraziła zgodę na ślub, bo formalnie jeszcze nie mogłam stanowić o swoim zamążpójściu; to pożyczona od ciotki biała sukienka z dodatkiem sztucznych kwiatów i białe czółenka po mamie, które jakimś cudem nie zostały wyniesione z domu przez Jolkę, Marca Polo i złodziejską ekipę Pana Zygi; to bezsensowne jazdy do Ślesina na kursy przedmałżeńskie, bo po ohydnej katechezie księdza Czapiewskiego w podstawówce, rzuciłam religię i żeby przystąpić do sakramentu małżeństwa musiałam mieć zaliczone owe kursy. Zresztą, nie było źle, bo Zenek też nie ukończył religii i też na te kościelne ględzenie ze mną chodził. Dobrze, że to nie było u nas, w parafii Najświętszego Serca, i że już nie było Czapiewskiego, bo bym została ateistką, co tylko cywilny ślub bierze. Jeszcze dzisiaj mną wstrząsa, gdy myślę o tym klesze.

Czapiewski był młody i niewysoki. Urodą raczej nijaki, ale z racji sutanny niektórym kobietom mógł się wydawać nawet przystojny. Na mnie nie robił wrażenia. Ale byłam dziewczynką, więc na starszych od siebie nie zwracałam uwagi. Nie myślałam, czy ten, czy tamten mi się podoba. Był starszy i już. Na policzkach gładko ogolony jak inni księża z naszej parafii – poza Narcyzem Wojnowskim, który trzymał z młodzieżą licealną i studencką, więc nosił bokobrody, duże, ciemne okulary i bujnymi lokami z boku zaczesywał łysinkę – ulizaną, a kasztanową fryzurą na pazia odbiegał od kuso podstrzyżonych i podgolonych głów starszych kapłanów i może dlatego w środowisku księży uchodził za młodzieżowca, za tego, co się zna na dzieciach i łatwo z nimi kontaktuje. Zaszufladkowano więc go do tych dzieci, przypisano do niedzielnych mszy na dziewiątą trzydzieści, na których, zamiast pełnej rozmachu muzyki organisty Jankowskiego, na przenośnych organach elektrycznych i gitarach przygrywali długowłosi chłopcy, a dziewczyny przy tamburynie, trójkątach i bębenkach śpiewały w chórkach lub solo, i na których Czapiewski albo mszę prowadził, albo w czasie mszy wałęsał się wokół zespołu – nieudolnie wcielając się w rolę dyrygenta – i z ambony wygłaszał do młodzieży niestworzone kazania o Winnetou, który przed tropieniem zwierzyny w lesie nigdy nie zapomniał pomodlić się w kościele, o kosmonautach, którym aniołowie pomogli wylądować na Księżycu, o Robinsonie Crusoe, któremu tak doskwierała samotność, że na bezludnej wyspie wybudował Matce Boskiej kapliczkę, o królewnie, która zamiast walecznego rycerza, co zabił dla niej smoka, wolała klasztor, mycie podłóg i ołtarza i śpiewanie w chórze kościelnym. Bzdury takie mówił – zresztą, na poczekaniu, na ambonie wymyślone – że wspominać nie warto. Ale stary proboszcz Majchrzak i inni kapłani – też tacy sami ramole jak on i tacy sami jak on świętogłupawi mędrcy o mózgach wysuszonych klepaniem pacierzy – pewnie uznali, że są to rzeczy bardzo dobre dla dzieci, modne i moralne, że trafiają do nich, podbudowują je nabożnie, nieledwie czynią aniołkami, więc dla nich Czapiewski był urodzonym katechetą, idealnym pasterzem trzódki parafialnej od komunii aż do bierzmowania. Nie widzieli i nie chcieli widzieć, że był hipokrytą, że kazaniami maskował fakt, że nie lubił dzieci, że nie miał dla nich zrozumienia, dla ich hałaśliwej ciekawości świata i kipiącej humorem niespożytej energii. On nie tylko nie rozumiał dzieci, ale nawet nie próbował ich zrozumieć. On je po prostu tłamsił. A dla nas, dla dzieci, było szokiem przejście z rąk dobrotliwej i pięknej jak anioł siostry Felicji w łapska tego zadufanego w sobie sadysty. Na dziewczynki zawsze krzyczał, wyciągał z ławek, zadzierał spódniczki, że za krótkie, łapał za uszy, że kolczyki za duże, niby żartobliwie a boleśnie ugniatał palce, gdy widział na nich pierścionki i ściągać je nakazywał, a tej czy innej z uśmiechem wręczał nożyczki i pilnował, by obcięła za długie paznokcie. Chłopców bił po głowie, gdy spostrzegł, że rozmawiają lub za plecami kolegów się bawią, targał za uszy, aż palił je ogień, energicznie szarpał za pejsy, póki nie wyrwał i łyse place we włosach się nie potworzyły. Czasem ktoś w domu poskarżył się na Czapiewskiego i oburzony rodzic szedł na plebanię, ale większość wolała milczeć ze strachu, że nie dopuści do Pierwszej Komunii albo odmówi bierzmowania. Zresztą, nawet te nieliczne skargi proboszcz zbywał lekceważeniem, a Czapiewski się mścił, więc po co było się narażać?

W salce katechetycznej na Placu Piastowskim, nad którą mieszkała siostra Felicja z jakąś inną, starszą zakonnicą, a także cichy jak mysz, malutki kościelny z rodziną, katedra księżowska z ciemnego drewna stała w lewym kącie pod oknem. W prawym kącie zaś był piec kaflowy. Przed nim na ścianie tablica i surowy krzyż, a za nim – boczna ławka na trzy, cztery osoby i zawsze zamknięte przejście do biura parafialnego. Dalej też była ławka, ale i rząd haków do zawieszenia wierzchnich ubrań. Szatni bowiem nie było i tam na czas religii zostawiało się płaszcze. A jeszcze dalej były drzwi, którymi wchodziliśmy na zajęcia z religii. Długie rzędy ławek dla dzieci zaczynały się gdzieś na wysokości bocznych drzwi od biura parafialnego – białych, lecz o farbie mocno zżółkłej. Zestawione z sobą jak w kościele, ciągnęły się aż do okien lewej ściany. Czapiewski miał zwyczaj sadzać ulubione dziewczynki w bocznej ławce pod piecem. Z początku myślałyśmy, że wyróżnia te najbardziej grzeczne i najbystrzejsze, i byłyśmy nawet zazdrosne. Szybko jednak przekonałyśmy się, że kierował się zupełnie innymi względami: niezmiennie brutalny wobec chłopców, wobec nas, dziewcząt, jego stosunek ulegał zmianie, ponieważ w miarę upływu lat, w miarę, gdy my, płaskie, kanciaste istoty, nabierałyśmy krągłości kobiet, z przymilnie jadowitego stawał się chciwym lubieżnikiem, który spojrzeniem i dotykiem penetruje nasze ciała. Faworyzował więc sadzaniem w bocznej ławce te najbardziej ponętne dla jego wyposzczonych rytualnym celibatem żądz, by pod byle pretekstem, przy byle wypowiedzianej kwestii, schodzić z katedry i niby serdecznie, niby przypadkiem, z uśmiechem dotykać policzków, szyi, ramion, czule głaskać drobne dłonie i włosy i niby po ojcowsku, niby po chrześcijańsku całować w czoło. Kiedy perorował do sali i stał przy ławce swoich ulubienic, kiedy zmuszał wszystkich do notowania uwag o pięciu warunkach Sakramentu Pokuty albo o pięciu przykazaniach kościelnych, albo swoich wywodów na temat głównych prawd wiary, spod jego sutanny niepostrzeżenie wysuwały się macki, miękko oplatały dziewczętom kolana, sprośnie pieściły, niespokojnie przechodziły to tu, to tam, i nieustępliwie, i wytrwale, po udach sunęły do majtek, gmerały w pierwszych zaroślach płci albo wędrowały jeszcze dalej, w górę, ku pączkującym piersiom. Mariola Bujak skarżyła się, że te macki rozpasane odpinały jej stanik, sprawdzały wielkość biustu jak owoc na drzewach, ważyły, ugniatały, łaskotały w sutki. Z kolei Zosię Melkowską boleśnie szczypały w łydki i pośladki, bo dziewczynka twardo stawiała opór nienasyconemu księdzu – tak mocno ściskała uda, że pomiędzy nogi szpilki nie szło wcisnąć. Ilona Michałowska posikała się ze strachu, gdy i ją dopadło tajemne wyuzdanie kapłana, i pod pretekstem, że ma okres, wybiegła z sali i dopiero po lekcji wróciła po palto. Inna mówiła, że Czapiewski był tak rozpalony, że na brzuchu i plecach miała odparzenia, jakby kto gorącym żelazkiem po jej skórze jeździł. Jeszcze inna natomiast twierdziła, że w majtkach zrobił jej dziurę i pochwę zatkał piłeczką pingpongową. Ani Violetta Klimczyk, ani Violetta Kotolińska, ani żadna inna z dziewcząt nękanych sprośnością duszpasterza nie chciała później siedzieć w bocznej ławce. Spod jego chrześcijańskiej kurateli każda uciekała w głąb ławek, pod samo okno, bądź też pomiędzy najgłupszych i najordynarniejszych łobuziaków. Wszystkie wybranki Czapiewskiego mówiły, że to wielka świnia, a jego ławkę dla uprzywilejowanych nazywały świńską ławką. Żadna z własnej woli przenigdy już tam nie zasiadała. No, może z wyjątkiem Marioli Niewiadomskiej, która nie bała się żadnych macanek, a może nawet je lubiła, bo jak suka za chłopakami latała, żeby się całować, ale i ona w końcu umknęła się ze świńskiej ławki, bo samej cicho i grzecznie siedzieć pod bokiem księdza nudno – ani się pogada, ani pograndzi, ani nawet odrobi zadanie domowe z matematyki. Piękna Ania Priewe – moja biedna Ania Priewe, która tak tragicznie skończyła pod kołami pociągu, a którą Czapiewski też wybrał do siedzenia w świńskiej ławce – mówiła mi w zaufaniu, że te jego łapska ośmiornicy bezlitośnie wkręcały się w jej włosy łonowe i raz, i drugi wyrwały czarny kosmyk, aż jęczała z bólu i miała zaczerwienione łyse miejsca, więc żeby ją ksiądz więcej nie macał, żeby nie oskubywał jak kurę, żeby dał spokój i nie wołał do tej swojej świńskiej ławki, żyletkami taty zgoliła łono, ale wtedy Czapiewski się wściekł, że nie znalazł futerka, uszczypnął ją w policzek, bo jest bezwstydnym, rozpustnym dziewuszyskiem, a Zelkowi zaaplikował trzy szybkie twarz, gdy tylko podniósł głowę znad zeszytu i próbował gadać z Tobolewskim, i dlatego nazajutrz cała czereda Zelków – od najmłodszego po najstarszego, nie wyłączając rodziców i babci, i spoliczkowanego Wieśka – poszła na skargę do proboszcza. Bez większych rezultatów jednak, bo stetryczały Antoni Majchrzak – od dziesiątków lat tak często i tak obficie na mszach okadzany, że jego sutanna sama z siebie stała się kadzidłem i gdy kulawo szedł, czarna, długa i dostojna na lewo i prawo buchała kłębami słodkoduszącego, niebieskawego dymu, jak gdyby jej czcigodny nosiciel, czyli nasz ksiądz prałat, po prostu się palił – był z czasów, gdy parafianin, zanim pokorną prośbę ośmielił się przedłożyć, klękał przed księdzem i całował go w rękę, a każdą prośbę wspierał pieniężnym Bóg zapłać. Ja sama doświadczyłam duszpasterskiej posługi proboszcza, kiedy poszłam do pierwszej w życiu spowiedzi, zatem nie dziwię się, że Zelkowie niczego nie wskórali.

Pamiętam ten wstyd, ten strach, gdy po raz pierwszy zbliżałam się do czarnego jak trumna konfesjonału. To było w bocznej nawie w pobliżu ołtarza Matki Boskiej. Czułam się, jakby ktoś mnie rozebrał do naga i kazał iść w gapiący się na mnie tłum. W spoconej ręce mięłam karteczkę z wypisanymi grzechami, żeby niczego nie zapomnieć, bo to też byłby grzech. Konfesjonał spowijały opary proboszczowego kadzidła, od których zrobiło mi się niedobrze. Na szczęście, nie zemdlałam. Uklękłam, zbliżyłam usta do kratki oddzielającej mnie od spowiednika, poprawnie wypowiedziałam wyuczone formułki na okoliczność wyznania grzechów oraz wydukałam z karteczki wszystkie przewiny. Po wyszeptaniu „Więcej grzechów nie pamiętam, ale za wszystkie serdecznie żałuję i proszę o rozgrzeszenie” spodziewałam się usłyszeć mamrotanie łacińskich sentencji z upragnionym „Ego te absolvo[2]”, zadanie pokuty i pukanie w konfesjonał na zakończenie spowiedzi, lecz proboszcz z gniewem kazał mi wyjść, głęboko przemyśleć jeszcze raz wszystkie grzechy, zdać sobie sprawę, jak wielkie są moje winy, jak nisko upadłam i jak mocno muszę żałować i pracować nad sobą, żeby się z tego upadku podnieść. Mówił surowo, jak gdybym była nie wiedzieć jak zatwardziałą zbrodniarką, którą nasza święta ziemia nosi chyba tylko na urąganie Bogu i ludziom. Czego się spodziewał? Że do tego czarnego pudła w sinych wyziewach słodkiego smrodu, do tego rozpartego pychą poniżania spowiadających się ludzi kapłana wrócę teatralnie upokorzona? Że będę się czołgać, rwać włosy na głowie, rozdzierać szaty i głośno wołać „Mea culpa”?![3] Byłam tylko przestraszoną dziewczynką, która niewiele rozumiała z zawiłości dobra i zła, a poza tym nawet nie znała wszystkich grzechów, o które w spowiedzi zwykle się pyta, bo była za młoda, by ich doświadczyć. Zatem gdy bez rozgrzeszenia opuszczałam konfesjonał, gdy rozzłoszczony proboszcz za mną wyglądał, oczy miałam pełne łez i miałam wrażenie, że wszyscy wierni, czekający w kolejce do spowiedzi, patrzą na mnie z wyrazem potępienia. Już nie tylko czułam się naga wobec innych, ale i brudna. W ławce się popłakałam. Nie poszłam więcej do proboszcza. Nigdy. I w żadnej sprawie. A pierwszego rozgrzeszenia udzielił mi ksiądz Kokowski.

Chłopcy nie domyślali się, o co chodziło z tą świńską ławką i dlaczego bardzo często jest ona pusta. Myśleli, że skoro ksiądz osobiście umieszcza tam dziewczynki, to znaczy, że jest to ławka dla lizusów. Dlatego, ilekroć ktoś się na religię spóźnił albo był skończoną ofermą, z którą nie warto się kolegować, bezlitośnie wypychali go do świńskiej ławki. Czynili to tym chętniej, że Czapiewski nie potrafił ukryć złości, gdy w ławce pod piecem ujrzał niepożądaną osobę – zwłaszcza mało rozgarniętą płci męskiej. Zastanawiam się, co by było, gdyby Wiesiek Podliński chodził z nami ma religię? Czy pozwoliłby katechecie na taką ławkę do macania dziewcząt? O ile go znałam, nie należał do pokornych, co cicho siedzą, gdy źle się dzieje. Był zawadiaką, ale rycerskim. Potrafił nauczycielkę w szkole przywołać do porządku, nawet wyzwać od gestapo, gdy ta z okrucieństwem reagowała na zachowanie ucznia. Jakiegokolwiek ucznia. Nawet najgłupszego. Nawet takiego, którego sam nie cierpiał i któremu by z chęcią wlał, bo nie tolerował znęcania się nad nikim. Jednak Wiesiek był od nas starszy. I chociaż uczęszczał z nami do jednej klasy, bo repetował rok, jednak na religię chodził ze swoimi rówieśnikami. Więc u nas nikogo nie było, kto by się przeciwstawił Czapiewskiemu. A potem Wieśka już w ogóle nie było…

Osobiście nie zaznałam upokorzeń świńskiej ławki. Chociaż zdarzało się, że duchowny szykanował mnie za krótką spódniczkę i pierścionek z bursztynowym oczkiem, który dostałam na urodziny od chrzestnej, ale na świńską ławkę byłam za chuda, za bardzo dziecinna. I chyba dość nieładna. Po prostu aseksualna. Niemniej i mnie dopadła lubieżność katechety. Czapiewski bowiem, kiedy sprawdzał nasze opanowanie Credo na pamięć albo przepytywał ze znajomości liturgii wywoływał daną osobę na środek, plecami do klasy, aby nikt jej nie podpowiadał. Stawał naprzeciw i pilnie wpatrywał się w mówiącego: „To bardzo ważne, żebyście wszystko umieli na pamięć, bo z tej wiedzy będziecie korzystać w każdej mszy, przez całe życie, aż do samej śmierci”. Kiedy mnie wywołał z ławki, kiedy stanęłam przed nim, kiedy wlepił we mnie czarny, badawczy wzrok – odpychający i pożądliwy – miałam wrażenie, że cała krew odpłynęła mi z twarzy, a wraz z nią wszystkie wyuczone formułki, wszystkie wykute na blachę słowa. Usta z trudem i bezwiednie dobywały dźwięki, w których monotonii, w jąkaniu i zacinaniu się, intuicyjnie rozpoznawałam wersety wyznania wiary: „Wierzę w… w jednego Bo… Boga, O… Ojca wszechmogącego, Ssstwooorzyciela nieba i ziemi, nnnieba iii ziemi, wszystkich… wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych”. Wstydziłam się swego dukania, że nie potrafię poprawnie wypowiedzieć tekst, jakbym była jakąś mało rozgarniętą analfabetką, jakąś debilką od pasania gąsek, więc przestałam patrzeć Czapiewskiemu w oczy, odwróciłam wzrok, chciałam wbić go w ziemię. Nagle zauważyłam, że sutanna gdzieś na wysokości podbrzusza zaczyna się poruszać, jakby coś spod niej, coś uwięzionego, z czarnego sukna chciało się wyswobodzić, nieporadnie wyrwać na wolność. Po chwili ruchy pod materią stały się nerwowe – puścił jeden guzik, puścił drugi, puścił trzeci. Kiedy mówiłam „Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem odbiera uwielbienie i chwałę. Który mówił przez Proroków”, z rozpięcia w sutannie wypadła długa ręka, która pochwyciła mnie za prawą pierś. Zachwiałam się ze strachu i krzyknęłam, lecz usłyszałam zimne „Nie ruszaj się i mów wyraźniej, bo jeszcze raz wszystko będziesz powtarzać”, więc skamieniałam i dukałam dalej. Dłoń brutalnie pomacała moją pierś, potem drugą i uznawszy je za rzeczy mało atrakcyjne boleśnie uszczypnęła. Cisza za plecami upewniła mnie, że nikt na sali nie widzi, co się dzieje tu, przed katedrą, przed pozornie obojętnym katechetą. Tymczasem z rozpięcia w sutannie wysunęła się druga ręka i obie sięgnęły mi pod spódnicę. Ścisnęłam uda, lecz usłyszałam: „Rozluźnij się, dziecko, opanuj. I powiedz nam jeszcze raz całą modlitwę, porządnie, głośno i wyraźnie, abyśmy mogli cokolwiek z niej zrozumieć”. Pozorny chłód postaci i szatański błysk bezdennie czarnych oczu poraziły mnie i utwierdziły w przekonaniu, że mam do czynienia z czystym złem, które jak pająk rozsiadło się na dogmatach Kościoła i zatruwało zarówno duchownych jak i wiernych z parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa. Lubieżne dłonie pod spódnicą ściągały mi różowe figi, czochrały owłosienie podbrzusza, próbowały wsunąć się w rozpaczliwie bronioną zwarciem ud pochwę. Mimo oporu palec po palcu wciskał się między wargi, więc wściekle zaczęłam drapać te molestujące mnie kończyny. Ksiądz stęknął i zasyczał z bólu, a ja z krzykiem, że już lepiej Credo nie powiem, przytrzymując opuszczone do kolan majtki, uciekłam do ławki. Później przez kilka nocy śnił mi się Czapiewski: stał nade mną, nagą i bezbronną, „Mów Credo, bo ci nie dam rozgrzeszenia, mów Credo”, a jego niezliczone łapska – mnożące się w oczach – wykręcały mi ręce i nogi, biły po twarzy, szarpały za włosy, ciągnęły za uszy, zatykały nos, szczypały w sutki i w tyłek, „Mów Credo, mów Credo!”. Kiedy pochylał się, by ugryźć mnie w policzek, „Zjem cię jak Wieśka i Anię Priewe pod pociągiem”, budziłam się rozgorączkowana i zlana zimnym potem. Rozchorowałam się.

Nagle wszystko ustało, nagle Czapiewski wybył. To niespodziewane, bez jakiegokolwiek pożegnania, zniknięcie księdza Czapiewskiego z naszej parafii i z mojego życia było jak grom z jasnego nieba: jego pozycja pośród innych duchownych była przecież od dawna ustalona i mimo skarg rodziców był on przecież tak hołubiony przez księdza prałata, iż wydawało się, że na probostwie będzie jego następcą! A jednak z dnia na dzień go nie było! I co ciekawe, nikt się na jego temat nawet nie zająknął: nikt o niego nie pytał, nikt o nim nie wspominał. Ktoś inny przejął obowiązki katechetyczne, a na plebani przy ulicy Matejki, przy dzwonku z jego nazwiskiem natychmiast pojawiła się biała karteczka. Po prostu, jakby w ogóle nie istniał.

Długi czas odejście katechety kojarzyłam ze scysją przed cmentarzem parafialnym, której byłam świadkiem. Dopiero znacznie później dowiedziałam się o dwóch innych przyczynach wydalenia księdza, zaistniałych niemal równocześnie z zaobserwowanym przeze mnie wydarzeniem. Dwóch innych – znacznie ważniejszych, a opowiadanych mi z zakłopotaniem oraz lękliwym szeptem. Ale pierwotnie myślałam, że to właśnie strach przed zemstą upokarzanych wychowanków sprawił, że butny klecha porzucił swe uprzywilejowane względem pozostałych księży stanowisko, że po prostu uciekł. Było dla mnie jasne, że uciekł, bo to, co spotkało Czapiewskiego przed cmentarzem – zgodnie z biblijnym przekazem „kto sieje wiatr, zbiera burze” – mogło powtórzyć się w innych okolicznościach i ze znacznie groźniejszymi dla niego skutkami.

Pamiętam, było po Nowym Roku. Szłam zapalić świeczki na grobach Ani, Mirka i Wieśka. Ziąb mnie przenikał, śnieg trzeszczał pod butami. Nawet klęczące anioły z cmentarnej bramy pokryte były grubą bielą. Srebrną farbą i śniegiem połyskiwały w bladym słońcu. Zauważyłam księdza Czapiewskiego. Przed niecką cmentarza, na samym jej skraju, wyraźnie czekał. Na kogo? – może na ministrantów, może na grabarza. Na pewno w związku z pochówkiem. W birecie i w ciężkim sukiennym płaszczu narzuconym na sutannę wyglądał jak kruk samotny, co ponuro nastroszył się w śniegu, bo niczego do żarcia nie wygrzebał. Z cmentarza wyszedł syn pani Jagody – Jurka starszy brat. Gdyby nie długie włosy i czarne okulary przeciwsłoneczne przypominałby jakiegoś młodocianego Sherlocka Holmesa: brązowy płaszcz w pomarańczową kratę, kraciasta czapka z daszkiem, owinięty wokół szyi, długi, brązowy szal. Był zarumieniony i miał psa na smyczy. Przez cmentarz pewnie skracał drogę z Rynkowa. Zziajany pies, z wywiniętym ozorem buchający parą, wyrywał się do przodu, jakby hasania po lasach wciąż było mu mało. Kiedy chłopak w milczeniu mijał księdza, ten natarł na niego surowo:

- Co, Pasiński, podstawówkę skończyłeś, więc już jesteś taki ważny, że już nawet księdzu „Pochwalony” nie musisz powiedzieć?!

- Takiemu księdzu „Pochwalony” to ja mogę pięścią powiedzieć!

- Że co?!

- Że gówno!

I niewiele się zastanawiając, uderzył Czapiewskiego w twarz. Ksiądz zachwiał się, gwałtownie cofnął, a ponieważ było stromo w dół, poślizgnął i poturlał po stoku aż pod cmentarny płot. Brat Jurka nie czekał, aż mężczyzna się podniesie, otrząśnie ze śniegu, odszuka leżący gdzieś biret i ruszy ku górze odpowiedzieć na cios. Nie wypuszczając smyczy z ręki, razem z poszczekującym radośnie psem – mieszańcem podobnym do lisa – puścił się biegiem do domu.

Byłam zaszokowana: bić księdza?! Nie spodziewałam się takiego ataku agresji po chłopaku, który na naszej ulicy zawsze uchodził za spokojnego, nie rozumiałam jej. Pomyślałam, że to jeszcze jeden chuligan z Bocianowa, jeszcze jeden luj, który wkrótce zacznie wystawać w bramie z butelką piwa w łapsku. Dopiero później do mnie dotarło, że nie tylko dla mnie i dla innych dziewcząt obleśnie traktowanych, i dla chłopców z mojego kursu religii, nieustannie upokarzanych kuksańcami, Czapiewski był bolesną zadrą. Że był nią dla wszystkich. Przypomniałam sobie drugą klasę i jak jednego dnia razem z innymi dziećmi przyszłam na religię. W salce katechetycznej trwała jeszcze lekcja starszego rocznika, więc wszyscy, nie wyłączając siostry Felicji, musieliśmy czekać, aż ksiądz Czapiewski skończy. Kiedy drzwi się wreszcie otworzyły, kiedy uczniowie zaczęli wychodzić z sali, ujrzałam starszego brata Jurka – zrozpaczonego, bliskiego łez, z twarzą brudną od smoły. Pytałam później Jurka, co się stało, a on powiedział, że jakiś Kwasigroch z piątki i Kraszkiewicz z trójki na religii przeszkadzali jego bratu w rzeźbieniu indiańskiego wodza z kory, więc brat sięgnął zapałką na parapet otwartego okna i lepką smołą na patyku postraszył, że ich pomaże. Zauważył to Czapiewski, zabrał drewienko i tą czernią na zapałce namalował chłopakowi wąsy. A potem bardzo się śmiał z ubrudzonego smołą, zachęcając innych do szydzenia, i cieszył z własnego dowcipu. Pewnie takich historii było więcej. Nic więc dziwnego, że katechetę nigdzie nie kochano.

A jednak nie strach przed odwetem za lata upokorzeń był przyczyną odejścia Czapiewskiego z naszego kościoła. Nie była nią również awantura z rodziną Burchardtów z ulicy Chocimskiej, która miała miejsce jeszcze tego samego dnia, co pobicie. Słyszałam o Burchardtach z Sienkiewicza – było tam chyba trzech braci w różnym wieku, ale wszyscy starsi ode mnie. Chodzili do naszej szkoły, ale nie miałam z nimi styczności. Mówili o nich, że się słabo uczą, że wagarują, że palą papierosy i czasem rojbrują. Podobno najstarszy siedział za kradzież i jak przyszła amnestia, to się tak upił z radości, że wpadł pod samochód i zginął na miejscu. Głupia sprawa. Ale o Burchardtach z Chocimskiej właściwie nic nie wiedziałam. Czy byli to jacyś krewni tych z Sienkiewicza? – nie wiem, całkiem możliwe. Wiem, że uczęszczali do szkoły podstawowej numer pięć na Kościuszki, że było ich dużo, bo około jedenaścioro, że było tam chyba więcej chłopców niż dziewcząt albo odwrotnie, ale chłopcy byli bardziej hałaśliwi, bardziej łobuzowali, więc bardziej rzucali się w oczy. Podobno widywałam ich na religii, ale nie byli na moim kursie, więc ich zupełnie nie kojarzę. Przypadkowo podsłuchałam, jak zaaferowana Grabowska mówiła do Zentkowskiej, co jej w zaufaniu powiedział ksiądz Kokowski, że ci Burchardtowie z Chocimskiej, wszyscy razem, a było ich chyba z piętnaścioro, poszli na Matejki rozmówić się z księdzem Czapiewskim. Nie chcieli do księdza prałata, który wiecznie dymi kadzidłem i wszystko zbywa, chcieli koniecznie do Czapiewskiego. Byli wściekli: jeden z ich młodszych chłopaków – pewnie lorbas[4] nieusłuchany jak inni – podpadł katechecie rozkojarzeniem lub gadaniem z kolegą i ten tak mocno i to kilka razy wytargał go za pejsy, że trzy pełne garście włosów wyszarpał z czupryny i chłopak od ucha aż do przedziałka z lewej strony nad czołem praktycznie był łysy. Okrutne dzieciaki wołały „Łysek, łysek!” i z aprobatą księdza serdecznie się naśmiewały, nie wyłączając dziewczynki, w której ów młody Burchardt cielęco się podkochiwał, więc chłopak, gdy tylko wrócił do domu, targnął się na życie i gdyby jedna z sióstr nie zauważyła lejącej się krwi spod pościeli, na pogotowiu by go nie odratowali. Burchardowie zatem stanęli przy drzwiach domu księży i dzwonili. Dzwonili długo, lecz nikt nie odpowiadał. Czapiewskiego nie było. Dzwonili więc po wszystkich duchownych na plebanii, aż wreszcie któryś zszedł z piętra, by się dowiedzieć, o co chodzi. Wtedy wtargnęli do środka. Szli od pokoju do pokoju i szukali Czapiewskiego. Nigdzie go nie wypatrzyli. Ale nie zrezygnowali: rozsiedli się na korytarzu i czekali. Księża byli najściem oburzeni: „Co to za porządki?! Jakim prawem jacyś obcy ludzie na plebanii się panoszą?!” Prałat próbował mediować, lecz nestor Burchardtów – podobno równie sędziwy jak proboszcz Majchrzak – ofuknął go: „Nie pieprz, dziadu, zjedz owsiankę na kolację, zmów paciorek i do łóżka. My mamy sprawę do Czapiewskiego, pater, więc nic tu po tobie.” Gdy proboszcz postraszył, że zawoła milicję, krótkie „Spróbuj!” oraz wymowne uderzenie pięścią w otwartą dłoń w wydaniu najroślejszego z Burchardtów ostudziły jego zapały. Rodzina cierpliwie czekała kilka godzin. W kompletnej ciszy. Kiedy przed północą ksiądz się wreszcie zjawił, a był raczej smutny i na lekkim rauszu, na triumfalne „O, jest ksiądz wreszcie!” w zdumieniu zdążył tylko powiedzieć „Przepraszam, a o co chodzi?”, gdyż matka niedoszłego samobójcy natychmiast z lewej i prawej zdzieliła go w pysk. Szarpnął się, lecz przyskoczyli synowie i unieruchomili. Wtedy matka ponuro, bez jakiegokolwiek słowa, policzkowała katechetę. Z początku krzyczał, wyrywał się, wołał o pomoc, ale nikt z księży nawet nie wyjrzał na korytarz, więc jego wołania osłabły, ścichły i przeszły w bolesny jęk po każdym razie spadającym na twarz. Kobieta biła przez jakiś kwadrans, póki ręce jej nie omdlały, póki nie stały się równie czerwone i opuchłe jak policzki księdza. Powiedziała wtedy do męża „Stachu, teraz ty, bo ja już nie dam rady” i odeszła na bok. Mąż wyjaśnił: „Wiesz za co, klecho? – za mojego syna, któremu powyrywałeś włosy, żeby się naśmiewać, a on sobie podciął żyły. Masz szczęście, że przeżył, bo bym ci, skurwysynu, łapy odrąbał i zawiesił w kościele, choćby mnie później nawet sędzia Mróz miał sądzić. Tkniesz go jeszcze raz, a naprawdę z kikutami po kościele będziesz chodził. A teraz, żebyś wiedział, jakie to przyjemne.” Złapał Czapiewskiego za włosy i systematycznie, pukiel za puklem, kłąb za kłębem, jął wyrywać. Nie przeklinał, nie bił, nie spieszył się. Był dokładny. Ksiądz już nawet nie jęczał z bólu, tylko łzy mu ściekały po obrzękłym, czerwonym obliczu. Rodzina Burchardtów przyglądała się w milczeniu. Kiedy na czole i ciemieniu Czapiewskiego pozostała już tylko podrażniona wyskubywaniem gładka skóra, dziadek Burchardt pokruszył papierosa nad łysiną: „Na wieczną pamięć kary Bożej, niechaj włosy nie urosną więcej na tym głupim łbie, in saecula saeculorum[5], amen”. Następnie zebrał kłaki z podłogi i wepchnął je do ust oskubanemu: „Nigdy już nie będziesz kudłaty, śmierdzielu, a jeśli chętka cię najdzie, ażeby dzieci bić, sięgnij najpierw łapskiem do glacy na przypomnienie kary Bożej, jaka cię spotkała i jaka jeszcze może ci dupsko dobrze skroić.” Splunął i gdy Burchardowie opuszczali dom księży, walił laską w mijane drzwi, i wołał: „Pobudka! Wstawać, świętojebliwe dupki, wstawać pasibrzuchy! Cuda obaczcie na łepetynie waszego koleżki, prawdziwą lux perpetua[6]!”

Podobno księża długo bali się chodzić z kolędą na ulicę Chocimską, bali się gniewu Burchardtów. A Czapiewskiemu włosy rzeczywiście nie odrosły. Widziałam go w zeszłym roku, gdy było nawiedzenie miasta przez kopię obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Ulicami wokół Placu Piastowskiego przechodził kilkutysięczny tłum ze sztandarami kościelnymi, ciężkimi od haftu, oraz z wysoko na ramionach błyszczącymi od złoceń feretronami patronów różnych parafii. Byłam zaskoczona, widząc na Chrobrego, że Czapiewski, o którym wszyscy u nas zdążyli już zapomnieć, że w białej komży nałożonej na sutannę prowadzi orszak ministrantów. Z lękiem patrzyłam na jego ponurą twarz. Postarzał się. Zobojętniał. Zdawał się nie rozpoznawać ani miejsca, ani ludzi na Bocianowie, a przecież blisko dziesięć lat przy naszym kościele mieszkał. A może tylko udawał, bo nie chciał pamiętać miejsca swego upokorzenia? Może myślał, że nikt go nie rozpozna? W każdym razie było dość ciepło, był bez biretu i był łysy…

O rzeczywistej przyczynie usunięcia Czapiewskiego z naszej parafii powiedziała mi Violetta Klimczyk, którą niedawno spotkałam w „Jedynaku” na zakupach. Właściwie nie poszłam niczego kupować, bo mieszkanie wciąż trzeba urządzać i z oszczędnościami u nas krucho, ale żeby się rozejrzeć za bluzeczką jaką na naszą pierwszą Wigilię we dwoje. Święta bowiem mieliśmy spędzić Ślesinie, u rodziców Zenka. Chodziłam tedy po piętrach domu towarowego, zatrzymywałam przy półkach i stojakach obrotowych z odzieżą, patrzyłam na wymyślne pozy manekinów. Nie było niczego nadzwyczajnego, jak w komisie czy na Hali Targowej, ale i tak dałam się skusić i pod znudzonym okiem ekspedientek przymierzałam buty i garsonki. Akurat zatrzymałam się przy stoisku z krawatami, gdy zauważyłam Violettę.

- Cześć, Marietta. Co kupujesz?

- Wybieram krawat dla męża. – skłamałam, żeby się pochwalić i żeby nie myślała, że skoro była najładniejszą dziewczyną w naszej klasie i że do liceum chodzi, to innym już nie ma prawa w życiu się poszczęścić.

- Jesteś mężatką?! Naprawdę?! Ale numer!

Pokazałam jej obrączkę i było mi przyjemnie, że patrzyła na mnie z podziwem i zazdrością. W szkole nie zwracała na mnie uwagi. Należała do tych lepszych, do tych, wokół których świat się kręci, a ja do głupich i brzydkich, bo się słabo uczyłam, nie miałam ładnych ciuchów z zagranicy, za granicę – do Bułgarii, na Złote Piaski, albo na Węgry, nad Balaton – na wakacje nigdy nie jeździłam ani nawet pieska puszystego, takiego malutkiego i żałośnie poszczekującego nie miałam, chociaż tata wciąż mi obiecywał. Zadzierała więc nosa. I jeżeli się odezwała do mnie, to tylko po to, żeby mi coś rozkazywać, żeby nakrzyczeć albo zakpić. A teraz, proszę, wystarczyło pokazać, że życie to nie tylko dobre stopnie w dzienniku, że się ma powodzenie niezależnie od stawianych przez nauczycieli ocen, że się coś samemu w życiu osiągnęło, a już była całkiem serdeczna, a już rozmawiałyśmy, jakbyśmy od wieków były przyjaciółkami. Mówiła mi, że małżeństwo mi służy, że wyładniałam, że tak bzem pięknie pachnę i że w ogóle, jestem jakaś taka inna, lepsza, i pytała, skąd mam tak cudowne perfum: „Na pewno jest zagraniczne. W Pewexie za dolary kupowałaś, czy może ktoś ci przywiózł z Zachodu?” Odpowiedziałam, że dostałam od chrzestnej z Aleksandrowa i że moja ciotka ma znajomego marynarza, co ciągle jeździ po świecie. A potem, by nikomu nie przeszkadzać w zakupach i by nam nie przeszkadzano w rozmowie, podeszłyśmy do balustrady, skąd miałyśmy widok na parter, czyli na wewnętrzny dziedziniec sklepu, bo dom towarowy został zaprojektowany jako budynek z atrium i z przeszklonym nad nim dachem. Więc patrzyłyśmy z góry na ludzi chaotycznie krążących pomiędzy półkami i wieszakami lub zdecydowanym krokiem kierujących się prosto na schody, na wyższe kondygnacje, i rozmawiałyśmy o naszej klasie, o wychowawczyni, że się roztyła jak mops i przefarbowała na rudo, o Ilonie Michałowskiej, że pali papierosa za papierosem, o Violetcie Kotolińskiej, że straciła chłopaka. Plotkowałyśmy o zabawnym Zelku, że sprawił sobie dużą, czarną teczkę niby ważny dyrektor, o Zosi Melkowskiej, że jej babcia umarła, o Jurku Pasińskim, że zaczął łysieć, o Tobolewskim, że uszkodził sobie siekacze i połamanymi w trójkąt zębami straszy jak rekin. Wspominałyśmy, prymitywnego Pacałę, który jako dzieciak wepchnął młodszego kolegę do transformatora i tamten chłopak w wyniku rażenia prądem stracił rękę, i malutkiego Sochaczewskiego o fiołkowych oczach, dzieciaka rozkosznego jak cherubinek, który, jak przyszedł do naszej klasy, a było to chyba w trzeciej klasie, każdej dziewczynie strasznie się podobał, a który zamiast uczyć się, po podstawówce poszedł do roboty – podobno najął się na woźnicę. W pewnej chwili Violetta spytała: „Czy pamiętasz Mariolę Niewiadomską? Pamiętasz, jaka była z niej kurwicha?” Oczywiście, że pamiętałam. Była zgrabna i ładnie zaokrąglona. I lubiła to pokazywać. Po każdych zajęciach z wuefu, gdy zgrzane i zmęczone schodziłyśmy do szatni, pierwsza ściągała kostium gimnastyczny i całkowicie obnażona starannie go składała i chowała do torby. Potem brała ręcznik i mydło i niespiesznie szła pod prysznic. Prawie zawsze, zanim jeszcze wzięła kąpiel, nie krępując się nagości albo raczej nagością się pyszniąc, rozmawiała ze wstydliwie przebierającymi się koleżankami o zagraniach piłką lub o zadaniach domowych. Dowcipkowała lub się wygłupiała nawet po umyciu, gdy się wycierała i gdy do szatni zaglądała nauczycielka, by nas ponaglić, lub gdy wchodziły dziewczęta z innych klas na kolejną lekcję wychowania fizycznego. Patrzyłyśmy z zazdrością na jej wydatne, śliczne piersi o bladoróżowych sutkach, na smolisty, gęsty jak u dojrzałej kobiety aksamit podbrzusza, w którego równym trójkącie całkowicie ginęła jej płeć. Zazdrościłyśmy jej swobody, że nic sobie nie robiła, że wszyscy, nawet obcy, widzą ją zupełnie gołą. Pamiętam, jak pytała mnie, czy wiem, jak się całuje chłopaka.

- Oczywiście, że wiem. – skłamałam, bo się z żadnym jeszcze nie całowałam.

- No to pokaż.

- Jak, pokaż?

- No, pocałuj mnie jakbym była chłopakiem. Dziewczyny, patrzcie, Marietta nam pokaże, jak się z chłopakiem całuje.

Wszystkie nas otoczyły, więc ustami musnęłam Mariolę w usta.

- Co ty?! Przecież tak się nie całuje! To trzeba językiem!

- Językiem?

- Jasne! Zobacz, jak to się robi. Otwórz usta i przechyl lekko głowę, żeby nosem nie zawadzić o nos. O, tak, tak. A teraz połóż ręce mi na ramionach i przytul się.

Objęła mnie i w moje rozchylone usta wsunęła swoje i językiem dotknęła mego języka. Z obrzydzenia odruchowo szarpnęłam, lecz nie pozwoliła się odepchnąć. Język, który mnie wypełniał, był prężny i ruchliwy i przypominał ocierającego się o nogi zadowolonego kota.

- To wstrętne! – odskoczyłam, a dziewczyny się śmiały.

- Wcale nie! – zaprotestowała. – Musisz tylko się oswoić. Chłopaki, jak się ich tak całuje, zaraz dostają małpiego rozumu i łapią nas za cycki. Albo majtki chcą ściągać. Spróbuj jeszcze raz, zobaczysz, że ci pójdzie lepiej.

Czułam, że robię się czerwona jak burak, ale koleżanki nie pozwoliły mi uciec: „Spróbuj, głupia, spróbuj! Spróbuj, co ci szkodzi!” Zamiast powiedzieć „Jak jesteście takie mądre, to same spróbujcie”, dałam się znów pocałować i rzeczywiście poszło lepiej – było mniej wstrętnie, a nawet przyjemnie. A potem ta wiedza mi się przydała, kiedy zaczęłam chodzić z Wieśkiem i kiedy zaczęliśmy doświadczać pocałunków. Było inaczej niż z Mariolą. Odkryłam, że całowanie może być naprawdę upajające i można się w nim zatracić. Ale ten pierwszy raz, to pierwsze, prawdziwe usta-usta zawdzięczam kaprysowi i śmiałości erotycznej Marioli, która w połowie siódmej klasy, po zimowych feriach, nie wróciła już do naszej szkoły. Dziewczyny mówiły, że Niewiadomscy otrzymali mieszkanie na Wyżynach i zdecydowali, że córka właśnie tam, na Wyżynach, będzie kończyć podstawówkę. Szkoda, że przeprowadzka do bloków odbyła się w czasie ferii, bo Mariola nawet z nami się nie pożegnała. Szkoda, bo nigdy jej później nie spotkałam.

Kiedy Violetta Klimczyk spytała o Mariolę, byłam zaskoczona: dawno już o niej nie myślałam ani w rozmowach z koleżankami z klasy nawet nie wspominałam. Myślę, że nikt o dziewczynie już nie myślał.

- Czy wiesz, czego się dowiedziałam? – Violetta patrzyła na mnie podniecona. – Czy wiesz, że Mariola Niewiadomska wdała się w romans z Czapiewskim?!

- Z księdzem?!

- Tak, z naszym wstrętnym katechetą!

- Ale głupia! I jaka dziwka! Chłopaków jej mało?! Za każdym przecież ganiała jak wściekła suka! Na pewno bachorów już się dorobiła albo skrobankę za skrobanką zalicza! I jeszcze ten ksiądz!

- To nie tak, jak myślisz. – Violetta pokręciła głową.

I powiedziała, że Marioli wcale nie zależało na Czapiewskim. Owszem, była lekkomyślna i nie stroniła od prowokacji – głupio kokietowała duszpasterza jak chłopców, których znała – ale z jej strony nie było zaangażowania uczuciowego. Była to raczej ciekawość księdza i skutków swego prowokowania – dziewczyna miała przecież tylko trzynaście lat – niemniej Czapiewski nie przepuścił okazji do wzajemnego kontaktowania się, do różnych całowanek i macanek. Przed współżyciem też się nie zawahał. A ona? Omotana jego pożądaniem godziła się na spotkania. Może imponowało jej, że jest kimś ważnym dla człowieka dorosłego? Że się z nią liczy? A może podniecało ją, że to ksiądz? Że z uczuciem trzeba się ukrywać, bo wierni potępią? Zakazany owoc zawsze nęci.

Trwałoby to pewnie jeszcze długo, gdyby podczas przyjmowania kolędy ojciec Marioli nie zauważył, że Czapiewski za plecami śpiewających pastorałkę ministrantów dyskretnie porozumiewa się z jego córką, że się umawia. Ponieważ bujna natura Marioli już nieraz przysparzała kłopotów Niewiadomskim, ponieważ sąsiedzi już nieraz wytykali dziewczynę palcami i mówili, że się puszcza, więc natychmiast nabrał podejrzeń. Cały następny dzień dyskretnie ją obserwował. Przyszło mu to o tyle łatwo, że pracował w ciepłowni i akurat miał nocną zmianę. Kiedy Mariola oświadczyła, że idzie do koleżanki, powiedział, żeby nie siedziała za długo, żeby odgrzała sobie obiad, jak wróci, i żeby na niego nie czekała, bo on też musi pilnie wyjść, a potem autobusem podjedzie do „Belmy”, zaczeka aż mama skończy pracę i razem wybiorą się na zakupy. Marioli w to graj: zamiast do koleżanki, za mosty pospieszyła na cmentarz parafialny, gdzie przed bramą duchowny już ją wyglądał. Czapiewski nie był w dobrym nastroju, nie ucieszył się na jej widok. Przemarznięty i obolały otrzepywał się ze śniegu. Pomstował przy tym na Pasińskiego, na tego bandytę i bezbożnika, że jak stał, spokojnie stał i czekał – na Mariolę, rzecz jasna, czekał – że go ten głupi szczeniak pobił i zrzucił ze skarpy: „Widzisz, Mariola, pobił księdza! Pobił katechetę! Ot, co znaczy komunistyczne wychowanie! Lumpenproletariat z Rycerskiej! Pijacy i awanturnicy! Ale mu nie daruję, nie puszczę płazem! Pójdę do rodziców na skargę, a może nawet na milicję! Niech go wezmą w obroty, niech wezmą do poprawczaka, niech mu dadzą szkołę! A bratu to na pewno nie dam promocji do następnej klasy! Niech wie, że Kościół ma długie ręce, że z Kościołem nie można zadzierać!” Żeby go udobruchać dziewczyna zaproponowała, by poszli do niej – akurat nikogo nie ma, więc się ogrzeje, ubranie wysuszy, coś gorącego wypije i uspokoi, i w ogólności będzie bardzo fajnie. Czapiewski mimo wzburzenia nie miał oporów. Krótkim „No to chodźmy” przystał na pomysł i w rezultacie, już pół godziny później, grzał się przy herbatce z sokiem malinowym w pokoju małoletniej gospodyni i częstował katarzynkami w czekoladzie. Płaszcz i sutanna suszyły się na linkach przewiązanych wokół pieca, a biret – we wnęce między kaflami. Potem były pieszczoty – jakby nieśmiałe, jakby od niechcenia, ale miękką czułością warg, ale opuszkami palców, nabierające mocy i zapamiętania i wraz z zachłannym wyszarpywaniem ciał z więzienia ubrań na oślep idące ku rozkoszy – a potem najście Niewiadomskiego i brutalne, u progu szczytowania, wyrwanie Czapiewskiego z ud Marioli i z krótkim „Wypierdalaj!” wyrzucenie rozedrganego wzwodem i wijącego się z bólu księdza na klatkę schodową, ciśnięcie za nim odzieży i zatrzaśnięcie drzwi. Sutanna oraz płaszcz poleciały oknem.

Niewiadomski nie zbił córki. Nawet nie zwymyślał. Rosły i czerwony od gniewu pochylił się nad skuloną pod kołdrą z przerażenia i spokojnie wycedził: „Z klechami się gzisz pośród klechów zgnijesz. Już ja tego dopilnuję.” Cisnął w nią spódnicą i swetrem, „Przestań się mazać i wyłaź z wyra. Nie jesteś chora, żeby się wylegiwać. I umyj dupę od tego Pater noster[7], żebyś mi kurwą nie śmierdziała”, po czym opuścił pokój, by zgodnie z zapowiedzią pojechać na Grunwaldzką, do „Belmy”, i razem z żoną udać się na zakupy. Po drodze wszystko jej powiedział, więc kiedy z siatkami zawierającymi włoszczyznę, makaron i jajka, z siatkami obciążonymi cukrem, kaszanką i burakami, z siatkami wypchanymi kurczakiem, margaryną i twarogiem, czyli z siatkami pełnymi żywności, Niewiadomscy przyszli wreszcie do domu, atmosfera była ciężka od ciszy: milczał ojciec o ściągniętej gniewem twarzy, milczała matka o powiekach zaczerwienionych od łez, milczała córka o bojaźliwym spojrzeniu. Wszyscy na siebie popatrywali, ale nie działo się nic. Tylko telewizor czarno-biało migotał programem, którego i tak nikt nie oglądał. Wieczorem jak zwykle, gdy miał trzecią zmianę, ojciec Marioli poszedł do pracy. Jednak o świcie nie położył się spać. Po pracy wypił kawę, wypalił papierosa, zjadł śniadanie, pożegnał żonę spieszącą na poranny autobus, poczytał „Gazetę Pomorską”. Czekał. Gdy Mariola w końcu wstała, rzekł, by coś zjadła i szybko się oporządziła, bo wychodzą.

- Dokąd? – wczorajszy lęk dał o sobie znać.

- Oddać czapkę twojemu świętojebliwemu.

Faktycznie, na stole leżał biret przeoczony przy ciskaniu rzeczy przez okno. Jednak wbrew przypuszczeniom Marioli nie poszli do księdza Czapiewskiego. Udali się wprost do proboszcza. Ojciec dziewczyny nie starał się być uprzejmy. Nie powiedział „Niech będzie pochwalony” ani zwyczajowe „Dzień dobry”. Przeszedł od razu do sedna: „Jesteśmy w sprawie Czapiewskiego. Ma się stąd wynieść natychmiast”. Prałat Majchrzak oburzył się na takie dictum, aż nawet jego słodko śmierdząca sutanna przestała dymić kadzidłem, lecz mężczyzna za nic miał protesty. Chwycił starca za ucho jak niegrzecznego uczniaka i rzekł: „Słyszałeś, co powiedziałem!? Ma się stąd wynieść natychmiast! Nie próbuj mnie zbywać jak innych. Twój gówniany Czapiewski moją trzynastoletnią córkę wyruchał, rozumiesz?! Nieletnią, rozumiesz?! Może nawet zgwałcił, rozumiesz?! Więc przestań mi się stawiać, proboszczu, tylko rób, co ci każę, bo ci na kark milicję i prokuratora sprowadzę. Pamiętaj, władza lubi brudy w Kościele i lubi księży w kajdankach. On pójdzie siedzieć za współżycie, a ty za współudział, bo go kryłeś. Dlatego masz tego chuja wywalić z parafii na zbity pysk.” Proboszcz zaczął się trząść jak galareta. Poprosił siostrę Felicję, by niezwłocznie poszła po Czapiewskiego. Kiedy duchowny się stawił, Mariola była przerażona: zniekształcona opuchlizną twarz – niewątpliwy efekt pobicia – i rozległa łysina sprawiły, że go nie poznała, że myślała, iż zaszła pomyłka, iż sprowadzono jakiegoś obcego, bardzo starego księdza. Ale to był on, to był Czapiewski. I to najprawdopodobniej jej rozwścieczony ojciec go tak urządził, tak go oszpecił! A jeżeli księdza obił i powyrywał włosy, to co z nią zrobi? Złamie nos? Potnie twarz? Powybija zęby? Zarżnie, a może powiesi? Zadrżała. Ale Niewiadomski nie myślał jej uspokajać i wyprowadzać z błędu. Ze złym uśmiechem rozkazał, by oddała swemu kurewskiemu kochasiowi jego czapkę, bo mu w łepetynkę zimno i może resztkę włosów stracić. Do Czapiewskiego zaś powiedział: „Wczoraj wypierdoliłem cię z domu, a dzisiaj wypierdalam z parafii, jasne?!” Katecheta zaczął nieskładnie się tłumaczyć. Mówił, że niczemu nie jest winien, że na kolędzie zostawił bardzo cenny notes i dlatego wczoraj przyszedł do Niewiadomskich i że to ona, to Mariola, nie chciała mu zwrócić jego własności, i że zaciągnęła go do łóżka, strasząc, że popełni samobójstwo, jeżeli nie będzie się z nią kochać. Dziewczyna słuchała z niedowierzaniem: „Nie, nie, przecież to wszystko jest kłamstwem!” Poparł ją ojciec: „Słyszałeś, klecho?! Łżesz jak pies, więc nie kłam, bo każde twoje kłamstwo w szczekanie się obróci.” Kapłan zignorował ostrzeżenie. Szło o jego skórę, szło o przekonanie proboszcza o swej niewinności, szło o jego dalsze losy, więc ciągnął wyjaśnianie. I wtedy zaczął szczekać. Co zabrał się do mówienie, to zamiast słów psie ujadanie z gardła wychodziło. Patrzyła nań siostra Felicja – szczekał, patrzyła Mariola – szczekał, patrzył ojciec Marioli – szczekał, patrzył prałat – szczekał. Szczekał i szczekał. A we wszystkich oczach widział zarzut kłamstwa. Wtedy zrozumiał, że przegrał, że nikt mu nie uwierzy. Zamilkł więc. Zamilkł i się rozpłakał. I kiedy tak ołysiały i opuchnięty płakał, Niewiadomski ściągnął krucyfiks znad drzwi i kazał proboszczowi na krzyż przysiąc, że Czapiewskiego wydali: „Jeżeli zobaczę to ścierwo na mszy, zrobię skandal. Zerwę mszę. Publicznie obiję tego chuja i wypędzę, i wszędzie rozgłoszę, że jest pedofilem i dobiera się do dziewczynek.” Łamiącym się głosem proboszcz przysiągł. I przysięgi dotrzymał.

- Teraz rozumiem, dlaczego tak w jednej chwili i w tajemnicy Czapiewski odszedł z naszej parafii. – powiedziałam, gdy Violetta skończyła. – I dlaczego żaden z księży nigdy go nie wspominał.

- Był pupilem proboszcza, ale nie miał przyjaciół. Inni księża go nie lubili.

- Więc wszystko dobrze się skończyło.

- Nie dla wszystkich, nie dla Marioli.

- Jak to? Mówiłaś, że ojciec jej nie zbił.

- Bo nie zbił. Ale sprawa nie rozeszła się po kościach.

Westchnęła i powiedziała, że po tym, jak prałat Majchrzak zdecydował się na wydalenie swego faworyta z parafii, Niewiadomski wyprosił córkę na korytarz i długą chwilę jeszcze z nim rozmawiał. Nie o Czapiewskim i o ewentualnym zawiadomieniu prokuratury o przestępstwie, lecz o losie Marioli. Tak przynajmniej podejrzewała sama Mariola. Mężczyzna dostał też od proboszcza jakieś pismo urzędowe, bo z siostrą Felicją musieli przejść do biura parafialnego, żeby przystawić pieczątki. A potem wszystko sprawiało wrażenie złego snu, z którego nie było przebudzenia, koszmarnej bajki z której nie było wyjścia: pośpieszne pakowanie niezbędnych rzeczy, stalowoniebieska, garbata warszawa zaprzyjaźnionego z Niewiadomskimi pana Mariana, długa i w milczeniu jazda taksówką gdzieś pod Chełmno, gdzie ojciec ją zostawił u Sióstr Pasterek, prowadzących dom poprawczy dla dziewcząt, i słowa pożegnania: „Do domu możesz wrócić, jak już będziesz w habicie”.

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że ojciec ją zmusił… – zawołałam.

- Chcę. Najpierw się uczyła gdzieś pod tym Chełmnem, potem w Topolnie, a potem została zakonnicą.

- To niemożliwe!

- A jednak. Przybrała imię Teresy od świętej Teresy z Ávila.

- Siostra Teresa Niewiadomska! Nie wierzę! Skąd ty to wszystko wiesz?!

- Od niej samej. Spotkałam ją na ulicy. Szła do kaplicy Klarysek od Wieczystej Adoracji na Alejach. Przynajmniej tak mówiła. Nie poznałam jej. Przeszłabym spokojnie obok, gdyby nie zawołała. Mówiła, że po jej wyjeździe wszystkie jej rzeczy, książki i zabawki rodzice wydali do Caritasu dla biednych, że przeprowadzili się na Wyżyny i że w tym nowym mieszkaniu nawet nie pomyśleli o pokoju dla niej. Był dla młodszego brata Marioli, ale nie dla niej. Wykreślili ją z rodziny – zupełnie, jakby umarła. Pojmujesz to?

Gdyby nie moje pochwalenie się zamążpójściem i wynikająca stąd serdeczność Violetty, pewnie nigdy bym się nie dowiedziała, jak przeraźliwie zakończyło się dzieciństwo Marioli, jak z woli rodziców i Kościoła dokonano spustoszenia w jej umyśle i tę lekkomyślną, ciekawą siebie i świata i jego uroków dziewczynę wpędzono w śmierć za życia. Nigdy bym nie pomyślała, że w naszych czasach – niby światłych, niby wolnych od przesądów, naznaczonych racjonalizmem nauki oraz humanizmem – jest możliwe karanie nieposłusznych dziewcząt klasztorem na modłę średniowiecza, jest możliwe decydowanie o ich losie, zupełnie jakby były tylko częścią inwentarza domowego. Nigdy też nie pomyślałabym, że świntuszący sadysta Czapiewski wykroczy poza sprośne gesty głupawego pętaka z podstawówki, że okaże się zboczonym niewyżytkiem seksualnym. Ale bez względu na tę wiedzę moja niechęć do parafialnego kleru była tak wielka, że przenigdy nie zgodziłabym się, by wziąć ślub w rodzinnym kościele.

Zatem był Ślesin. Świątynia z drewna pod wezwaniem świętego Mikołaja. Pamiętam biel ambony i trzech ołtarzy w złoceniach rokoka. Pamiętam grę kolorów z bocznych witraży. Ściszony głos kapłana i surowy ton organów… Nasz ślub właściwie obył się bez wesela, bo trudno nazwać weselem trochę lepiej zastawiony stół dla domowników i włączony telewizor zamiast muzyki. Trudno też nazwać nocą poślubną przedrzemanie we dwójkę na ciasnej kozetce, gdy obok śpią inni. Ale w małżeństwie nie o ceremonie chodzi, lecz o wspólne życie, a to zaczęło się dla nas na rogu Rycerskiej i Ogrodowej, pod skośnym dachem domu Lulków.

`

Nastały mroczne dni. Nie rozjaśniała ich grudniowa biel, która kładła się na szarość podniszczonych ulic – poczerniałych wiekiem, schorowanych łuszczycą tynku i zaschłymi ranami cegieł – albowiem sama szybko nabierała niezdrowej szarzyzny. Posępna szarość nieba – w godzinach południowych jedynie przechodząca w przytłumiony popiel – rychło ustępowała czerni zmierzchu, a tej nie rozpraszały płomyki wcześniej zapalanych latarń. Poza tym między domami siwo snuł się gęsty dym, który, miast w górę iść z kominów, nisko opadał i zatykał przechodniom dech w piersiach.

Było zimno i ślisko. Dozorcy pracowicie zgarniali śnieg z chodników w niewielkie pryzmy na krawężnikach, sypali sól, popiół i żwir, lecz i tak ludzie zakutani w ciepłe płaszcze, czapki i szale przewracali się na betonowych płytkach, a dzieciarnia, rano idąc do szkół, wesołą jazdą na butach wyślizgiwała najdrobniejsze zlodowacenie. W takie dni na Bocianowie nie chciało się żyć. Gdyby nie rutyna codziennych zakupów i konieczność przygotowania do świąt Bożego Narodzenia, pewnie nikt nie opuszczałby ciepłego domostwa: pewnie grzałby się przy buzującym piecu, z wódką w ręku spoglądał w telewizor lub pochylał nad książką.

Dzielnica była duża, jednak w świadomości bydgoszczan jakby nieistniejąca: nie była ani ważnym handlowo i urzędniczo Śródmieściem bądź historyczno-patriotyczną Starówką, ani dość przyjemnym architektonicznie, pudełkowatym Błoniem, ani nawet wojskowym, socrealistycznie zdyscyplinowanym Osiedlem Leśnym. Bocianowo nie uchodziło za potężną sypialnię jak Fordon, nie trwożyło osławą bandyckich ekscesów Szwederowa, nie było modne jak obskurne, betonowe czworaki na Wyżynach. Obok biednego Czyżkówka, jednorodzinnych Jachcic, zamkniętej na wyżynnych peryferiach Osowej Góry, Bocianowa po prostu nie zauważano. A przecież oparte o dworzec Bydgoszcz Główna i wielkie targowisko na Placu Piastowskim, pełne kościołów różnych wyznań – bo i metodystów, i ewangelików, i prawosławnych, i adwentystów dnia siódmego, i zielonoświątkowców, i kościoła polsko-katolickiego – z ciągiem cmentarzy za torami i surową obecnością koszarów Wojskowej Służby Wewnętrznej było w głównym nurcie życia miejskiego.

Dzielnica powstała w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, a jej architektonicznym zrębem – podobnie jak i całej Bydgoszczy, którą wówczas zwano Bromberg – stała się mieszczańska secesja. Na dwu i trzypiętrowych kamienicach pełno było trójkątnych stiuków nad oknami i ozdobnych gzymsów oddzielających piętra. Nad bramą tynk bywał ukształtowany w liście, rozety, rogi obfitości z wysypującą się kiścią winogron, a nawet w piękne twarze kobiet o zwojach włosów wystylizowanych w kręty ornament. Czasem budynki takiej Brenkenhofstrasse, Gartenstrasse, Luisenstrasse czy Rinkauerstrasse[8] dumnie prężyły się swym wiekiem: Anno Domini 1901, 1905, 1908, A.D. 1911.

Ale złota era miasta Bromberg nie trwała długo. Niemiecki rozmach budowlany – w centrum szykowny i rozumny, któremu jednak na Bocianowie jak cień pasożytniczo towarzyszyła polska pokraczność naprędce stawianych bieda-domków – skończył się wraz ze strzałami w Sarajewie i zwałami trupów pod Verdun. Potem wraz z Polską w dzielnicy zapanowała parterowa i jednopiętrowa tandeta. Stąd na Rycerskiej, Zygmunta Augusta czy Ogrodowej przy monumentalnej secesji nagle tuliła się budowlana lichota z krzywym dachem i z jeszcze brzydszymi dobudówkami.

Po drugiej wojnie światowej niewiele się zmieniło. Wybudowano kilka szkół na tysiąclecie państwa polskiego, postawiono dwa, trzy biurowce, rozbudowano fabryki. Poza tym marazm – nieremontowane domy, zaczęły się sypać , czernieć, rozpadać. Niemniej takie właśnie biedne i zaniedbane Bocianowo, z jego targowiskiem i neobarokowym kościołem na Placu Piastowskim, wdzięcznie zapisało się w pamięci lokalnego poety Hubertusa:

 

Na placu Najświętszego
Serca Pana Jezusowego
Które kościelnym bije barokiem
Towar sprzedają
Towar kupują
Wrzaskami przekupniów grzechocze Mamona

- To świeża kaczka godna pieca
I śliwek suszonych na okrasę –
Rumiana zdrowiem gospodyni
Ściśnięta chustą na włosach niedbałych
Do ręki wciska mi z zapałem
Ptaka ze skrzepłą szyją

Ktoś owoc zachwala nabrzmiały słodyczą
Ktoś wdzięczy się futrem z hodowli własnej
Tu oczy błyszczą chciwie jak bilon
Tam pijak butelką się toczy
I rdzawo naśmiewa

Pod portal więc wsuwam się
Bogaty w ornament i czujny figurą Piotra i Pawła
I zgiełk targowiska
Strząsam milczeniem nawy
A także pustką ławek czekających mszy

Tam sinym fioletem
Od Ducha Świętego idącym na apostołów
Nade mną plafon się wybrzusza

Przystaję więc okiem

Tam pod sufitem
Pionowo błyszczy powaga piszczałek
Którą dźwigają mocarne Atlasy

Przystaję więc myślą

Tam mistrz Jankowski
Wirtuoz nieobecny wzrokiem
O barok dłonie opiera na klawiszach
I kościół unosi
I mnie zasłuchanego
Nad ptaki
Nad ptaki

Przystaję więc sercem[9]

`

Zima w rozkwicie była dobrym czasem dla woźniców, co rozwozili opał – wszak zawsze ktoś potrzebował węgla bądź drewna na ogrzanie, a ciężarówką nie wjedzie się na ciasne podwórka. Dawała też wymierne korzyści kominiarzom, którzy ostrożnie wspinali się na oblodzone dachy, by żelaznymi kulami i miotełką przywracać cug w piecach. Poza tym przynosiła spory pieniądz zdunowi Basińskiemu z Ogrodowej piętnaście oraz jego eks-czeladnikowi, Ryśkowi Gajewskiemu, który na lewo, za półdarmo, wymieniał pęknięte kafle bądź przepalone ruszty, przestawiał piece i naprawiał zawiasy w żeliwnych drzwiczkach.

Basiński nie cierpiał swego byłego ucznia nie tylko dlatego, że jako tańszy w usługach odbierał mu klientów. Rysiek Gajewski był najzdolniejszy ze wszystkich czeladników jakich kiedykolwiek miał i na dodatek miał smykałkę do roboty. Daru jednak nie cenił. Był bowiem strasznie niesubordynowany: nie przychodził na czas, nie dotrzymywał umówionych terminów, zjawiał się w pracy nietrzeźwy. Za czeladnika swego bardzo często zatem mistrz świecił oczami przed ludźmi. Na domiar złego, podczas wykonywania usługi, Basiński przyłapał Ryśka, jak pod nieobecność gospodarzy wypijał alkohol z ich barku. Czara goryczy się przelała: zrobił awanturę i wyrzucił chłopaka z terminu. Brat Pelego zbytnio się nie przejął. Słowa Basińskiego spłynęły po nim jak po kaczce. I chociaż nie poszedł po nauki do innego zduna i nigdy nie wyzwolił się na mistrza, zaczął praktykę na własną rękę. Nie zarabiał dużo – często musiał imać się innych zajęć – niemniej na upojne chwile w knajpie zawsze starczało. Zwłaszcza zimą.

Pora roku sprawiała, iż Grabowska sporadycznie wyglądała na ulicę ze swego poddasza. Nie widziała zatem wszystkich pijanych powrotów Ryśka Gajewskiego do domu. Niemniej nie zaprzestała napominać Pelego w sprawie brata: „Pelje, brat twoj biedjeńki. Ty pilnuj go, bo z wodki cziornyje niszcastje w zło godzjine doń przyńdzje. Ono już go szuka, szuka, a jak najdzje, tragiedja gotowa. Pilnuj go, pilnuj rodzonego, bo to twoj jedyny brat. Drugiego na jarmarku nie sprawisz”. Wściekły był Pele, że mu ciągle o tym bracie, ale przecież nie skrzyczy starej jędzy – nie wypada. Zresztą, rzadziej wystawał w bramie, bo mrozem ciągnęło i do Bożego Narodzenia trzeba było się sposobić, więc i tego gadania tak dużo nie było.

Krzątanina wokół świąt oraz niechęć do wychodzenia w krótkie, zimne dni sprawiły, że incydent w knajpie z uderzeniem Rozanielonego w czoło nie miał żadnych następstw, że zatarł się w pamięci. Zresztą, Rozanielony do końca roku ani razu nie zajrzał do „Bukietu”, a Boże Narodzenie wraz z Mariettą spędzał u rodziny w Ślesinie. Mówili później Lulki, że Marietta miała do nich pretensję, że nie zapobiegli scysji, że nie interweniowali, „Przecież wiecie, jaki z Marca Polo pies na wszelkie burdy”, ale tylko wzruszali ramionami – nie byli wszak świadkami zajścia: gdy kusiciel, Pele i Marco Polo od Rozanielonego domagali się piwa, oni spokojnie siedzieli przy swoich kuflach i świat ich nie obchodził. Mówili też, że z tej złości pachniała bzem tak intensywnie, że spocili się i myśleli, że pomdleją, i że jeszcze przez tydzień na klatce schodowej zajeżdżało tą kwiatową złością jak kocimi szczynami, i że nawet listonosz, co dziesiątego babci emeryturę przynosił, myślał, że jakiś chuligan butelki perfum porozbijał na schodach.

Co sam Rozanielony myślał o blasze, którą w mordowni zarobił, trudno było powiedzieć. Czy już wtedy rosła w nim śmiertelna nienawiść? Czy już wtedy żądza odwetu przesłaniała mu cały świat? Nie wiadomo. Nie pomstował, nie odgrażał się, do rękoczynów się nie brał, ale z pewnością do porządku nad upokorzeniem nie przeszedł, skoro widząc kusiciela lub Pelego pozdrawiał ich skinieniem głowy bądź poufałym „Serwus”, zaś Marca Polo zbywał milczeniem, traktował jak powietrze.

Nie od razu Marco Polo zauważył rezerwę względem swej osoby. Dopiero na Trzy Króle. Dopiero wtedy się zorientował, że Rozanielony odeń się dystansuje, i uznał to za rzecz obraźliwą.

Było po mszy w niedzielę, gdy z trzech bram głównego wejścia i dwoma pobocznymi lud żwawo wysypał się z kościoła, wyniesiony na zewnątrz skrami z organów, które po kapłańskim błogosławieństwie buchnęły radością pasterzy, bo „dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem, wesoła nowina, że Panna czysta, że Panna czysta, porodziła syna”. Jedni z dziećmi spieszyli na sanki, inni do domów, by szykować wystawny obiad, jeszcze inni szli na cmentarz, by zapalić świeczkę, lub dostojnie zażywali spaceru. Wśród wychodzących była też Marietta i jej mąż. Przytuleni do siebie, od tłumu odgrodzenie wyczuwalnym zapachem bzu jak nimbem jakowym, z uśmiechem kłaniali się i odkłaniali znajomym. Tu zwykłe „Dzień dobry”, tam dodawali „A co u państwa słychać?” albo „Jak zdrówko?” i tak płynęli od jednej grzeczności do drugiej, od jednego uśmiechu do drugiego, w dobrosąsiedzkim tańcu uprzejmych zachowań. Marietta była ubrana w zielony płaszcz z szykownym kołnierzem – szerokim, z ciemnobrązowego, sztucznego misia. Z takiego samego misia miała czapkę w kształcie toczka, a że na włosach i pod szyją była starannie owinięta białą chustą, płaszcz i czapka, a także botki na niedużych obcasach – lśniące i prawie czarne – nadawały jej elegancji szlachetnych, barokowych panien. Zatem urodą i szykiem ściągała spojrzenia. Rozanielony prezentował się przy niej licho: kusy, granatowy ortalion z doczepionym kołnierzem ze sztucznego baranka, kraciasty szal, czapka z daszkiem – też z beżowego baranka – i czarne, niezbyt często prasowane spodnie, które workowato opadały na czarne, jakby trumienne półbuty.

- Ho, ho, wyglądasz jak dama! –

Kusiciel cmoknął z uznaniem na widok Marietty i jako że pierwszy raz w tym roku widział się z nią i jej mężem, dodał:

– Pomyślności na cały rok. –

Jego zielona, ortalionowa kurtka mieściła się kanonie powszechnej tandety, ale prawdziwa czapka z bobrowego futra wynosiła go ponad tłum biedniaków z Bocianowa. Towarzyszący mu Pele miał kurtkę czarną z kapturem, zapinaną na zamek błyskawiczny, w której, ignorując ziąb, zwykle nosił się porozpinany, dwukrotnie wokół szyi okręcony długim szalem z wełny, wydzierganym na drutach w poprzeczne, niebiesko-czarne barwy „Zawiszy”. Kaptur sprawiał, że obywał się bez czapki, zaś czapkę nosił tylko przy bardzo silnych mrozach, ponieważ na długich włosach źle mu leżała. Poza tym w odróżnieniu od Alotka – który w niedziele i święta wkładał eleganckie, popielate spodnie, wyprasowane na kant, i do tego starannie wypastowane, czarne buty w szpic à la bitelsi – Pele nie przebierał się w dzień świąteczny i jak zwykle chodził albo w ciemnych sztruksach, albo w dżinsach, a obuty był w mocne traperki o grubej podeszwie na protektorach.

Pele był jakiś nieswój. Zazwyczaj radość go ogarniała, gdy widział Mariettę, ale nie tym razem. Tym razem był milczący, gdyż rankiem, o pierwszej szarości, gdy na wpół senny i trzeźwiejący z sobotniej libacji u Jolki wracał do siebie, minął go samochód. Był mechanikiem samochodowym, zatem jeden rzut oka mu wystarczył, by wiedzieć, że minął go nowy model wołgi GAZ M-21. Wołga była czarna, lśniąca, bezszelestna. I bez kierowcy. Prawdziwa limuzyna ze srebrną figurką biegnącego jelenia na masce. Mogła należeć do Hinzów, ale ich samochód od piątku czekał w warsztacie Pacury na naprawę. Była więc obca, ale dlaczego bez kierowcy? Czy faktycznie nikogo nie było w środku, czy to tylko złudzenie? Może kierowca pochylił się i dlatego Pele go nie zauważył? Ale skoro pochylił się, to i musiał się podnieść, bo nie sposób przejechać całej Rycerskiej z głową poniżej kierownicy i w ogóle nie widząc drogi. A jednak nikt się nie podniósł. Szofera nie było. A skoro samochodu nikt nie prowadził, to znaczy, że było to przywidzenie. A skąd przywidzenie? – ani chybi z alkoholu. Pele słyszał o delirium tremens, o różnych pijackich wizjach, o niepoczytalnych ekscesach, czyli o przysłowiowych białych myszkach, więc bał się, że i on przeholował z piciem, że i jego dopadła biała gorączka nałogowców. Stąd na pięknym, cygańskim obliczu przedpołudniowe przygnębienie.

Marietta i Rozanielony odwzajemnili życzenia na nowy rok i zapytali, dokąd tak we dwóch spieszą.

- Do „Warszawianki” idziemy Trzech Króli świętować. – kusiciel się uśmiechał. – A jest nas po jednym na każdego króla. Oto Melchior, Kacper i Baltazar. –

Wskazał na Pelego, na siebie i na nadchodzącego z Jolką Marca Polo.

- A ja to niby co?! – Jolkę na chwiejnych nogach jeszcze nie opuściły skutki sobotniej gościnności. – Pies, kurwa, jestem?!

- Jolka, ty jesteś królowa! – kusiciel objął ją ramieniem i pocałował w policzek. – A królowa jest tylko jedna.

- No!

Blondyna o kredowych policzkach i jaskrawo pomalowanych ustach uśmiechnęła się. Była wysoka i silnie zbudowana, co podkreślało krzykliwe futro z imitacji tygrysiej skóry i białe kozaczki na masywnych nogach. Nie nosiła czapki ani chusty, a długie włosy miała niedbale upięte w kok. Marco Polo też był w gołej głowie. Nastroszony jeż lekko opadał mu na czoło. Jego policzki i nos były czerwone od zimna, zaś wąs oszroniony. Mężczyzna miał na sobie czerwoną kurtkę z krótkim, pomarańczowym szalem. Nogawki brązowych spodni od garnituru wcisnął w niedbale zawiązane buty narciarskie. Rzucił „Cześć, Marietta”, lecz dziewczyna nie odpowiedziała, więc do Rozanielonego warknął „Witam”. I też nie było odzewu. Zagrała w nim wściekłość. Wbił wzrok w męża Marietty:

- Te, ludzi nie poznajesz?!

- Ludzi poznaję, ale nie idiotów.

- Co powiedziałeś?! – dwoma rękoma pchnął Rozanielonego, aż ten upadł. – Ja jestem idiotą?!

Rozanielony zerwał się, lecz Marietta przyskoczyła do niego:

- Zenek, nie! Błagam, nie!

Próbował wyrwać się z jej objęcia, ale z determinacją wczepiła się w jego ciało:

- Puść, puść!

- Nie, Zenek, nie! Proszę, nie widzisz, że pijany?!

Marco Polo z dłońmi zwiniętymi w pięści patrzył na szamoczącą się parę i czekał na próbę odwetu. Stojąca przy nim Jolka czknęła i zaniosła się rechotem:

- Ale się kotłują! Napierdol mu, Maras, napierdol podług lat i będzie spokój! Ha, ha, ha! I tej pindzie też nakop do dupy, żeby nie była taka przemądrzała! I żeby było weselej! –

Pele objął blondyna ramieniem i szepnął do ucha:

- Maras, chcesz się, kurwa, bić przed kościołem? Ludzie patrzą.

- Co mam robić, jak mnie głupi chuj obraża?!

- Dopadniesz go u Lulków.

Tymczasem na Placu Piastowskim z majaczącą sylwetą brudnożółtego kościoła o poczerniałych dachówkach i czterech wieżyczkach kunsztownie pękatych zielonkawą miedzią zrobiło się zbiegowisko. Ci, co z ulicy Sowińskiego szli na mszę, i ci, co ulicą Sowińskiego po mszy wracali do domów, przystanęli, nie wiedząc, co się dzieje. Wszyscy, choćby tylko z widzenia, znali Mariettę, jej męża, Marca Polo i towarzystwo Marca Polo, więc na scysję przed kościołem sarkali ze zgorszeniem:

- Patrz, pani, spokojnych ludzi zaczepiają.

- Żeby bić się przed kościołem?! – wstydu nie mają!

- Co za luje i już od rana pijane!

- Panie, tu brak Niemca, żeby porządek z nimi zrobić.

- Co tam Niemca?! – milicję na takich! Jak im pydą[10] tyłki skroją, to się będą zachowywać.

- Przez takich miasto na psy schodzi.

- Przed wojną nie do pomyślenia.

Rozanielony przestał się szarpać. Uspokoił się, mimo że kusiciel – życzliwie podający mu czapkę, która przy upadku poleciała w śnieg – cicho podjudzał: „Zeniu, dasz się takiemu pijusowi? Pozwolisz, by tobą pomiatał?” Rzucił tylko w stronę Marca Polo:

- Jeszcze się policzymy.

- Wtedy cię zajebię na śmierć, klawiszu.

- To ci sędzia Mróz stryczkiem zajrzy w oczy.

- Mnie?! Mnie sędzia Mróz może skoczyć! Ja, kurwa, się żadnego Mroza nie boję ani jakiegoś innego pizdusia z sądu. Mróz prędzej tobie do dupy zajrzy, aniżeli mnie. Ja cię, kurwa, zajebię i nic mi nie zrobią, bo ja mam żółte papiery[11], głupi chuju!

- Dobrze wiedzieć, ale i tak cię odnajdę.

Marietta ujęła męża pod rękę i szepnęła: „Chodźmy już”. Ruszyła, a mężczyzna posłusznie dał się prowadzić.

- Marietta, nie bądź zła, to nie nasza wina! – zawołał Pele, lecz nie doczekał się odpowiedzi – dziewczyna nawet się nie obejrzała.

Cała trójka w milczeniu patrzyła w ślad za ostrożnie odchodzącymi w ulicę o gmatwaninie wysokich i niskich dachów, w ulicę, której oszczędna elegancja zaniedbanych elewacji – z wyszarzałych tynków o wypryskach bieli i wyłażących spod tynku cegieł – za Hetmańską i aż do Zygmunta Augusta przechodziła w solidną, pruską czerwień koszarów. Mężczyźni nagle posmutnieli. Nawet Marco Polo. Było im jakoś głupio, zwłaszcza że tłum patrzył na nich jak na zbrodniarzy. Tylko Jolka nie czuła się skrępowana. Zataczająca się i z mętnym wzrokiem, z torebki wyjęła papierosy i gwałtownymi pstryknięciami zapalniczki, bez powodzenia, usiłowała zapalić.

- A wy tu czego?! – nagle się zezłościła na gapiów. – Do kościoła, matołki, pacierze klepać! –

Zajście przed kościołem Najświętszego Serca Pana Jezusa – rozplotkowane wzdłuż i wszerz Bocianowa, Ogrodowej i Rycerskiej – zapewne długo byłoby rozpamiętywane po domach. Rozegrało się bowiem na oczach wylęknionych Bebisiów, którzy w asekuracji zołzowatej babci karnie spieszyli na mszę, na oczach łysego Zielińskiego i jego wiecznie milczącej żony, rodziny Trybockich, z którą mimo dąsów nawet Garbus solidarnie dreptał do kościoła, na oczach klanu piekarzy Hinzów, nagle pozbawionego samochodu, bo się zepsuł, dwóch Dółaków od Blachowskich, gromadki Patockich – w różnym wieku, lecz nieodmiennie o uszach wielkich i odstających – i Gontarkowej, która pod rękę z Pokorową wracała z kościoła. Scysję widział – również podążający do domu – Tabaka o bujnej szopie siwych włosów i jego syn milicjant, który po kryjomu, w cywilnych ciuchach, uczestniczył w niedzielnych mszach. Nawet Hitler Gierowski i jego leciwa matka, idący tuż za Tabakami, mimo nie najlepszego wzroku wszystko zobaczyli. Z miejscowych plotkar tylko Grabowskiej nie było i Kaczyńskiej, ale one chodzą do kościoła skoro świt, a także Tuchy, gdyż ciężka jak słonica kobieta miała problemy z chodzeniem i nawet dojście do mleczarni Gronsioków na rogu było dla niej wielką, pełną potu i zadyszki wyprawą.


[1] ohajtnąć – pobrać, ożenić, wyjść za mąż (region.)

[2] ego te absolvo – ja cię rozgrzeszam (łac.)

[3] mea culpa – moja wina (łac.)

[4] lorbas – wyrostek, krnąbrny, nieposłuszny  chłopak (region.)

[5] in saecula saeculorum – * na wieki wieków (łac.)

[6] lux perpetua – światłość wiekuistą (łac.)

[7] Pater noster – Ojcze nasz – pierwsze słowa modlitwy (łac.)

[8] Brenkenhofstrasse, Gartenstrasse, Luisenstrasse czy Rinkauerstrasse – Bocianowo, Ogrodowa, Hetmańska czy Pomorska (z niem.)

[9] Hubert Ostoja-Dybowski: Na Placu Piastowskim, wiersz z tomu „W cieniu mojego miasta”

[10] pyda – dawniej: wielorzemienny przyrząd do chłostania dzieci; później: każdy przedmiot służący do dyscyplinowania (region.)

[11] żółte papiery – zwyczajowe określenie zaświadczenia lekarskiego o częściowej lub całkowitej niepoczytalności; szczególny przedmiot pożądania i powód do dumy dla wielu mężczyzn, którzy pragnęli uniknąć powszechnego obowiązku służby wojskowej i nie iść z tego powodu do więzienia

  • #1 napisane przez ~Anna
    około 3 lata temu

    Świetnie mi idzie lokalizowanie opisanych zdarzeń w przestrzeni – gorzej w czasie :-( Moja pamięć nie współgra do końca z pamięcią autora – a może pewne pomieszanie czasów to zabieg celowy? Mieszkałam nieomal w tym samym „fyrtlu”, na Świętojańskiej, ta sama parafia była wówczas moją (dziś żadna moją nie jest), znam te realia, nazwiska ówczesnych księży z NSPJ, bliska mi była muzyczna (chóralna, potem big-beatowa) oprawa mszy, jako że nieraz z tremą pewną odstawiałam duety lub solówki wokalne. Niektóre z opisanych przez Mariettę incydentów pasują mi do lat 60′, ale wtedy większość wikarych nie była „ramolami” – a działania i cechy opisanego ks. Czapiewskiego (nie było zresztą takiego) kojarzą mi się z dwoma, nie z jednym duchownym – jeden był sadystą i ciskał z ambony diabłami, dugi był obmacywaczem i zniknął nagle z parafii po, jak plotka głosiła, aferze seksualnej z małolatą…

  • #2 napisane przez waldemar_pasinski 
    około 3 lata temu

    Droga Anno!
    Cieszę się, że moja powieść bydgoska przypadła Ci do gustu. Oczywiście, zacieram czas, ponieważ z jednej strony zwiększa się oniryzm (mierzę w realizm magiczny), z drugiej mitologizuję wydarzenia. Stąd osadzenie w bliżej nieokreślonej przeszłości. Zmiany czasu będą widoczne w kolejnych częściach (pojawienie się asfaltu, likwidacja latarni gazowych itp.). Natomiast co do ludzi kościoła. Był bardzo nielubiany przeze mnie ksiądz Czapliński. Kościelny od wieków był stary, chociaż dopiero po latach uświadomiłem sobie, że dopiero siwiał. Nie wiem, dlaczego zawsze uważałem go za starca, ale w mojej pamięci tak się właśnie zapisał. Podobnie jak organista. Pamiętaj jednak, Anno, że nie piszę reportażu lub wspomnień, stąd pozwalam sobie na pewną dowolność.
    Przy okazji: jak też bardzo lubiłem te msze bigbeatowe. W zespole młodzieżowym były dwie – skądinąd bardzo ładne – dziewczyny, które fantastycznie śpiewały. Pozdrawiam.

Brak trackbacków.