TWARZE W ULEWNYM MROKU – vol.4

`

Jednak starcie Marca Polo z Rozanielonym na Placu Piastowskim nie stało się wielkim wydarzeniem. Poszło w niepamięć, ponieważ pod wieczór, na Rycerskiej, znaleziono Ryśka Gajewskiego – zadźganego nożem. Brat Pelego leżał we krwi pod murkiem od posesji numer trzy, którą stanowił wielki, pusty plac z magazynem spółdzielni „Tęcza” w głębi. Czy tam go uśmiercono, czy gdzie indziej pchnięto nożem i nieborak, pragnąc wrócić do domu, resztkami sił dowlókł się pod trójkę i skonał – trudno powiedzieć. Dość, że na jego przykurczone pod płotem ciało, w mdłym świetle brudnej latarni, jako pierwszy natknął się ksiądz Kokowski, który tej niedzieli z ministrantami chodził po kolędzie. Zaraz po nim przy Ryśku zjawili się ci, co wracali z popołudniowej mszy, oraz dzieciarnia rozgrzana i zmęczona sankami bądź piruetami na szkolnych lodowiskach. A potem nadbiegli okoliczni mieszkańcy – zaniepokojeni, że kolęda zapowiedziana, a księdza nie ma – a także ciekawscy, którzy nie przeoczą żadnej sensacji: „Co się stało, kogo zabili?!”, „To Rysiek?! Jezu, jak go pochlastali!”, „Trzeba ratować, dzwonić na milicję!”, „O, Boże, taki młody i już trup”.

Pragmatyczny Tadek Modrakowski przyniósł ze sobą latarkę, więc jej białym snopie ujrzeliśmy wytrzeszczony i zmętniały wzrok trupa i grymas przedśmiertnego bólu stężały na ptasiej twarzy. Ktoś zasłabł, ktoś poszedł w pryzmę zwymiotować, ale wszyscyśmy byli żądni krwawego widowiska, wszyscyśmy tłoczyli się nad denatem i gorączkowo mówili jeden przez drugiego, gubiąc się w domniemaniach, co do sprawców i przyczyn morderstwa. Byliśmy jak w transie, chociaż ksiądz wznosił modły, napominał i wzywał do szacunku dla zmarłych. Ktoś, zdaje się że, łysy Zielińskim spod siódemki albo stary Tabaka spod czternastki, kategorycznie stwierdził, że trzeba natychmiast powiadomić milicję, a ponieważ nikt się nie kwapił, więc kapłan posłał ministrantów na portiernię do „Tęczy”, bo tam był jedyny w okolicy telefon. A kiedy tak czekaliśmy na przyjazd funkcjonariuszy i kiedy nadbiegł na wpół pijany Pele brata obaczyć, Grabowska przecisnęła się doń z wymówką: „Pelje, czy ja nie mowiła, że brata masz pilnowac?! Czy ja nie mowiła?! I co, ty Ryśka pilnował?! Ty ganiał go od wodki?! Nie, ty, durny, harę w knajpie dudlał, gdy brata cji zbrodzjeń mordował! Tak i na konjec sjerotą ty ostał!”

Strach nas brał od gadania Grabowskiej, bo nagle krzepka starucha zza Buga zwidziała się nam wyrocznią bezlitosną, jakąś heksą[1] z piekła rodem. Ten i ów przypomniał sobie, jak piętnowała go kamiennym słowem i jak później popadał w tarapaty, gdy jej nie usłuchał. Taka Gontarkowa wbrew mężowi rozpuszczała jedynaka, choć nieślubny był i do rojbrowania[2] skory. Grabowska przestrzegała, że ladaco z Andrzejka nielichy i że karcić go pydą trza mocno, bo jak chłopak nie weźmie w skórę, to jak podrośnie, złem za pobłażliwe wychowanie odpłaci. I rację miała. Zezol, gdy pełnoletniości doszedł, papierosów i alkoholu, jął się z ojczymem brać za łby. A że i z Gontarka chłop krewki i za kołnierz nie wylewający, więc awantury w domu często i gęsto były. Nawet na ulicę te rodzinne bijatyki się przenosiły, gdyż Andrzej kolegów na ojczyma zmawiał, by razem dokopać staremu. Dlatego dla świętego spokoju musiało dość do rozwodu w rodzinie i do wyjazdu Gontarka z powrotem na Śląsk. Sokołowskiej – na długo zanim została babcią Bebisiów – Grabowska mówiła, by męża od wódki trzymała z daleka, bo trunkowy za bardzo. Chudy, drobny i ruchliwy Sokołowski kelnerem był w hotelu „Ratuszowym” i spijał się do nieprzytomności. Ale Sokołowskiej to nie przeszkadzało: „Pani Grabowska, toż on kelner, a kelner musi wypić, bo co taki ma z życia? – żylaki od biegania z potrawami, wrzody na żołądku od gderania gości na złą kuchnię, bo temu przypalone, temu za słone, a tamtemu jeszcze niedogotowane, temu to, a tamtemu sio. Wszystko im zorgujesz[3], a nikomu nie dogodzisz. I siniaki ma całkiem spore, gdy spitego awanturnika trzeba uspokajać lub wyrzucić z lokalu. Dlatego żeby nie wyjść z nerw, musi halbkę[4] wódki wypić z kolegami ”. Pozwalała mężowi pić, pozwalała, aż jednego razu, na festynie z okazji Pierwszego Maja, Sokołowski założył się z kolegami, że pół litra spirytusu wypije duszkiem. Wypił i Sokołowska została wdową. A trzeba było słuchać plującej zieloną śliną heksy zza Buga – gnać chłopa od alkoholu, awantury robić, łzy babskie wylewać i rwać włosy, to by jeszcze po świecie pochodził. A tak, leży sobie od trzydziestu lat pod płytami z lastriko, gdzie latem raz na tydzień kwiatki mu zmieniają na świeże, palą świeczki i co kilka lat literki w nazwisku malują na czarno. Również Trybockich Grabowska napominała, by dzieciaka pilnowali, bo chociaż tylko na podwórze go wypuszczali, to czterolatek taki nienażarty świata, taki ciekawski, że wszędzie włazi – w najciemniejszy kąt i w najmniejszą dziurę. Trzeba cały czas mieć go na oku, żeby krzywdy sobie zrobił. Słowa Grabowskiej puszczali mimo uszu, a potem było już za późno, kiedy jakimś cudem chłopczyk wlazł na szopę i z niej spadł, i strzaskał kręgosłup, ponieważ potem, chociaż jeździli po szpitalach i sanatoriach i prywatnie zachodzili do specjalistów od ortopedii, nic już nie można było zrobić – dziecko wyrosło garbate.

Kiedy Grabowska rzekła swoje, czekaliśmy słów Pelego. Ale Ryśka brat nigdy nie był skłonny do publicznych przemów, zwłaszcza gdy miał wzięte. Zatem wybąkawszy „Puśćcie mnie do brata”, jął się przedzierać przez tłum. Ludzie patrzyli nań ze współczuciem, na jego rozbiegany wzrok, rozwiany włos, ubranie rozchełstane, i bez szemrania ustępowali. A kiedy stanął pod skrwawionym murkiem, zapytał: „A gdzie Rysiek?” I nagle wszyscy zobaczyliśmy, że w plamie krwi na śniegu nie ma trupa: „Zniknął! Rysiek zniknął!”, „Niemożliwie, jak zniknął?!”, „Jezu, nie ma!”, „Jak nie ma, jak trup?!”, „Może nie był trupem, może go nie ukatrupili?”, „No jak, poszedł i nikt go nie widział?!”, „Trup, Rysiek był trup! Wszyscy widzieli, że trup!”, „Może cud jaki?!”, Cud?! Jaki cud?!”, „No, ten z Łazarzem, co zmartwychwstał!”, „Gówno, nie cud!”, „No to, gdzie Rysiek?!” Strach mieszał się z niedowierzaniem. Nawet nieduży ksiądz Kokowski lękliwie żegnał się i mruczał, że siła nieczysta. Potem, jeszcze tego samego wieczora, wieść o bandyckim zamordowaniu młodego parafianina wraz Dobrą Nowiną o Narodzeniu Pańskim w asyście dwóch ministrantów – w nałożonych na płaszcze nieco pomiętych komżach – niósł od domu do domu i miast radości wzbudzał przestrach, zaś na niedzielnej sumie, niby mając na uwadze zniknięcie zwłok zabitego pijaczka, płomiennie z ambony potępiał nowe pogaństwo i zabobon, które szerzą się, gdy ludzie są małej wiary, gdy ulegają zepsuciu i pokusie innych wyznań, którym dokoła, w naszej pięknej parafii, natychmiast stawiają nowe świątynie i już nie wiesz, czy jesteś w kraju katolickim, któremu z góry patronuje Czarna Madonna z Jasnej Góry, czy w nierządnym Babilonie, gdzie ateizm, pijaństwo, rozpusta i mordowanie dzieci nienarodzonych są obrazą Pana Naszego.

A tymczasem latarka Tadka niespokojnie omiatała miejsce śmierci młodszego Gajewskiego i okolicę dokoła, jakby w nadziei, że z ciemności nagle wyłowi sylwetkę domniemanego denata. Ale nic takiego nie nastąpiło: Rysiek Gajewski po prostu zniknął i gdyby nie plamy krwi na murku i chodniku wszyscy byśmy myśleli, że ulegliśmy jakiejś zbiorowej halucynacji i że w ogóle go tu nie było. Grabowska na to wszystko pokiwała głową: „Łoj, durny, durny Rysjek! Umrzyk ci on, umrzyk, a wodki cięgiem głodny! Miast do zjemli iść, jako insze umrzyki, do knajpy go gna, do hary! Tedy tam idzcje, tedy tam go obaczycje”. I znów miała rację.

Jeszcze tego samego wieczora brat Pelego pojawił się „Pod Bukietem”. Zamówił herbatę i dwie pięćdziesiątki, i żółty ser do tego, bo zgodnie z wywieszką alkohol wysokoprocentowy podajemy tylko z zakąską, i usiadł w kącie pod oknem. Przepił doń Franuś Rogoziński, co szukaniem żony od lat wałęsał się po kieliszkach, zaś stary Szneka, który niczemu nigdy się nie dziwił – nawet okrwawionemu od noża ubraniu zmarłego – i który w zielonej furażerce harcerzy do partyzanta z wojny raczej podobny był niż do grajka, dla ukontentowania młodszego Gajewskiego oraz na cześć jego powrotu z zaświatów, od ucha rżnął tangiem po zżółkłych klawiszach harmonii i wtórował energicznie posuwistym śpiewem: „Nasza jest noc i oprócz niej nie mamy nic, prócz tej nocy ciemnej”[5].

Chudy, wątły, o cerze chorobliwie sinej, Rysiek Gajewski w niczym nie przypominał przystojnego brata. Zupełnie, jakby z innej gliny został ulepiony – tej gorszej. Barwa jego włosów – niezbyt obfitych, zawsze w nieładzie, zawsze w strąkach, o silnych zakolach i dość długich, gdyż przykrywających uszy i sięgających karku – wahała się pomiędzy spłowiałym kasztanem a popielą czerni. Twarz o kwadratowej żuchwie, ciemnych, fioletowych ustach topielca, zapadłych policzkach gruźlika i długich zmarszczkach na czole i od nosa, osadzona na cienkiej szyi o wydatnym jabłku Adama, wyglądała staro, jak gdyby Rysiek dawno przekroczył czterdziesty rok życia i bardzo wielu zmartwień doświadczył. Zaostrzony nos i cofnięty podbródek z profilu upodabniały go do genialnego Chopina, en face zaś – do nastroszonego ptaka. Wyglądał nieszczególnie i ubierał się nieszczególnie. Ani mądry, ani dowcipny, ani towarzyski. Niezauważalny. I takim na zawsze pozostał, odkąd nóż mordercy dwukrotnie zagłębił się w jego brzuch.

Przychodził do knajpy zwykle wieczorem. Z piwem lub wódką siadywał w kącie. Odkłaniał się znajomym i milczał. Czasem, gdy ktoś go nagabywał, narzekał na nadmiar pracy lub na skąpstwo klientów, bo ciągle brał jeszcze jakieś fuchy i zlecenia. Czasem skarżył się na ból w poszarpanych trzewiach. A czasem się uśmiechał i prosił akordeonistę o zagranie „Nasza jest noc”. Wypytywany o swoją śmierć, nie wiele umiał powiedzieć. Nawet Lulkom, choć zapewniali: „Rysiek, ty rzuć tylko nazwiskiem, a skurwiela przez zimny magiel na Bocianowie przepuścimy.” I na dowód prawdomówności łamali na cztery potężne popielnice z zielonkawego szkła, jakby to był kruchy, komunijny opłatek. Brat Pelego tylko potrząsał głową: niczego nie pamiętał. A potem żegnał się i wychodził. Jednak nie skręcał w Rycerską i nie szedł do siebie pod piątkę, lecz rozwiewał się gdzieś w ciemności…

`

Nie myślę, bym była uprzedzona do księży, wszak chodzę do kościoła, ale od księży z naszej parafii trzymam się z daleka. Nie chcę, by w jakikolwiek sposób wpływali na moje życie. Niech msze odprawiają, niech spowiadają i odwiedzają wiernych porządkiem kolędy i to wszystko. Żadnych poufałości. Dlatego na niedzielnej mszy Zenek i ja nie tłoczymy się wraz z innymi w ławkach głównej nawy, lecz bocznym wejściem wchodzimy na chór. Z góry perspektywa jest inna, bezpieczna, niemal boska. Nie ma ryzyka, że natknie się na karcące spojrzenie księdza, na pochylony szept „Czemu, córko, tak mało angażujesz się w życie parafii?”, na rejestrowanie pamięcią, kto ile datku na kościół rzucił na tacę. Nie ma natrętnych oczu w ławce, które oceniają urodę, fryzurę, makijaż, które penetrują ciekawością strój i biżuterię, gest i sposób poruszania się, które śledzą zachowanie na mszy, zatopienie w modlitwie i przyjmowanie komunii i które bezwzględnie szykują grunt pod sąsiedzką obmowę. Nawet po ofiarę na kościół na chór przychodzi tylko malutki kościelny.

Z góry ma się wrażenie dystansu do oglądanej ceremonii oraz jej uczestników, chociaż samemu w niej się uczestniczy. Z góry czuje się wolność i oddech organów za plecami. A więc jest prawie jak w niebie. A w przekonaniu, że chór jest świątynnym niebem, utrzymują dwie potężne figury męskie ze słupów – białe jak marmur, jedna brodata, a druga młodzieńcza, a obie do połowy obnażone i pochylone, o naprężonym w nieustannym trudzie dźwigania splocie mięśni i żył – figury mitycznych Tytanów, na barkach których spoczywa balkon z ozdobną balustradą, ciemne organy o zmatowiałym srebrze piszczałek, ławki i w ławkach modlący się ludzie. Tu, w nimbie dźwięków i wysokości, z obudowanego drewnem podium, w królestwie przycisków, pedałów i biało-czarnych rzędów manuału, wśród pożółkłych nut pisanych brajlem i dyskretnie przewracanych prawicą, nieco zgarbiony na ławeczce, panuje uśmiechnięty starzec o zamkniętych oczach – niewidomy organista Jankowski. Zawsze elegancki w garniturze lub, gdy zimno, w rozpiętym płaszczu sprawia wrażenie posągu, jakiegoś szczupłego, słowiańskiego Buddy, który swym z lekka nieobecnym zadowoleniem daje ukojenie i przypomina o dążeniu do równowagi duchowej. Ale kiedy jego palce powędrują po klawiszach, kiedy stopy dotkną pedałów, on – cichy i stateczny – staje się bezwzględnym demiurgiem muzyki, który siłą, szybkością i mnogością dźwięków z wyszczerzonych srebrem, karnie wyprężonych rur instrumentu spada na rozmodlony tłum, obezwładnia go i wciąga w wir powszechnego śpiewu ad majorem Domini gloriam[6]. I płynie pod sklepienie Ojcze nasz, któryś jest w niebie, i wznoszą się słowa entuzjazmu w pieśni Pod Twą obronę Ojcze na niebie grono Twych dzieci swój powierza los, i bije w niebo skarga Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami, i ponuro hymn się niesie szorstkim, zwięzłym pragnieniem Święty Boże, Święty Mocny, Święty a Nieśmiertelny, zmiłuj się nad nami! A jeśli śpiew jest niemrawy, jeśli nie ściga się z melodią, jeśli nie dorównuje mocą wielkiemu, niemal orkiestrowemu tutti, jeśli nie podąża za huczeniem basów, za trylem sopranów, za nagłym triumfem trąb, dzwonków, skrzypiec lub fagotu, w który ręka wirtuoza zmienia zwykły dźwięk piszczałek, wtedy biada wiernym, biada bezzębnym babulinom, biada dziadowskim dyszkantom, biada zawodzącym kobiecinom, biada ochrypłym od fałszu tłustawym facetom i bigotom bez życia, i buczącej pod nosem młodzieży, albowiem organista zawstydza wszystkich gniewnym wrzaskiem „Szybciej śpiewać, nie ciągnąć, to nie pogrzeb!” albo „Głośniej, głośniej, nie śpiewacie kołysanek do poduszki!” Bywało, że z furią przerywał granie i po zbesztaniu ludzi na dole zaczynał pieśń od nowa. A wszyscy, łącznie z kapłanem, pokornie poddawali się terrorowi dążenia do doskonałości, gdyż ślepiec to mistrz nad mistrze, czarodziej organów, jakiego ziemia bydgoska nigdy nie nosiła, żywiołowy i kolorowy geniusz religijnych dźwięków, dla posłuchania którego do Najświętszego Serca Jezusowego, na Plac Piastowski, ściągali wierzący i ateusze, młodzi i starzy, mieszkańcy rozmaitych zakątków Bydgoszczy i zamiejscowi. I chwała jego organów niosła się daleko, daleko. Powiadała mi Kaczyńska na Rycerskiej – nasza psia królowa z wózkiem, zawsze starczo kołysząca się, kiedy szła, i zawsze w ruchliwej hosannie bezpańskich kundli – że tajemnica wspaniałej wirtuozerii Jankowskiego tkwi w tym, że aniołowie zmęczeni codzienną krzątaniną wokół naszych ziemskich spraw nie ulatują do nieba, by odpoczywać w chwale Pana, lecz nocują tu, na ziemi, że wchodzą do świątyni, jako że jest to ziemia Boga, i żeby ich nikt nie zauważył i im nie przeszkadzał, wnikają w organy kościelne i przesypiają ciemność w zimnych, metalowych płucach rozpartego pod sufitem instrumentu. W podzięce za nocleg jest właśnie kunszt gry organowej. A dany jest on tylko Jankowskiemu, człekowi wielkiej pobożności, bo jako niewidomy nie może podpatrywać posłańców Najwyższego i plotek nijakich o ich obecności rozgłaszać.

W królestwie organisty należało zająć miejsce na lewo od muzyka, gdzie na ścianie wisiała wyblakła tablica jubileuszowa z fotografiami członków założonego i prowadzonego przezeń chóru „Harmonia”. W przeciwnym razie było się narażonym na podeptanie oraz potarganie włosów. Jankowski bowiem miał zwyczaj wychodzenia za potrzebą w czasie mszy. Zawsze w czasie kazania. Więc kiedy ksiądz perorował z ambony, on cichutko opuszczał swoje stanowisko przy klawiaturze i macając drogę deptaniem po obuwiu lub opieraniem się o głowy wiernych, kierował się do drzwi. Potem w ten sam sposób wracał i nie było sposobu, by uniknąć kontaktu z jego stopą lub dłonią: wszak dla niewidomego tylko ten kontakt był właściwą wskazówką, że idzie w pożądanym kierunku.

Po mszy, wmieszani w tłum, który ze śpiewem i zwyczajowym przeżegnaniem się wodą święconą opuszczał kościelne mury, czuliśmy się cząstką tej świątecznej wspólnoty: tu mówiliśmy komuś „Dzień dobry”, tam odkłanialiśmy się na pozdrowienia, a tam przystawaliśmy rozmową o niczym – „A co u ciebie słychać, Marietko?”, „A dobrze, pani Zentkowska, dobrze”, „Ładny dzień dziś mamy, prawda?”, „Prawda, panie Zieliński, prawda” – i te błahe wymiany grzeczności cieszyły mnie najbardziej, bo świadczyły o akceptacji mego związku z Zenkiem, o akceptacji mojej osoby jako statecznej mężatki, o puszczeniu w niepamięć pełnej alkoholu oraz awantur znajomości z paczką Marca Polo.

Potem na cmentarz idziemy, na grób moich rodziców, i Wieśka odwiedzić, i Anię, i Mirka. A stamtąd długim spacerem przez las, do strumyka zmierzamy w Rynkowie. Droga daleka, ale niestraszna, bo Zenek o pracy mi mówi. Nigdy mu nie przerywam, bo w domu na ogół niewiele się odzywa. Jest w nim jakaś ponura zawziętość, której się boję. Dopiero podczas spacerów się otwiera. Mówi o swoim przełożonym, Obremskim, że to złośliwy typ – ciągle alkoholu szuka im po szafkach, bałagani, a do bałaganu się przyczepia. I wciąż tylko przewinienia jakiego patrzy pilnie, żeby pokarać, żeby urwać strażnikom coś z premii, żeby pokazać, że on jest kimś, że przed nim trzeba na baczność. Podobno dwóch pracowników przez niego się zwolniło. Złośliwy karakan. Nikt go nie lubi i nikt nie chce z Obremskim brać zmiany. Zenek na wspomnienie dowódcy dostaje ceglanych wypieków na twarzy, cały się w sobie spręża, jakby chciał się bić. Podobnie się dzieje, kiedy opowiada o Konopce, jakimś robotniku z galwanizerni. Nie cierpi go, podejrzewa o wynoszenie srebra i wszelkie kradzieże w zakładzie: „To cwana bestia, udaje wesołka, żebym się denerwował, a po cichu kradnie. Chce mnie zwieść, ale go dopadnę.” W żądzy odwetu jest zapamiętały. I chyba jest niesprawiedliwy. Konopka mu podpadł, kiedy wśród opuszczających zakład robotników pierwszej zmiany, usiłował przejść obok dyżurki bez poddania się kontroli. Miał wyraźnie wypchaną kurtkę, jakby coś ukrywał i chciał wynieść, i chytrze próbował przejść za plecami sprawdzanego kolegi.

- Stać! – przyuważył go Zenek. – Proszę pokazać, co pan tam ma pod kurtką.

- Ja? – Konopka udawał głupiego.

- Pan.

- Ale ja nic nie mam.

- Nic?! A czemu kurtka taka wypchana?

- To od powietrza.

- Od powietrza! Leci se pan?! Proszę pokazać, co pan ma pod kurtką.

Mężczyzna się rozpina i spod okrycia wysuwa się ogromny, żółty balon. Robotnik szybko przekłuwa go grzebieniem.

- Mówiłem, że nic nie mam! – śmieje się i zwraca do kolegów. – Widzicie, chłopaki?! Znowu nie udało się wynieść dobrej atmosfery z „Famoru”!

- Co ty chcesz, Konopka?! – ripostował któryś. – Przecież tu za dużo buców!

- I są jak pyry ugotowane. – zarechotał inny. – W mundurkach!

Rewizja osobista niczego oczywiście nie przyniosła poza kolejnymi docinkami. Tyle że nie przy świadkach. Tak więc za kpinę z balonem i ziemniakami w łupinach Zenek się zawziął. Odtąd zawsze dokładnie sprawdzał Konopkę. A ten się nie uląkł – ironizował i figlował nadal. Raz usiłował wnieść do zakładu butelkę zatkniętą za pasek od spodni.

- Alkohol wnosicie, Konopka?

- Gdzież bym śmiał, nasza droga i sroga władzuniu. – on na to. – To tylko na poprawienie humoru.

- Pokażcie.

- Chcecie łyknąć?! Ostrzegam: to niebezpieczne! I tylko mnie poprawia humor, a nie głodnym moczymordom!

- Pokażcie.

Robotnik posłusznie podał szkło z nalepką „Wódka czysta wyborowa”.

- A więc wódka! – oświadczył Zenek. – Wnosicie wódkę! Spiszemy protokół.

- A pisz, facet, co chcesz! Ale to nie wódka.

- Nie? A co?

- Płyn do użytku zewnętrznego. I zakładowego. Nie namawiam, ale sami możecie się o tym przekonać.

Zenek odkręcił butelkę i pociągnął nosem. I prawie go zamroczyło: do płuc bowiem wdarła się ostra woń stężonego amoniaku, pozbawiając go tchu.

- Jezu!

- A nie mówiłem, że to tylko mi poprawia humor?! – zaśmiał się Konopka. – Pięknie wyglądasz, facet, pięknie! Ale ostrzegałem, ostrzegałem!

Zabrał butelkę, zakręcił ją troskliwie i włożył w spodnie.

- I co, pijemy czy piszemy protokolik?

- Idź do diabła, Konopka! – zakasłał załzawiony i smarkający Zenek.

- Nie narzucam się, idę, bo galwana czeka na mnie. I na amoniak.

Opowiadając o amoniaku w butelce wódki, Zenek miał skry w oczach, a szczęki chodziły mu z wściekłości. Nie wątpiłam, że gdyby ten zakładowy żartowniś nagle pojawił się nam na drodze, doszłoby do rękoczynów. Bo Zenek jest krewki. Nie znosi cudzej przewagi nad sobą i nikomu nie przepuszcza, gdy ktoś go poniży, jakby od wyrównania rachunków zależało całe jego życie. Pamiętam jeszcze jedną historię związaną z Konopką. Wychodził z „Famoru”, uginając się pod mocno wypchaną i przewiązaną sznurkiem torbą ze skóry. Kiedy mój mąż zapytał, co niesie, ten z głupia frant oświadczył, że to ciężka atmosfera w zakładzie. Po zajrzeniu do środka okazało się, że w torbie jest pusty karton, a Konopka dla draki udawał, że dźwiga coś bardzo ciężkiego.

Moja praca nie obfituje w jakieś psikusy czy niesnaski. Zatrudniłam się w Zakładach Obuwniczych „Kobra” na Garbarach[7] jako robotnica niewykwalifikowana. Z początku nie potrafiłam odróżnić welurów od skuterów, ale potem jakoś poszło. Zajmuję się klejeniem podeszew. Praca nudna i śmierdząca, i na dwie zmiany, ale znów uczę się fryzjerstwa, więc jak tylko zdam egzaminy, z pewnością ją rzucę. Ważne, że dokoła mnie kobiety są życzliwe, a majster raczej wesoły i nie goni mocno, jak która długo nie wraca z palenia papierosa. Wie, że od chemicznych oparów czasem boli głowa i dostaje się nudności, że trzeba trochę ochłonąć. Zresztą, długie lata pracował w garbarni, gdzie smród jest jeszcze większy.

Dwie zmiany mojej pracy i nauka zawodu, nocki Zenka oraz ich odsypianie, a także nieregularność jego zmian sprawiają, że mało z sobą obcujemy – czasem milczące obiady z postukiwaniem sztućców o talerz, czasem majak senny nad kromką z kolacji, czasem wspólne zakupy, bo Zenek ma siłę przydźwigać sprawunki. Nasze noce nie są seksem nieprzytomnym: on – rozwalony chrapaniem na wznak, ja – w kłębek zwinięta zmęczeniem i brakiem czułości. A nasz seks powściągliwy nie jest entuzjazmem szaleństwa we dwoje, którego nie gasi zmęczenie w spełnieniu, lecz powinnością wyczerpującą fizycznie – w żmudnych skurczach wprawionego w ruch ciała skupioną tylko na wytrysku. Po pierwszym upojeniu, że oto jestem dorosła i bez żadnych przeszkód mogę łączyć się z inną osobą w czynnościach przewidzianych przez naturę dla dorosłych, miast osobistego zadowolenia przyszło rozczarowanie: kiedy godziłam się rozchylić uda, by przyjąć pożądanie męża, ten – zimno skupiony na wygodzie swego podniecenia – zaborczo rozwierał mnie, najszerzej jak mógł, aż czułam się uczennicą pod surowym spojrzeniem nauczycielki nękaną trudnym, prowadzącym do omdlenia ćwiczeniem gimnastycznym, i wtłaczał się we mnie wzwodem głodnym konwulsji wypróżniania. Nie liczyłam się ja, nie liczyło się moje ciało, nie liczyły się moje uczucia. Nie liczył się nawet on. Istniała tylko wściekła chciwość jego organizmu, nieprzytomna, bezduszna konieczność wbijania się we mnie, wchodzenia raz za razem, raz za razem, coraz głębiej i głębiej, coraz szybciej i szybciej, aż purpura wstępuje na twarz, aż wzrok wytrzeszczony umyka wysoko pod powieki, aż kark i plecy zalewa pot, aż serce dudni w piersiach i widzę zbliżający się i oddalający obrzęk napiętego wysiłkiem oblicza, i czuję na policzkach ciepłe sapanie przechodzące w charkot i głośne przełykanie śliny, i od podbrzusza brutalnie atakowanego obłym korzeniem płci – korzeniem rozsadzanym gorączką i gorączką przepalającym podbrzusze – idzie na mnie fala ciepła, więc pocę się i męczę, i serce bije we mnie nieprzytomnie, i brakuje mi tchu, i płatki tańczące mam przed oczami, i wyprężona rezygnacją czekam, czekam kresu, czekam w rytm uderzeń prącia, czekam wraz z prąciem, czekam aż z prącia w drgawkach spełnienia w końcu wleje się we mnie nasienie, a mężczyzna bez czucia zwali się na mnie jak kłoda. A wtedy ja, wygrzebując się spod niego – ciężkiego, mokrego od znoju rozkoszy, nagle zwiotczałego ciałem, nagle obumarłego członkiem, którego nie miał nawet siły wysunąć ze mnie – będę miała wreszcie spokój. Obolała i wilgotna od środka nie swoją wilgocią, zaczekam, aż mąż egoistycznie wejdzie w otchłań snu, by dyskretnie opuścić łoże i w kuchni podmyć się, gdyż po każdym akcie seksualnym mam wrażenie, jakbym zmoczyła się w pościel.

Czy mój seks z Wieśkiem byłby inny? Czy byłoby w nim więcej radości, więcej przyjemności, więcej wspólnego przeżywania? – myślę, że tak. Pamiętam, że kiedy mnie całował i sięgał ręką do stanika, w jego śmiałości gestu, w jego ciekawości mych piersi i pożądliwości był lęk, czy go nie odrzucę, była gotowość do zaprzestania pieszczot, jeśli bym tylko zaprotestowała, była chęć wsłuchania się we mnie, by mnie nie urazić, by mi sprawić radość, by razem ze mną – a nie pomimo – doznać rozkoszy. Ale z Wieśkiem nigdy nie spałam. Nie zdążyłam… Z początku próbowałam sobie wyobrazić, że to on jest na miejscu Zenka, ale zachowanie Zenka zbyt mocno odbiegało od wyobrażeń o Wieśku, bym mogła choć przez chwilę ulec złudzeniu, więc porzuciłam marzenie. Mówiłam o tym mamie i tacie. Otwierałam album na zdjęciu z Sopotu i zwierzałam się, że inaczej sobie wyobrażałam miłość.

- Miłość? – mama kręciła głową z dezaprobatą. – Dziewczyno, ty jeszcze nie wiesz, co to jest miłość, skoro mylisz ją ze współżyciem.

- Może i mylę, ale ono mnie rozczarowuje.

- Najważniejsze, że go kochasz i że on cię kocha. Jak jest miłość, to jest dobrze. Reszta się nie liczy. Miłość to coś więcej niż współżycie. Ono bywa różne – lepsze, gorsze – i z czasem mija.

- No, no, nasze nie minęło. – z uśmiechem wtrącił się tata.

- Ale żeby było jakieś szczególne, tego bym nie powiedziała.

- A co byś chciała?! Żebym świecił jak żarówka?!

- Ach, ty, żarówko moja! – mama pocałowała tatę w policzek. – Nie chodzi mi o coś nadzwyczajnego.

- Chodzi o to, żebym się obudziła na Riwierze, a kelner zginał się w pas i śniadanko podawał do łóżka?

- Wystarczyłoby, gdybyś mi rano kawę zaparzył.

- Tak? To czemu rano nigdy mnie nie budzisz?

- Bo tak słodko śpisz, głuptasie! – czochra fryzurę taty i znów go całuje.

Potem mówi mi, że przywyknę i żebym to traktowała jak gorzkie lekarstwo w chorobie: przełknąć, skrzywić się i zapomnieć.

- Inaczej się nie da, córeczko, inaczej można tylko zgorzknieć i życie zmienić sobie w piekło. –

`

 

Nikt z nas – poza bezlitosną wścibstwem Grabowską, która, ilekroć w rozmowie zeszło się na Mariettę i Rozanielonego, z przekonaniem kiwała głową „Charaktjernik łon, charatjernik, pomsty szukac bendzje” – nie przypuszczał, że epizod z Trzech Króli, owo chuligańskie pchnięcie w śnieg na oczach małżonki i wracających ze mszy ludzi, takim piętnem odciśnie się na psychice mężczyzny, że będzie on obsesyjnie szukał okazji, by za upokorzenie się odegrać, że będzie on bezwiednie dążył ku nocy, z której zmartwychwstaniem okaże się pies cierpliwy, życzliwie liżący obolałą twarz. A tak właśnie się stało, że Rozanielony raz i drugi wymówił się od wspólnego – czasem nawet cotygodniowego – piwka, że wzgardził „Wójtem”, że zamiast iść z kolegami do sklepiku na Racławicką i w towarzystwie miniaturowego Dzidzi i innych kolejarzy z Londynka smakować zimny i mętny napój na mrozie, samotnie zaglądał do „Bukietu”, by w kłębach taniej nikotyny i dziarskiego tanga spod klawiszy starego Szneki wypatrzyć Marca Polo i wyrównać rachunki. A jednak choć bezwiednie dążył ku tej nocy zmartwychwstania w adoracji psiego współczucia, nie tak łatwo było napotkać Marca Polo, Jolkę czy Pelego, bowiem odkąd Rysiek Gajewski został zadźgany i po śmierci zaczął uparcie przesiadywać „Pod Bukietem”, jakoś nijak im było w obecności umrzyka się bawić, zwłaszcza że zgon jego wołał o pomstę: krew za krew. Ale jak tu mścić, gdy nie wiadomo, kto nożem pchnął, zaś trup, miast gestem oskarżycielskim sprawcę swojego nieszczęścia publicznie napiętnować, cichutko, w kąciku zaciągał się papierosem i piwo sączył leniwie? Dlaczego trup milczał jak trup? Dlaczego wymawiał się brakiem pamięci? Może oczekiwał, że brat jego, że Pele, i że kamraci jego, że taki Marco Polo, że kusiciel, że Lulki, na własną rękę będą szukać mordercy? Że wymierzą sprawiedliwość? Jeżeli Rysiek Gajewski na to liczył, to w swym życiu po śmierci mocno się zawiódł, bo nie szukali, bo oni już oswoili się z jego śmiercią, pogodzili jak zwierzęta z utratą członka sfory, wyrzucili z pamięci i tylko ta nieustępliwa, milcząca obecność „Pod Bukietem” ich uwierała, przypominała, że śmierć od noża nadal jest niepomszczona. Dlatego do knajpy w pierwszych tygodniach od zamordowania Ryśka niechętnie zachodzili. Kusiciel próbował przełamać ich opory, mówił, że przepijał do Ryśka, że do Ryśka przepijał także Franuś Rogoziński i Lulki bez ociągania kuflami się z nim trącali, i przekonywał, że Rysiek jest taki sam jak zawsze, ”Naprawdę, jest taki jak za życia”, lecz nie chcieli go słuchać i w „Bukiecie” pojawiali się tylko wtedy, gdy mieli już wypite. Dlatego Rozanielony, ilekroć zachodził na róg, pośród bywalców knajpy wsłuchanych w akordeon starucha w kolarskiej czapeczce nigdy nie mógł wypatrzyć Marca Polo. Widywał Lulków milczących nad piwem – ich rude włosy były przyprószone pyłem od szlifowania nagrobków, a twarze niedokładnie obmyte. Bracia wyglądali tak, jakby nie kamieniarstwem się trudnili, lecz pośród ziarna i mąki we młynie przyszło im pracować. Widział też Garbusa od Trybockich – elegancika, który łzawym głosem zapewniał, że on wszystko dla Marietty, że Marietta zawsze na niego, że szkoda, stary, że się Marietta od nas, znaczy się spod siódemki, wyprowadziła. Rozpoznawał Franusia Rogozińskiego – smutnie głową zwieszonego nad szklanką na wpół ostygłej, niewątpliwie wzmocnionej duchem dwóch pięćdziesiątek herbaty. Mężczyzna drzemał lub z zamkniętymi oczami wsłuchiwał się w rzewną „Miłość w Portofino” Freda Buscaglione, albowiem właśnie „Miłością w Portofino” akordeon Szneki ostatnio odpoczywał od zamaszystych nut tanga bądź wybierał się w sentyment „Tanga notturno”[8]. W tym ni to zasłuchaniu, ni to rozchełstaniu, z ust Franusia zwisała pociemniała cygaretka ze zgasłym papierosem, zaś włosy, starannie brylantyną zaczesane na tył głowy, tłusto opadały na oczy i nos. Z klienteli „Bukietu” wzrok Rozanielonego wyławiał jeszcze cichutkiego Ryśka Gajewskiego. Truposz sączył piwo, obojętny na świat wokół niego. Pytany o brata lub Marca Polo, zaciągał się sportem i przepraszająco uśmiechał: „Nie wiem, nie widziałem ostatnio”. Tak mijały tygodnie.

Tymczasem dni stały się jaśniejsze, ale bardziej szare, mróz puścił, zaczęła się plucha. Nieprzyjemnie było wychodzić, brnąć w mglistym powietrzu albo moknąć w dużych, wilgotnych płatkach, obficie sypiących się z nieba, i uwalać buty ziemistym śniegiem, który po roztopieniu stawał się błotem. Dlatego nawet po bramach nie zbierali się amatorzy pogawędek tudzież wspólnego obalania wina. Woleli wieczorem, do knajpy. Kapryśnej, przedwiosennej aurze zatem oraz upartemu wypatrywaniu Rozanielony zawdzięczał, że doczekał się obecności Marca Polo w barze.

Już kiedy wchodził do „Bukietu”, już od progu wiedział, że zwalisty blondyn z wąsem jest w środku. Serce zabiło mu szybciej, chociaż jeszcze nawet nie dojrzał go w gęstej zawiesinie z papierosów i w ścisku przy kontuarze, jeszcze nawet nie usłyszał jego hałaśliwego śmiechu w zgiełku rozmów, przekleństw i ostrych pasaży energicznej harmonii. Rychło jednak wypatrzył w kącie przy oknie i szafie przeszklonej z zakąskami stolik, przy którym zwykli zasiadać Lulki, kusiciel, Pele i Marco Polo. Stolik był zajęty tylko przez Lulków i Pelego. Mężczyźni czekali. Kusiciel zaś i Marco Polo w rozpiętych jupach[9] z ortalionu stali przy bufecie. Roześmiani, też czekali, czekali aż barmanka napełni graniaste kufle z grubego szkła, które zaraz poniosą do towarzyszy: „Z czubkiem, szefowa, lej pani z czubkiem!” Mimo zachęt i zaklinania kobieta nalewała piwo wszystkim jednakowo, a na żarty reagowała obojętnością.

Rozanielony też zamówił piwo. Przysiadł się do stolika naprzeciw i nie spuszczał oka z Marca Polo.

- Te, Zeniu, co tak sam siedzisz? – przysiądź się. – zachęcał kusiciel.

W jego życzliwości na twarzy prędki połysk rozdwojonego języka zdawał się być nieprzyjemnym omamem. A jednak mimo ulotności przykre wrażenie pozostawało i nie pozwalało zaufać uśmiechowi. Nie wiedzieć czemu, miało się wrażenie, że twarz zapatrzonego w Presleya mężczyzny jest tylko maską, która, gdy opadnie, ukaże śliski łeb podstępnej żmii.

- Tu mi dobrze. – oświadczył mąż Marietty. – I mam lepszy widok.

- Na co? Jolki dzisiaj nie obaczysz. Leży w chałupie pijana w trzy dupy.

- Nie o Jolkę się rozchodzi.

- A o co?

- Te, a może ty cieplak[10] jesteś?! – zaśmiał się Pele.

- Do tyłka wolę zaglądać żonie. – odciął się Rozanielony. – A ty możesz mi tylko zazdrościć, bo takiej nigdy nie miałeś i nigdy nie będziesz miał.

- Miałem żonę.

- I już nie masz, bo cię nie chciała.

- Te, nie bądź taki mądry.

- Zeniu, daj spokój. – znów się odezwał kusiciel. – Dla Pelego najlepsza baba to własna graba, no nie?

- Alotek, żebym cię nie musiał. – warknął Pele, ale kusiciel, Marco Polo i Lulki już rechotali.

- Pele i pani Rączkowska!

- Dejcie spokój, głupie chuje, bo sobie pójdę.

- No więc, chodź do nas, Zeniu. – nalegał Alotek. – Co się cykasz?

- Nie cykam się, tu mi lepiej. Mam lepszy widok.

- Na co? – zdziwił się Gruby Lulek.

- Na waszego zwierzaka. – i aby nie było wątpliwości dwoma palcami jak pistoletem wycelował w Marca Polo.

- Coś ty, chuju, powiedział?! – blondyn zerwał się zza stołu.

- To coś słyszał, piździelcu. Mam na ciebie oko.

Rozanielony odstawił kufel i również się podniósł.

- Chcesz w ryj?! – Marco Polo zacisnął pięści.

- A ty chcesz?!

- Panowie, panowie, nie tutaj. – włączył się kusiciel. – Chodźmy na zewnątrz. Tam spokojnie dacie sobie po razie i będzie spokój. Nikt się nie będzie mieszał. Pełna kultura.

- Dobra. – zgodził się Rozanielony.

- Zajebię cię, klawiszu. – Marco Polo cisnął czerwony ortalion na krzesło. – Idziemy.

Cała szóstka opuściła knajpę. Ledwo znaleźli się w mrocznym świetle latarni gazowej, gdy Marco Polo wycedził „No to masz, chuju!” i z półobrotu, z morderczą siłą uderzył Zenka w skroń. Ten jednak zdążył się uchylić i chociaż pięść boleśnie otarła się o ucho, chybiła celu, zaś on błyskawicznie znalazł się za plecami napastnika i potężnym hakiem wyrżnął go w nerki. Marco Polo wygiął się z bólu i jęknął, lecz natychmiast natarł z lewej. Szeroki sierp znów nie sięgnął głowy i znów Rozanielony spod uderzenia przeszedł na tył i zadał cios dokładnie w to samo miejsce. Blondyn stęknął i chyba zrozumiał, że błędem było wyzbycie się kurtki, która na grzbiecie osłabiłaby moc uderzenia. Próbował jeszcze raz ataku, ale ból sprawił, że zabrakło mu szybkości. Zabrakło też siły i precyzji. Rozpaczliwe machnięcie pięścią na oślep spotkało się z celną ripostą w postaci bezlitosnego ciosu w podbrzusze. Mężczyzna z wrzaskiem się skurczył, a wtedy Rozanielony dwukrotnie zdzielił go w nerki. Głuchym odgłosom towarzyszyły dwa stłumione jęknięcia. Mąż Marietty pewnie walnąłby po raz trzeci, gdyby Marco Polo nagle się nie wyprostował. Trudno powiedzieć, czy ponownie chciał się rzucić na Rozanielonego, czy tylko uciekać, bo natychmiast otrzymał twarde uderzenie w przeponę, które pozbawiło go tchu. Padł na kolana, otwartymi ustami gwałtownie łapiąc powietrze. Ale niczego nie mógł wciągnąć do płuc. Dusił się, dusił jak topielec, który próbuje wyrwać się z toni, lecz nawet na chwilę nie może dostać się ustami do zbawczej powierzchni. Przed oczami widział ciemne plamy i czuł, że umiera. A potem nieprzytomny zwalił się w błotnisty śnieg, gdyż Rozanielony nie myślał czekać, aż wróg dojdzie do siebie i z całej siły grzmotnął go w tył głowy.

- Teraz ten głupi chuj nie będzie więcej zaczepiał porządnych ludzi. – rzucił do świadków bójki, zlizując krew z rozbitych knykciów prawej dłoni.

- Nie byłbym tego taki pewien. – mruknął Chudy Lulek.

- Nieźle, Zeniu. – skomentował kusiciel, podając mu czapkę. – Strach wchodzić ci w drogę. Trzeba to oblać.

Mignięcie gadziego jęzora w uśmiechu było jak ostrzegawczy syk przyczajonego w ciemności zwierzęcia. Niemniej Rozanielony nie zwrócił nań uwagi. Ciężko dyszał, bo chociaż bójka trwała zaledwie kilka minut, poczuł się tak zmęczony, jakby pół dnia na rampie pracował przy rozładunku wagonów. Pragnął tylko znaleźć się w domu, pragnął tylko objąć Mariettę, wtulić się w nią, w jej wiosenny zapach bzów, i zasnąć. Nie wrócił więc do knajpy, do przerwanego piwa, a na ofertę kusiciela nawet nie zareagował. Po prostu poprawił rozpiętą jupę, wcisnął czapkę na głowę i bez słowa pożegnania poszedł do domu.

Marietcie wystarczyło jedno spojrzenie na zaognione ucho, by się domyślić, że się bił:

- Kto ci tak dołożył?

- Nikt.

- Przecież widzę, że szarpałeś się z kimś.

- E, tam! Taka mała scysja.

Nie dała się zbyć. Patrzyła uważnie i nieufnie i dotykając jego obolałej, czerwonej małżowiny, zawyrokowała: „Biłeś się z Marasem”. Nie próbował zaprzeczać.

- Mówiłam ci, żebyś się z nim nie zadawał. Ani z nim, ani z Pelem, ani z Alotkiem. To najgorszy element. To kryminał. Pociągną cię na dno jak mnie, zobaczysz. –

Była wściekła. Żadnymi tłumaczeniami nie dała się udobruchać, „Musiałeś się bić, musiałeś. Twoja męska ambicja nie mogła ścierpieć, że cię byle pijus, zwykły luj, przewrócił pod kościołem, prawda? Nie mogłeś odpuścić, musiałeś mu oddać. Musiałeś! Nie mógłbyś żyć z taką hańbą, prawda?”, i kiedy położyli się wreszcie spać, i kiedy Rozanielony przytulił się, ze złością strąciła jego ramię i przewracając się na bok, odsunęła na skraj łóżka. Próbował pieszczot, lecz ich nie odwzajemniła: „Zostaw mnie, chcę spać.” Nie rezygnował: „Chodź, chodź”. Usiłował wsunąć dłoń pod ramię, by uchwycić delikatną wypukłość, lecz tak mocno przycisnęła ręce do klatki piersiowej, że niczego nie wskórał – palcami nawet nie dotarł do sutków. Odwrócił więc ją na wznak, siłą rozwarł uda i wcisnął się między nie. Chciał czułości, chciał ciepła, a otrzymał tylko bierne przyzwolenie na seks. Postękując z wysiłku zatem, pogrążył się w spazmatycznej gorączce: liczył, że mimo wszystko Marietta odpowie na głód jego starania, że podejmie grę, że z wyrozumiałością wchłonie jego zdyszane, niecierpliwe uniesienie, jego brutalną walkę przed barem, jego pulsujące bólem ucho. Liczył, że wchodząc w uległy aksamit podbrzusza, rozbudzi w niej czułość. Ale oczekiwania okazały się płonne. Marietta tylko leżała z rozchylonymi udami, jakby była martwa albo jakby zupełnie ją nie interesowała obrzmiała męskim napięciem penetracja waginy. Nawet nie spojrzała na kopulującego małżonka, a gdy, opadając z sił, szczytował, zręcznie wymknęła się z jego objęć, by nie przygniótł ją swym ciężarem. Odczekawszy, aż oddech mężczyzny się uspokoi, wyszła do kuchni na papierosa. Po latach, nad kiepską, z lekka kwaśną kawą, na którą zaprosiła mnie, ponieważ przypadkiem spotkaliśmy się na Placu Piastowskim, a ona mieszkała w pobliżu, kiedy pomimo siateczki zmarszczek wokół oczu oraz okularów dodających twarzy stateczności podziwiałem jej urodę dziewcząt Morza Śródziemnego i wchłaniałem wciąż obecny w ciele, choć nie tak intensywny aromat lilaków na wiosnę, Marietta mówiła, że właśnie ta bójka przed „Bukietem” i wymuszona męskim popędem uległość sprawiły, że zaczęła oddalać się od męża, że z czasem stała się nań obojętna, że z czasem przeobraziła się w Więzienną Wdowę z wyzwisk Grabowskiej.

Między Mariettą a Rozanielonym nastały ciche dni. Nie było w tym ostentacji, chęci dokuczenia drugiej stronie, ambicjonalnego zmuszania do przeprosin. Po prostu, nie kontaktowali się z sobą. I działo się to w sposób naturalny: on miał nocki w „Famorze”, ona – drugą zmianę w „Kobrze” i przed pracą praktykę zawodu w zakładzie fryzjerskim. Ona sporządzała obiad, on mył naczynia. Mijali się. A gdy przypadkowo, przez chwilę, byli razem w domu, udawali przed sobą zmęczenie i nic nie mówili.

O pobiciu Marca Polo nikt by się nie dowiedział albo nie dowiedziałby się prędko, gdyby pokonany nie wrócił po kurtkę do „Bukietu”, gdyby nagle nie zrezygnował z wyjścia, gdyby ponownie nie zasiadł do picia i tocząc dokoła przekrwionym wzrokiem rannego odyńca, głośno nie pomstował na Rozanielonego: „Ja tego chuja zajebię! Słyszycie?! Ja go zapierdolę! Niech, kurwa, nie myśli, że jego na wierzchu! Ja, Marco Polo, ja wam wszystkim, kurwa, mówię, że ten Zeniu mnie popamięta! Już ja sprawię, że Marietta będzie płakać i żałować, że takiego alona dopuściła do pizdy, że nie wzięła nikogo od nas! No nie, Pele?! Niech, kurwa, żałuje, głupia pizda!” Ale stało się, że wrócił po czerwoną jupę z ortalionu, że zasmakował w piwie, że wywrzaskiwał przekleństwa i pogróżki, więc już godzinę później Franuś Rogoziński – kiedy pijaniutki i nie bez pomocy matki zawlókł się do domu – utyskującej na jego zamroczenie rodzicielce wszystko opowiedział, a ta skoro świt wiadomością podzieliła się z Gontarkową i Grabowską. Nasze plotkary nie przepuściły okazji: o szczegóły wypytały najpierw Alotka, gdy kusiciel – na pół przytomny brakiem snu, opuchnięty łupaniem w czaszce i suchością w gardle i podzwaniający deklem[11] i litrowym słojem w siatce – jeszcze przed poranną zmianą zaszedł do mleczarni Gronsioków po wodę od ogórków, jako że na kaca najlepsza, a potem Pelego wzięły w obroty i już po południu o bijatyce huczała cała Rycerska. Jedni mówili, że dobrze się stało, że ten zbój Marco Polo dostał wreszcie porządne wciry, inni – że kto go tam wie, bo od lania na pewno nie zmądrzeje. A wszyscy razem czekali na ciąg dalszy.

Lecz dalszego ciągu jakoś nie było. Marco Polo nie wiedział wszak o pracy Rozanielonego na nocną zmianę. Wystawał więc z rana przy kiosku, popołudniami pod byle pretekstem zachodził do Lulków, a ze zmierzchem czyhał na rogu Rycerskiej i Ogrodowej. Bez skutku: ani razu nie natknął się na męża Marietty. Widywał natomiast samą Mariettę. Wilczo się wówczas uśmiechał, pożądliwie taksował spojrzeniem i pytał, gdzie jej chłop. Ale dziewczyna pachnąca bzem mijała go bez słowa, jakby nie znała albo jakby w ogóle nie istniał. Upokorzony wołał za nią „Czekaj, czekaj, jeszcze cię wyrucham!” i szedł na róg, do ścisku słów, dymu i tanga, gdzie w spienionym, mętnym płynie z beczki topił furię swych poszukiwań.

Po tygodniu bezowocnego wyglądania za Rozanielonym wzbudzał politowanie mieszkańców naszych ulic. Ukradkiem stukano się w głowę i mówiono, że blondas ma nierówno pod sufitem. Z drugiej strony narastał lęk przed jego zawziętością, bo skoro taki wariat, to w swej obsesji może posunąć się do najgorszego. Jedynie Grabowska próbowała perswadować: „Marco, czemu ty mstliwy taki? Pomnij na Bibliję, pomnij, iże kto mjeczem wojuje, temu ode mjecza przyńdzje pomrzec. Niechaj złej mysli, niechaj złego słowa, niechaj złego postępku, bo ludzkiej pomsty szukając, pomstę Boga najdziesz. Bog widzji i Bog pokarze. Bog dał i Bog odbjerze”. Marco Polo nie był jednak w nastroju do słuchania staruchy. Zwłaszcza, że ta druga, z okna na piętrze, w swej postępującej demencji wydzierała się na pół ulicy: „Paaanie, paaanie, jaki dzieeeń dziś maaamy?!”

Nie upór, lecz przypadek po jakichś trzech tygodniach doprowadził do spotkania Marca Polo z Rozanielonym. Wszyscy – łącznie z Zentkowskimi z kiosku i grubą Makowską z „Foto-Marek” z naprzeciwka – już przyzwyczaili się, że ten zabijaka o lokach zaczesanych na jeża wciąż kręci się koło domu Lulków. Zapomnieli, że powodem jego uciążliwej obecności była żądza bójki. I chyba nawet on sam o tym zapomniał albo przynajmniej traktować przestał jako rzecz najistotniejszą, ponieważ widząc Pelego, jak skręca w ulicę Ogrodową, gdyż umówił się z facetem z hotelu robotniczego na Świeckiej w sprawie wadliwego karburatora, po prostu dołączył się i we dwóch poszli na Świecką obejrzeć zepsuty motorower.

W tym czasie „U Wójta” na Racławickiej, w towarzystwie kolegów ze zmiany oraz kolejarzy, Rozanielony pociągał piwko. Między nim a Mariettą skończyło się pełne napięcia, wielodniowe milczenie, przerywane tylko w niedzielne poranki jej monologami nad rodzinnym albumem, więc beztrosko śmiał się, gdy liliput Dzidzia chełpliwie relacjonował, jak beształ maszynistów za nieterminowe odstawienie parowozów do przeglądu: „Ajnfach[12], opierdoliłem ich równo, dałem im takiego cundra[13], że aż z kapci powyskakiwali”. Słuchał kolejarskich docinków, „Ej, Dzidzia, aleś ty groźny!”, „Ale im dałeś do wiwatu, nakopałeś do dupy!”, „Dzidzia, ja nie wiedziałem, że z ciebie takie gestapo”, i wyobrażał sobie, jak potężne, nalane chłopy prężą się w pokorze przed pokrzykującym karłem. Obok Kazik, jak to Kazik, psioczył na szefa, że za nieporządek w szafce Obremski znów go opieprzył i że w ramach porządkowania tejże szafki zrobił w niej totalny bajzel. Odgrażał się, że to już ostatni raz Obremski mu w rzeczach grzebie, i już liczył dni do odejścia z „Famoru”, ponieważ od pierwszego rozpoczyna pracę w potulickim więzieniu. Z kolei drugi kolega, Benek Wielgus, opowiadał, jak w niedzielę z żoną i dziećmi wybrał się do „Polonii” na komedię Louisa de Funes, jak całe kino ryczało z uciechy, a żona, nie dość, że z wesołości łzami sypnęła, to jeszcze takiej czkawki dostała, że do wieczora śmiechem jej się odbijało. Benek próbował naśladować gagi z filmu. Ale daleko mu było do francuskiego aktora, więc nikt się nie śmiał. Niemniej przyjemnie stało się przed sklepem i pociągało z butelek. Na dworze było jasno, w powietrzu czuło się nadchodzącą wiosnę, zatem niektórzy przemyśliwali już o wspólnym wędkowaniu pod Mostem Królowej Jadwigi. Uroku pogaduszek i piwa nie zepsuł nawet trędowaty kolejarz, którego sylweta w rozpiętym szynelu nagle wyrosła zza kiosku na Ogrodowej. Trędowaty po skosie przeszedł na drugą stronę, by Racławicką dojść do ulicy Bocianowo. Nie spojrzał nawet na pijących. Zresztą, wielu z nich też nie zwróciło nań uwagi, a ci, co zauważyli, nie pospieszyli z pozdrowieniem.

Rozanielony pewnie dobrze by wspominał to sobotnie popołudnie, gdyby zza szaro-niebieskiej budki z gazetami i papierosami nie wyłonił się Marco Polo w towarzystwie Pelego. Mężczyźni rozmawiali, więc przez chwilę łudził się, że w grupie piwoszy przed sklepem go nie zauważą. I faktycznie: nie zauważyli. Ale któryś z kolejarzy zawołał: „Pele, przyjdź do mnie, szwagrowi samochód nawalił”. I kiedy Gajewski spojrzał, kto woła, Marco Polo zaklął „Kurwa, mam cię, chuju!” i ruszył w stronę męża Marietty.

Nie bawił w jakieś parlamentaryzmy, tylko z marszu rąbnął Rozanielonego w twarz. A potem z lewej odwinął i jeszcze raz z prawej dołożył. Polało się piwo i krew z rozbitego nosa, ponieważ lewa pięść blondyna trafiła w butelkę, a butelka uderzyła Rozanielonego w nos. Podświadomie napadnięty odsunął się przed kolejnym, lewym sierpowym, lecz tak nieszczęśliwie, że gdy kułak mijał twarz, zwalił się na chodnik. To go ocaliło, gdyż przewracając się, podciął Marca Polo i ten również upadł. Rozanielony błyskawicznie zadał cios. Szkło prysło na łuku brwiowym blondyna. Pocięło i twarz, i dłoń uderzającego. Buchnęła krew. Rozanielony się zerwał. Oszołomiony butelką prześladowca nie był tak szybki, więc gdy się podnosił, otrzymał w potylicę cios z obu rąk, jakby przeciwnik siekierą złożył się do przerąbania kłody. Padł. Wtedy Rozanielony kopnął go w twarz, a następnie w plecy. Blondyn się wygiął, więc znów dostał butem w czoło.

- Lej go, lej go! – krzyczeli kolejarze.

- Kurwa, czyście powariowali?! – Benek Wielgus i Kazik próbowali przerwać bójkę.

Odepchnięto ich, „Niech się biją!”, więc tylko patrzyli, jak Rozanielony kopie po głowie i nerkach Marca Polo, a Marco Polo oburącz osłaniając głowę próbuje się podnieść. Kiedy na wpół oślepiony krwią ze skaleczonej brwi już dźwignął się na kolana, mąż Marietty niespodziewanie skoczył mu na plecy. Mężczyzna znów się rozciągnął na chodniku, ale Rozanielony przy skoku upadł. Blondyn błyskawicznie uczepił się jego nogi. Rozanielony próbował wyrwać się, lecz nie zdołał. Panicznie zaczął okładać pięściami przeciwnika: ucho, czoło, nos, ucho, ciemię, skroń, policzek, raz z lewej, raz z prawej i z góry, i znowu ucho, i znowu skroń. Ten jednak nie zważał na grad ciosów. Nogę Rozanielonego potraktował jak pień drzewa, po którym wspinał się do gardła bijącego. Gdy już, już, chwytał za kieszeń od kurtki, nadludzkim wysiłkiem Rozanielonemu udało się zrzucić go z siebie i poderwać z ziemi. Zlany potem, umazany krwią, ciężko dyszał, lecz nie miał chwili wytchnienia, bo prześladowca znów zacisnął palce wokół jego łydki.

- Zajebię cię, zajebię! – charczał z wysiłkiem.

Rozanielony bezskutecznie szarpnął raz i drugi. Tamten nie puszczał. Oburącz trzymał się nogi.

- Puszczaj, skurwielu, puszczaj!

- Nigdy!

Rozanielony miał już dość, chciał uciec. Zaczął więc iść. Z trudem zrobił dwa kroki. Za każdym pociągał za sobą uczepionego. Rzęził. Zrobił jeszcze jeden krok i jeszcze jeden i wraz z Marcem Polo znalazł się na środku jezdni. Nie miał już sił. Czuł, że zemdleje i że tamten go w końcu dopadnie i zmasakruje. I wtedy przyszło wybawienie: z Ogrodowej nadjechał ził wypełniony drewnem, którego celem była stolarnia u zbiegu Racławickiej i Świeckiej. Przy skręcaniu w lewo samochód się zatrzymał.

- Panowie, co jest?! – szofer wyjrzał przez okienko.

Tarasujący drogę mężczyźni jakby go nie słyszeli. Jeden wciąż próbował się wyswobodzić, drugi wciąż kurczowo trzymał się jego łydki. Samochód zatrąbił. Bez powodzenia.

- Ogłuchliście?! – trzasnęły drzwiczki zielonej budy. – Ja muszę towar rozładować! Czekają na mnie! –

Podbiegł do walczących. Chwycił za bark Marca Polo, lecz ten wzdrygnięciem strącił jego rękę.

- Ludzie, pomóżcie! Oni się pozabijają! –

Dopiero na wołanie kierowcy kilku kolejarzy podskoczyło rozdzielać mężczyzn. Musieli użyć siły, gdyż blondyn ani myślał rezygnować: szarpał się, pluł, wyzywał, wierzgał nogami i kopał, przewrócił i ugryzł Rozanielonego, i ugryzł także któregoś z interweniujących. Nawet z powykręcanymi rękoma, brutalnie odciągany na chodnik, wrzeszczał: „Zeniu, ty chuju jebany, ja cię dopadnę! Zajebię cię, zajebię!”

Zanim szofer wrócił do swojej ciężarówki, zanim zakręcił korbą i uruchomił ją i z potężnym warkotem skręcił do zakładu stolarskiego, Rozanielony na chwiejnych nogach ruszył do domu. Pewnie o tym powrocie do Marietty – niby triumfalnym, a jednak w klęsce – nikt by się nie dowiedział. Ale Grabowska – jak zwykle szczęsna plotką i we wszędobylstwie – była na miejscu. Zatem Grabowska, która była w odwiedzinach u Rajmuski na Ogrodowej i która widziała męża Marietty, jak wracał, mówiła nam później, że wyglądał strasznie: brudny, z twarzą we krwi i opuchlizną na oku, ze zranioną prawicą, z rozdartymi na kolanie spodniami, z jednym butem na nodze a drugim – nie wiedzieć w jaki sposób ściągniętym przez napastnika – w ręku. Myślała, że jest pijany albo że uległ jakiemuś wypadkowi. Na wysokości żłobka oparł się o potężne drzewo morwowe i osunął w kucki. Mówiła, że jej nie poznał, że nieprzytomnie bełkotał do siebie, że musi do domu, że Marietta czeka… Na szczęście, Benek Wielgus i Kazik dogonili go i pomogli iść.

Marco Polo wylądował na pogotowiu, na Markwarta, gdzie zszyto mu łuk brwiowy i przetrzymano do rana z podejrzeniem wstrząsu mózgu. Gdy wrócił siny, obrzękły i z obandażowaną głową, nie musiał nic mówić – Jolka, Lulki, Alotek, Garbus, Zezol czy inne znajomki od kufla, a także zwykli ludzie z Rycerskiej, Ogrodowej i Bocianowa od razu widzieli, co się stało. Niektórzy domyślnie pytali „Co, znów ci najebał?”, inni z przekonaniem trącali się piwem „Następnym razem twoje będzie na wierzchu”. Nikt bowiem nie wątpił, że gdy wyleczy guzy, Marco Polo znów będzie szukał zaczepki.


[1] heksa – czarownica (region. z niem.)

[2] rojbrować – chuliganić, psocić się, dokazywać (region.)

[3] zorgujesz – postarasz się (region.)

[4] halbka- połówka, pół litra (region.)

[5] tango Stefanii Górskiej (1907-1986) ze słowami Juliana Tuwima (1894-1953) znane z interpretacji Mieczysława Fogga (1901-1990)

[6] ad majorem Domini gloriam – na większą chwałę Pana (łac.)

[7] Garbary – nazwa ulicy w Bydgoszczy

[8] „Tango notturno” utwór Hansa-Ottona Bergmanna

[9] jupy – kurtki (region.)

[10] cieplak, ciepły braciszek – pederasta (region.)

[11] dekiel – pokrywka (region.)

[12] ajnfach – po prostu (region.)

[13] dać komuś cundra – napędzić stracha (region.)

Brak komentarzy.

Brak trackbacków.