TWARZE W ULEWNYM MROKU – vol.5

`

Dla Rozanielonego nastał zły czas. I wcale nie z powodu żony. Tym razem Marietta nie czyniła mu wyrzutów. Stwierdziła tylko:

- Znowu ten idiota?

- Niestety.

W milczeniu pomogła mężczyźnie obmyć się z brudu i krwi, zabandażowała skaleczoną dłoń, oczyściła ortalion: „A ze spodniami trzeba do krawcowej albo na śmietnik, bo ja nie potrafię tego dobrze zacerować”. W jej głosie była powściągliwość, może nawet rezygnacja bliska obojętności, którą wiele lat później odnalazłem w jej wspominaniu, kiedy goszcząc mnie kawą i nerwowo wyrzucając z siebie dym z papierosa, bo być może krępowała się ubóstwa w domu albo wywnętrzania się przed obcym, opowiadała o swej troskliwości względem pokiereszowanego bójką męża. Zadałem wówczas pytanie, które przez lata mnie prześladowało, które nie pozwalało mi zapomnieć o sprawie i zamknąć ją filozoficzną formułką „było, minęło”, pytanie o zignorowanie najbardziej oczywistej drogi postępowania, drogi, która bez wątpienia zmieniłaby przebieg wydarzeń, drogi, która była aż tak oczywista, że nikt na Rycerskiej o niej nawet nie pomyślał:

- Dlaczego ani ty, ani twój mąż nie poszliście na milicję? Dlaczego nikomu nie zgłosiliście, że Marco Polo was prześladował?

- Ja chciałam, mówiłam Zenkowi, że pójdę do dzielnicowego. Ale się zawziął: „Nigdzie nie pójdziesz. Nie będę donosił glinom, nie jestem kapusiem. A tego luja sam załatwię”.

Zatem nie z powodu awantury w domu dla Rozanielonego nastały złe dni. Ich powodem nie była również reakcja Obremskiego, który widząc podległego mu pracownika z pokancerowaną twarzą, wysłał go na trzy dni wolnego, by na biurze przepustek nie straszył wchodzących i wychodzących zbójeckim wyglądem. Zły czas wiązał się z zachwianiem równowagi wewnętrznej mężczyzny. Rozanielony po prostu zaczął się bać. Nie musiał tego Marietcie mówić – ona ten strach co noc czuła na własnej skórze, kiedy zlany potem krzyczał przez sen i tak gwałtownie rzucał w pościeli, aż nazajutrz, na swych plecach, rękach i nogach odnajdywała siniaki. Ledwie zasypiał, a już w chaotycznych majakach nachodził go Marco Polo: spod łóżka lub spod stołu nagle chwytał za nogę, przewracał. A potem pełzł po nim, by wydrzeć oczy albo udusić. Śniący walił go młotkiem po głowie, wołał Mariettę na pomoc, wołał o nóż, ale na blondynie nie robiło to wrażenia – bity śmiał się i groził: „Dopadnę cię, chuju, zajebię!” Śmiał się i wspinał – wolno, metodycznie, centymetr po centymetrze. W dłoni lśnił mu aluminiowy widelec: „Pamiętasz Konopkę? Pamiętasz, jak mu wydarłeś balon z brzucha? Ja jestem lepszy, ja mu z nerki wyjąłem ten widelec. Ukradł go w barze mlecznym i zjadł. Ale teraz jest mój i wbiję ci go w oko”. Wywijał sztućcem, rechotał i piął się po wierzgającym i wściekle broniącym ciele. Ludzie patrzeli i zagrzewali do walki, a stary Szneka w kolejarskim szynelu hałaśliwie grał. Od ucha do ucha niosła się harmonia, ktoś tańczył ze sznurem parówek okręconym wokół szyi jak boa, ktoś bruk uliczny polewał konewką, żeby kwiatki urosły na grób, ktoś się zaśmiewał, ktoś pociągał piwo i dmuchając w butelkę, buczał jak statek na redzie. Rozanielony widział coraz bliżej twarz prześladowcy, bił w nią i bił, lecz nawet nie skaleczył. Słyszał: „Zajebię cię, Zeniu, zajebię!”. Już czuł oddech wroga na policzku, już przerażony zamykał oczy przed ciosem i nagle spadał, spadał, spadał, lub topił się zanurzony głową w stawie za plecami i budził.

Długo, długo później, kiedy już było za późno, kiedy już było po wszystkim, kiedy już nikt nie emocjonował się bójkami na ulicy, pochylony nad kieliszkiem wódki i wstrząsany pijacką czkawką miał zwierzać się nie tylko ze snów pełnych przemocy, ale również z fiaska swojego pożycia z małżonką, ponieważ w chwili miłosnego zapamiętania, gdy odsłonięty z koszuli nocnej, rozbudzony dotykiem brzuch Marietty zazdrośnie ukrytą w buszu czeluścią cierpliwie wchłaniał pchnięcia erekcji, jedno spojrzenie w rzeźbiony księżycem pośród ciemności dziewczęcy spokój oblicza sprawiało, że raptem wiotczał pożądaniem, że opadał na łoże przerażeniem, kulił się pod kołdrą i nie dochodził więcej spełnienia, albowiem w twarzyczce jak u nimfy greckiej spod dłuta Canovy nagle ujrzał gorejący szyderstwem pysk Marca Polo.

- Co ci jest? – pochylała się nad nim Marietta.

- Daj mi spokój. – odburkiwał plecami zwrócony do niej.

- Co ci jest? – pytali koledzy, gdy po pracy szli do „Wójta”, a Rozanielony wymawiał się od wspólnego piwa i niespokojnie rozglądając się wokół, jakby spodziewał się ujrzeć nadciągającego skądś zabijakę z Rycerskiej, w milczeniu spieszył do domu.

W tym obsesyjnym wypatrywaniu zagrożenia nie dostrzegł, że dni stają się coraz cieplejsze, że po deszczach częściej niż przygnębiająca szarość pojawia się słońce, że na gałęziach bzu wokół kiosku objawiła się wczesna, a więc jeszcze żółta zieleń. Nie zauważył, że Marietta, opowiadając o swej pierwszej, samodzielnej ondulacji w salonie fryzjerskim, zmieniła mu ortalionową jupę na granatowy prochowiec, że czapka, szal i ciepłe buty odeszły w kąt. Na ulicy częściej można było zobaczyć Kaczyńską w otoczeniu jazgoczących kundli, Grabowska, Gontarkowa, Sokołowska i inne plotkary częściej wyglądały oknem, Nowacka też częściej z okna wołała o dzień tygodnia lub o godzinę. A mężczyźni chętniej po bramach wystawali z piwem. Szła wiosna: furmani przestali rozwozić węgiel i drewno, z chodników i bruku zniknęło błoto, dzieciarnia biegała z fajerką lub skakała w gumę, zawzięty Tabaka psem gonił przeraźliwie miauczące, pręgowane dachowce, a na niejednym podwórku podparte sztycami[1] schło wielkie pranie. Szła wiosna, ale to nie docierało do świadomości Rozanielonego, któremu świat zawęził się do zajęczego przemykania się z pracy do domu i nieopuszczania go przed porannym lub nocnym pójściem na służbę, by czasem nie natknąć się na agresywnego blondyna. Wynajdywał sobie różne zajęcia – bielił ściany w kuchni i kładł gumolit, wiśniowym lakierem malował podłogę w pokoju, kitem uszczelniał okna i konserwował rdzawą farbą, wymieniał przełączniki światła z natynkowych, przekręcanych, z czarnego ebonitu, na nowoczesne, czyli wpuszczane w ścianę, klawiszowe, z plastiku w białym kolorze z domieszką beżu. W krzątaninie wokół gospodarstwa domowego starał się zapomnieć o bójkach i o całym bożym świecie. Niemniej pomimo wysilonego zatracania się w tych gospodarskich czynnościach w końcu i do niego dotarła zmiana pory roku. Stało się to w jedną z niedziel.

Obudziły go przeraźliwe krzyki. Wiele krzyków. Była w nich jakaś trwoga albo wołanie o pomoc. Nie wiedział, co się dzieje: wojna czy co? Marietty w łóżku nie było. Zerwał się i podbiegł do okna. Nic: ulica pusta i senna. W świetle poranka blado ćmiły się płomyki latarni gazowej. Wybiegł z pokoju. Marietta w kuchni popijała kawę. Uśmiechała się do zdjęć z albumu. Odniósł wrażenie, że sama z sobą rozmawia, jakby była pomylona.

- Słyszysz?!

- To ptaki. – spokojnie zgasiła giewonta.

- Ptaki?!

- Mewy. Przyleciały na wiosnę. Co, przestraszyły cię?

Nie skomentował. Nie podbiegł do okienka, by sprawdzić. Zamiast tego, zbeształ ją naburmuszony:

- Nie siedź tak goła, bo się przeziębisz. To nie lato, żeby w samej koszuli paradować. Włóż szlafrok albo cwetr.

- A pomożesz mi z wodą do kąpieli?

- Jak wrócę z kibla.

Wyszedł. Spodnie wcisnął na tyłek, wbił się w koszulę i w powyciągany sweter i z kawałkiem gazety zszedł na podwórze.

- Cześć, Zeniu. – Chudy Lulek już czekał w kolejce do ubikacji.

- Cześć, Tadek. – Rozanielony uścisnął sąsiadowi dłoń.

- Widzisz, ile tego? – ruchem głowy Chudy Lulek wskazał ptaki. – Zasrają nam całe podwórze i kiosk. Żeby zmyć gówna z budy, żeby jako tako sprzedawać, bidna Zentkowska nieźle się naharuje. Jakby przed świętami w domu nie było co robić. Co za zasrańce!

Podwórko wyglądało tak, jakby spadł śnieg. Setki, a może tysiące, a może nawet dziesiątki tysięcy białych ptaków tłoczyło się na szopach, trzepaku, kiosku i na porośniętej wątłą trawą ziemi. Paradowały także na skośnym dachu domostwa i przycupnęły w rynnie. Nie płoszyły się na widok ludzi – ruchliwie tłoczące się, podfruwające i czyniące rwetes, zajęte same sobą i chyba wierzące w siłę stada, zupełnie ignorowały ich. Gdyby były czarne, krukowate, wzbudzałyby lęk i niejasne przeczucie zagłady. A że należały do przybrzeżnych łowców w barwach pochmurnego nieba strach ustępował raczej zdziwieniu.

- Skąd się tu wzięły? – Rozanielony zapalił sporta.

- Nie wiem. Może przyleciały z ciepłych krajów.

- Po co?

- Chyba szukają miejsca do lęgu.

- Przecież u nas nie ma wody.

- Na ekspedycji jest basen przeciwpożarowy.

- Tam więcej kamieni i śmieci jak wody. I ryb nie ma.

- Fakt. Może, kurwa, zrobiły sobie tylko przystanek i polecą do Brdyujścia?

- Może.

Oparci o futrynę po obu stronach drzwi, palili w milczeniu. Ptaków wciąż przybywało. Mewy – ale bardziej prawdopodobne, że rybitwy, bo przy biało-szarym upierzeniu miały czarne łepetynki – już nie gromadziły się tylko na podwórku i dachach murowanych komórek, lecz przysiadały także na chodniku i ulicznym bruku. Spokój palącego papierosa Chudego Lulka utwierdzał Rozanielonego w przekonaniu, że pojawienie się takiej ilości ptaków tu, na Rycerskiej, nie jest zjawiskiem rzadkim, że jest cyklicznym. Dla pewności jednak, przekrzykując wielodzioby hałas, spytał, czy w zeszłym roku mewy też przyleciały. Rudy mężczyzna potrząsnął głową, że nie. Zaskoczony więc brakiem zdziwienia, tym bardziej napawał się widokiem. Żałował, że nie ma przy nim Marietty, że nie może przytulić ją do boku, pocałować. Nawet trochę irytował się, że nie była ciekawa anomalii przyrodniczej i wolała wgapiać się w zdjęcia rodzinne, które zna na pamięć i które w każdą niedzielę ogląda. Przecież takie ptaki to coś niezwykłego, coś, co się widzi, być może, tylko raz w życiu! Miał wrażenie, że śni z otwartymi oczami. Gdyby obejrzał w kinie „Ptaki” Alfreda Hitchcocka, pewnie bałby się ataku skrzydlatych albo uległby złudzeniu, iż znalazł się na planie tego filmu. Ponieważ jednak nie znał amerykańskiego obrazu, bez żadnych złowieszczych skojarzeń patrzył, jak trzepocząca, jazgotliwa biel rozrasta się w kierunku ulicy Zygmunta Augusta, wiaduktów prowadzących na cmentarze i ekspedycji towarowej. Przy okazji dostrzegł wiosnę – pokryte liśćmi gałęzie bzu pod płotem i drobną zieleń na wybujałych wysoko przed kioskiem dwóch kasztanowcach.

- Za tydzień Niedziela Palmowa. – powiedział tak jakoś bez związku, a Chudy Lulek wzruszył tylko ramionami.

I wtedy biel się podniosła. Z szumem i przeraźliwym wrzaskiem na niebie jakoby z hałasem trąb Sądu Ostatecznego zapadła ciemność, w której tylko ptaki bezbłędnie się poruszały. Wydawało się, że za chwilę z łoskotem otworzą się bramy błękitu i donośnym głosem Przedwieczny oznajmi swą wolę. Lecz zamiast tego stała się jasność i cisza, jakoby anioł Janowy przełamał siódmą pieczęć: ptaki odleciały. A wraz z ich odlotem Rozanielony stwierdził, że papieros drży mu w palcach i że na skroni ma krople potu.

- Zupełnie, jakby aniołowie opuścili ziemię. – Chudy Lulek rozgniótł podeszwą niedopałek.

- Albo opuścili nas. – zgodził się Rozanielony.

W Niedzielę Palmową świeciło niemrawe słońce. Niebo było białe, a na dworze panował ziąb. Dlatego wielu z podążających na poranną mszę – zwłaszcza wielu ze starszych ludzi – wciąż było odzianych w zimowe płaszcze, kurtki i futra. Kobiety dostojnie kroczące u boku swych mężów niosły gałązki lub palemki do poświęcenia. Te, które ich nie miały, jeszcze przed wejściem do kościoła – gdzie wszystkie krzyże zakryte fioletem i gdzie kantorzy uroczyście wyśpiewują całą Mękę Pańską – zdążą kupić u odświętnych straganiarzy. Wiadomo, taka palma wróży dobre święta i dobry cały rok.

Ładna pogoda, a także ruch na ulicy sprawiły, że wiekowa Nowacka w grantowej koszuli w białe grochy wyjrzała oknem. Z zapadłymi z braku zębów policzkami i z haczykowatym nosem niby dziób podobna zgrzybiałemu orłu, dla ptaków, z rondelka, podsypała strawę na gzyms, a kiedy zgromadziły się, by jeść, cierpliwie wołała do ludzi: „Haalllo, halllo, paaani, haalllo, paaanie, jaki dzieeeń dziś maaamy?!” Przechodnie nie spieszyli z odpowiedzią. Rzadko który odkrzyknął: „Niedziela, pani Nowacka!” Palący papierosa w sąsiednim oknie Zieliński przywykł do lamentu zapytywań. Nie łajał sklerotyczki ani nie zaspokajał jej ciekawości. Uśmiechał się. I był w tym równie cierpliwy jak Nowacka w swych trzęsących się nawoływaniach. Łysą głową odkłaniał się pozdrawiającym go znajomym, a że prawie każdego na ulicy znał, więc każdy go pozdrawiał, a on każdemu się odkłaniał. Pozdrawiał nawet krawca Leona Balcewicza spod szóstki, choć było to po skosie i trzeba było unieść rękę, gdyż szóstka znajdowała się naprzeciw piątki. Niemniej podejmował ten trud zauważenia, gdyż szanował kunszt zawodowy Balcewicza, podziwiał prawdziwie przedwojenną stateczność i majętność krawca, jego trwałą i pełną atencji miłość do żony, dystyngowanie i skromność małżonki oraz klasyczną, wspartą doskonałym krojem sukni urodę córki, która rzadkim gościem będąc w Bydgoszczy, gdyż na co dzień studiowała w Warszawie, zawsze jak gwiazda szła do kościoła pomiędzy obojgiem rodziców.

Święto, nie święto, niedziela zwykła czy jakaś szczególna, od dziewiątej we wjeździe pod piątką zawsze z piwem sterczał Pele. Dobijali do niego Lulki po powrocie z kościoła, gdy już odprowadzili babcię do domu i do „Wójta” skoczyli po kilka flaszek. Bywała tu ziewająca i często jeszcze pijana Jolka, a także Marco Polo. Przystawał czasem Garbus Trybocki oraz Zezol Andrzej od Gontarkowej, gdy matka nie widziała albo poszła na mszę. Kiedyś we wjeździe bywał też i Rysiek Gajewski, ale odkąd go zabili, już nie towarzyszył bratu w łykaniu z butelki – pojawiał się tylko „Pod Bukietem”, a „Bukiet” w niedzielę otwierano dopiero o dwunastej. Natomiast z kusicielem bywało różnie. Alotek bowiem należał do śpiochów i do południa lubił się wylegiwać w łóżku. Czasem więc jak koledzy we wjeździe u Pelego wychylał piwo, a czasem głęboko chrapał u boku żony.

Idąc do kościoła, wilkiem popatrywaliśmy na pijącą zgraję. Na co dzień ich świętowanie trunku nam nie wadziło, ale zawsze w niedzielę ci z piwem byli dla nas tylko bandą obiboków i pasożytów. Oni równie ciepło spoglądali na nas. Sypali docinkami: „Spieszta, spieszta, głupie ludzie, klechy na tacę potrzebują!”, „Patrz, kurde, jacy grzeszni! Od rana zasuwają się spowiadać!”, „Szoruj , babciu, szoruj jedna z drugą, szoruj klepać pacierze, bo już kostucha cię goni!”. Odpowiadaliśmy pogardliwym milczeniem. Bariera wyniosłości pękała, gdy już było po mszy, gdy bezbożna nieobecność naszych pijaczków w kościele już nam nie doskwierała.

W Niedzielę Palmową nie było inaczej niż we wszystkie niedziele. Znów wianuszek piwoszy otaczał wjazd pod dwupiętrową z poddaszem, na biało otynkowaną piątką. Krawiec Balcewicz po wyjściu na ulicę odkłonił się Zielińskiemu spod siódemki i zanim ujął córkę pod rękę i skierował się na Plac Piastowski, pozdrowił jeszcze Grabowską i jej męża wracających z wcześniejszej mszy. Tabaka który wybierał się na sumę, wyprowadzał hałaśliwego Azora, Nowacka się wydzierała, Rogozińska i Tucha tkwiły w oknach, a Kaczyńska wędrowała z wózkiem obtańcowywana przez bezpańskie psy.

Jednak kiedy na ulicy pojawiła się Marietta z mężem, wszystko uległo zmianie. W płaszczyku beżowym o szalu mlecznokawowym, w beżowym toczku z woalką przejrzystą, w czółenkach jak płaszczyk i jak toczek barwnych, dziewczyna zjawą się zdawała z odległej epoki elegancji. Mężczyzna u jej boku – w ciemnoniebieskim prochowcu, bielą u szyi przewiązanym, i w płaskiej jak beret, granatowej czapce z daszkiem typu lujmyca – ledwie poprawne tło stanowił dla wytwornej kreacji. Kobiety zazdrośnie patrzyły na szyk Marietty. Nie zdawały sobie sprawy, że gustowny ubiór jest tylko przeróbką starego płaszcza ciotki Klary z Aleksandrowa, że Marietta tak bardzo się wstydziła podarowanego okrycia, że po sąsiedzku nie zaniosła do skrojenia Balcewiczowi, lecz do Kuśmiderkowej z Hanki Sawickiej[2], bo tam jej nie znają i kwestia przeróbki się nie wyda. Cieszyło ją wrażenie, jakie na mieszkańcach Rycerskiej wywołuje jej wykwintny strój, bo i przechodnie się oglądali – zwłaszcza kobiety, które szeptały „O, jaka paniusia!” – i Tabaka z szarpiącym się na smyczy kundlem, z głośnym „U-u-ła!” przystanął, i łysy Zieliński w oknie cmoknął z zachwytu, i Tucha szczerbato się rozdziawiła. Niemniej Marietta natychmiast miała pożałować, że skupia na sobie spojrzenia, że przyciąga ludzkie zachwyty. Od zgromadzonych bowiem pod piątką oderwał się Marco Polo i z siarczystym „Mam cię, chuju!” ruszył na jej męża. Wszyscy zamarli z wyjątkiem Jolki, która na plączących się nogach przeszła jezdnię w ślad za blondynem.

Rozanielony tymczasem brutalnie odsunął żonę i zgarbił się.

- Co, fetniaka zgrywasz?! – blondyn z impetem wpadł na Rozanielonego.

Wszystko rozegrało się w mgnieniu oka i dla wielu z nas właściwie nie wiadomo jak: Marco Polo z całej siły pchnął, lecz nie napotkał oporu, gdyż przeciwnik nie tylko poddał się pchnięciu, lecz chwycił i pociągnął go za sobą z jednoczesnym skrętem o sto osiemdziesiąt stopni i gdy blondyn stracił równowagę i nagle poleciał plecami gdzieś za siebie, Rozanielony bezlitośnie skierował go na latarnię i pchnął z całej siły. Napastnik walnął grzbietem oraz potylicą o żeliwny słup, a następnie bez przytomności osunął się na chodnik.

Rozanielony podbiegł, by mu dołożyć.

- Zostaw go! – Marietta uczepiła się rąk męża.

- Puszczaj, to gnój i trzeba go wykończyć!

- Nie, to człowiek i ma już dosyć.

- Jaki człowiek?! Gnój!

- Zostaw! Jest święto, Niedziela Palmowa, a ty jak bandyta!

Jolka stanęła przy nich:

- Zabiliście go, zabiliście! Ty mała kurwo, to wszystko przez ciebie! Przez ciebie i przez twoją pizdę śmierdzącą jak waleriana! –

Uderzyła Mariettę w twarz, aż toczek spadł i się pokulał. Rozanielony bez zastanowienia wyrżnął Jolkę w zęby. Ta przewróciła się, zalewając krwią.

- Jezu, ludzie, chcą mnie zabić! Ratunku, ratunku!

- Zamknij się, głupia blyrwo!Pele z Grubym Lulkiem dobiegli do Marca Polo.

Zaczęli go cucić. Jolka w pijackim amoku się wydzierała i próbowała stanąć na nogi, wydzierała się starucha w oknie ze swoim „Haalllo, halllo, jaki dzieeeń dziś maaamy?!”, płakała Marietta, która podniosła kapelusz i nie oglądając się na męża, ruszyła przed siebie. Ludzie ostrożnie zaczęli podchodzić do nieprzytomnego.

- Idź, Zeniu, nic mu nie będzie. – rzucił Pele.

Rozanielony puścił się za dziewczyną.

Pod wpływem poszturchiwania i rozchełstania wyblakłego moro w deszczyk oraz pomarańczowego szala Marco Polo jęknął.

- Żyjesz? – Gruby Lolek nie przestawał go cucić.

- Żyję, kurwa, żyję, Romek. – z trudem otworzył oczy. – Ale co się stało?

Głowa opadała mu na pierś. Niezgrabnie próbował się podnieść.

- Rzuciłeś się na Rozanielonego, a on cię pizgnął o słup. – wyjaśnił kusiciel i podsunął mu butelkę z piwem. – Łyknij, to twoje.

- Nie, Alotek, nie teraz. – pomacał tył głowy. – Łeb se rozbiłem.

Na palcach i na szalu miał krew. Lulki postawili go na nogi i gdyby nie przytrzymali, pewnie by upadł.

- O, kurwa, ale mi dopierdolił. Ale dopierdolił! Ale ja go jeszcze dopadnę, ja go zajebię.

- Ty mstliwy, Marco, ty durny. – Grabowska ujęła się pod boki. – Oj, Marco, Marco, niechaj ty pomsty! Powiadam: niechaj! Bo durno ty żyjesz i durno pomrzesz. I sjiwych włosow na głowie nie obaczysz.

- Pani Grabowska, pani zawsze straszy. – warknął Pele.

- A ty, Pelje, co?! brata pilnował?! – nie pilnował! To i Rysjek umrzykiem po knajpach się badzia i trunkowych straszy.

Nagle oczy wszystkich nas skierowały się na Jolkę, gdyż ta – z rozmazaną na brodzie krwią, ze spuchniętą od ciosu wargą – spuszczając dżinsy, niespodziewanie przykucnęła i zaczęła sikać na chodnik.

- Fuj! – Grabowska uskoczyła przed strużką moczu.

- Weź ty, przestań, Jolka. – Chudy Lulek skrzywił się z obrzydzeniem. – Nie wypinaj dupy, ludzie patrzą.

- Co, kurwa, mam w gacie zrobić?! – bełkotała pijana, z mętnym wzrokiem. – A pizda jak pizda, jest włochata, szcza i śmierdzi pizdą, a nie słodko pierdzącą Mariettą!

- Ale świnia! – zaśmiał się Tabaka. – Patrz, Azor, patrz i za dupę ją, za dupę!

Głupi pies ani myślał słuchać pana. Podskakiwał i wesoło szczekał na wszystkich dokoła.

Zażenowani zaczęliśmy się rozchodzić. Jedni przypomnieli sobie o mszy, inni, że trzeba iść do domu, a jeszcze inni, że na spacer. A wieczorem we wszystkich domach komentowano poranną scysję i publiczne sikanie Jolki. W poniedziałek, w mleczarni, w porannej kolejce kobiety też o niczym innym nie mówiły. Wszystkie wydziwiały na Jolkę, że pijaczka, że blyrwa, że bezwstydna i z gołą dupą przy ludziach lata, i mówiły, że dobrze się stało, że jej alon, ten lontrus zatracony, że dostał po sznupie, że jeszcze lepiej by się stało, gdyby milicja go wreszcie przymknęła. A w Marca Polo znów diabeł wstąpił. Znów, gdzie tylko mógł, lżył Rozanielonego i znów gromko obiecywał odwet. Teraz nawet najbardziej życzliwy mu mieszkaniec Rycerskiej czy Ogrodowej uważał, że jest sztauchnięty. Teraz wszyscy zdawali sobie sprawę, że jego chełpienie się żółtymi papierami nie jest tylko czczą przechwałką na okpienie wojska, że on naprawdę ma coś z deklem, bo skoro dostał raz i łeb mu szyli, skoro dostał drugi raz i łeb se rozwalił i jeszcze dalej szuka zaczepki, to znaczy, że on wariat i bandzior ostatni.

U Marietty i Rozanielonego znów nastały ciche dni: nie kłócili się, ale też niczego nie próbowali sobie wyjaśniać. Po prostu codziennie mijali się bez słów. A jeżeli musieli już coś powiedzieć, ograniczali się do zwięzłych pytań i poleceń: „Kupiłaś chleb?”, „Obierz ziemniaki na obiad”, „Masz drugie śniadanie do pracy”, „Tam leżą twoje giewonty”. Nie była to sytuacja normalna, ale im nie ciążyła i żadne nie spieszyło się, by ten stan rzeczy przerwać. Po latach Marietta miała wyznać, że czuła się zbrukana napaścią Jolki, czuła się, jakby wylano na nią kubeł nieczystości i kazano iść do kościoła: „Może gdyby wtedy Zenek do mnie podszedł, może gdyby przytulił… Ale musiałam sama iść, iść z piekącym policzkiem, z łzami w oczach, z włosami w nieładzie, ze zrzuconym toczkiem w ręku. A ludzie patrzyli, patrzyli, patrzyli… Okropne.” Była świadoma lęków męża, ale chyba je bagatelizowała: Rozanielony nigdy się nie skarżył, a poza tym zawsze pokonywał blondyna. Może gdyby wykazała więcej zrozumienia, gdyby w działaniu męża widziała coś więcej niż tylko dziką nienawiść, może losy obojga inaczej by się potoczyły?

Dla Rozanielonego nadchodzące święta nic nie znaczyły. Nie udzielił mu się okres gorączkowych przygotowań – zakup większej ilości jaj i bazi do wazonów, długiego wystawania u rzeźnika po mięso, mycia okien i podłóg, pieczenia wielkanocnych bab – ponieważ razem z Mariettą mieli w pierwsze święto jechać do Aleksandrowa. Gdyby Marietta, z myślą o cmentarzu, nie zakupiła na targu pęku wiosennych gałązek o biało-szarych myszkach i gdyby nie poszła na grób rodziców czynić porządki po zimie, pewnie w ogóle by ich nie zauważył. Był ponury. Po awanturze w Niedzielę Palmową, w której tak łatwo rozprawił się z przeciwnikiem, jego obawa przed Marcem Polo wcale nie zmalała. Wciąż po nocach bronił się przed atakiem, wciąż nie mógł się obronić i wciąż jedyną ucieczką było nerwowe przebudzenie. Ale i za dnia czuł się osaczony, bo wiedział, że Marco Polo gdzieś tam wciąż się czai , wciąż na niego poluje. Raz czy drugi miał chęć na piwo po pracy. I już się wybierał z kolegami do „Wójta”, by w ostatniej chwili zrezygnować, gdy z daleka ujrzał wyblakłą, wojskową kurtkę i pomarańczowy szal… Może to był Marco Polo, może ktoś przypadkowy, ale wolał być ostrożny. Innym razem dostrzegł blondyna wałęsającego się pod bramą „Famoru”. A że nie była to pora końca jednej i początku drugiej zmiany, więc się z nim nie spotkał. Wiedział też, że kilka razy, mniej więcej po czternastej, blondyn wystawał pod domem Lulków od strony kiosku i czekał na jego powrót z pracy. Tamtędy, od podwórza, Rozanielony zwykle szedł do mieszkania. Ale na szczęście, po niedzielnej szarpaninie zmienił przyzwyczajenia i zaczął wchodzić do domu drzwiami frontowymi, od ulicy Ogrodowej. Mijał się więc z czekającym. Mimo tej przezorności, w Wielki Czwartek prawie się z nim zetknął, prawie doszło do kolejnej bijatyki. Marco Polo musiał się zorientować, w czym rzecz, bowiem niespodziewanie stanął na rogu Rycerskiej i Ogrodowej. Nikt zatem idący jedną czy drugą ulicą nie mógł ujść jego uwadze. Nie uszedł też Rozanielony. Marco Polo już z daleka go widział. Czekał. Palił papierosa i czekał. Gdy mąż Marietty był już blisko domu, mężczyzna odrzucił niedopałek i z pięściami ruszył w jego kierunku. Wtedy jednak – zupełnie niepodziewanie – interweniował Gruby Lulek. Ni stąd ni zowąd, z jakąś długą rurką w ręku, pojawił się przed domem, położył blondynowi rękę na ramieniu i zmusił do zatrzymania. Kiedy z nim rozmawiał, Rozanielony spokojnie przeszedł obok i wszedł do domu. Marietta dowiedziała się później od Hanki, siostry Lulków, że to ona wysłała brata i że rudzielec wtedy rzekł: „Maras, wypierdalaj stąd. Moje siory i babcia to kobiety spokojne. Nie życzą sobie oglądać tu żadnych bójek. A ja, kurwa, je szanuję. A jak ty je nie szanujesz, to ja cię szacunku nauczę”. Marco Polo miał się klamkować, że niby ulica jest dla wszystkich, lecz gdy Gruby Lulek trzymaną rurkę z łatwością, jakby chodziło o drut, okręcił mu wokół szyi, gdy za tę prowizoryczną obrożę pociągnął go na drugą stronę i do rurki doczepił stojącą pod sklepem Gronsioków wielką, cynkowaną kankę od mleka, zrozumiał, że nie ma sensu się sprzeciwiać, że nie ma co czekać pod domem, żeby się z Rozanielonym rachować, że dom musi sobie odpuścić.

Marco Polo był wściekły: pożądał odwetu, publicznej rehabilitacji swojego wizerunku, czyli wizerunku najgroźniejszego zabijaki na Rycerskiej, lecz zdecydowana postawa Romka – głupszego, acz silniejszego z Lulków – utrudniła mu zmazanie porażki, której sromotnie doświadczył na oczach ulicy, a tym samym utrudniła powrót do opinii agresywnego i niepokonanego luja. W bezsilnej złości kręcił się więc po Rycerskiej i Ogrodowej, co rusz zaglądał do „Bukietu”, zapuszczał się pod „Famor” na Kaszubską i do „Wójta” na Racławicką. Bezskutecznie. Od czwartku nigdzie nie natknął się na Rozanielonego. Zaczął podejrzewać, że nazajutrz Rozanielony uciekł przed nim do Ślesina. W Wielką Sobotę, patrząc na ludzi spieszących z koszyczkami potraw do kościoła, by się wyspowiadać, pomodlić u Grobu Pańskiego i by dokonać poświęcenia wielkanocnego jadła, mówił do Pelego: „Ten chuj spierdolił do siebie na wieś. Myśli, kurwa, że przeczeka, że za parę dni mi przejdzie, że zapomnę, że jebnął mnie o latarnię, że aż wszystkie gwiazdy zobaczyłem. Ale ni chuja! Zajebię go, zobaczysz!” A kiedy tak się odgrażał, kiedy pociągał piwo we wjeździe i spluwał, ujrzał nagle wolno przejeżdżający samochód osobowy. Była to czarna wołga o niklowanych zderzakach i chłodnicy – wyglądająca jak czarny rekin o srebrnych zębach. Podobały mu się wołgi, ich drapieżny kształt i dystyngowany kolor. Dalekie były od pokracznych wielkim garbem warszaw, wartburgów, sprawiających wrażenie starych pepegów, czy syrenek – jak brzydkie, smutne jamniki o karoserii w beżu lub kości słoniowej. Popatrzył z lubością na czarne auto i nagle zadrżał: samochodu nikt nie prowadził! Pojazd nie miał kierowcy. W kompletnej ciszy, nawet nie podskakując na wybojach, czarna wołga przeciągnęła ulicą.

- Widziałeś?! – zwrócił się do Pelego.

- Co?

- Tę wołgę!

- No.

- Była bez szofera!

- Co ty pieprzysz?!

- Kurwa, nikt jej nie prowadził! Nikogo nie było za kierownicą!

- Niemożliwe.

Pele się przeraził. Przypomniał sobie, jak sam widział czarną wołgę, kiedy zabili mu brata. Nie powiedział jednak o swych doświadczeniach. Mruknął wymijająco:

- To może być zły znak.

- Co ty?! Przecież czarna wołga to nie czarny kot, a Wielka Sobota to nie piątek trzynastego.

- No, nie wiem, nie wiem. Chodźmy lepiej do Jolki. Ci wszyscy ludzie ze święconkami działają mi na nerwy.

W Wielką Sobotę w „Famorze” był sądny dzień. Telefony od rana się urywały i milicja przyjechała. Były przesłuchania, pisanie zeznań i protokołów. W Spółdzielni Pracy „Surowiec” na Zaświecie zatrzymano bowiem dwóch robotników, jak usiłowali odsprzedać na złom sprawny transformator typu TEB. Okazało się, że są z „Famoru” i że poprzedniego dnia ukradli transformator z zakładu: potrzebowali gotówki na trochę bogatsze święta, no i na prezenty dla gzubów[3]. Dowódca straży, Obremski, szalał: „Jak to możliwe, żeby nikt z was nie zauważył kradzieży?! Przecież taki TEB waży ze sto dwadzieścia osiem kilo! Tego nikt nie wsadzi w kieszeń! Tu trzeba silnych chłopów i jakiegoś wózka. I jeszcze trzeba to wywieźć albo przez płot przenieść. I co, nikt nic na bramie nie widział?! Nikt nie widział, żeby ktoś majstrował przy płocie?! I to tak sprytnie majstrował, że nie ma żadnej dziury?! A może mam myśleć, że po prostu jesteście w zmowie?!” Stwierdził, że kradzieży dokonano na zmianie Rozanielonego i Benka Wielgusa i za niedopilnowanie obowiązków obu postanowił ukarać naganą z wpisaniem do akt: „Za tę naganę jeszcze mi podziękujecie, bo w ten sposób ratuję wam dupy. Wykazaliście się zerową czujnością, śpicie, gdy wróg czuwa, pozwoliliście, żeby państwowe skradziono, i za to, kurwa, powinniście z hukiem wylecieć z roboty. Nie wyrzucam was, bo mimo wszystko was cenię i wiem, że wypadki chodzą po ludziach, i w przyszłości liczę na waszą wydajność, ale nie mogę pozostać obojętny, muszę was, kurwa, ukarać. Nikt w dyrekcji, partii i na milicji nie może mi zarzucić, że taką aferę zlekceważyłem, że wam nie dojebałem, że was nie ukarałem. Dlatego właśnie ta nagana. To najmniejsza z kar i cieszcie się, spotyka was tylko tyle.” Kara wbrew pozorom była dotkliwa: strażnicy musieli pożegnać się z premią kwartalną, a poza tym do końca roku mogli zapomnieć o zmianie zaszeregowania, czyli o awansie i większej pensji. Benek był niepocieszony: „Żonie obiecałem wakacje w Ustce. Od lat o tym marzyła. I co ja jej teraz powiem?” Rozanielony myślał o motorze używanym – o jakiejś jawie czy junaku, by z żoną jechać na grzyby albo nad wodę – i o wycieczce do Krakowa: „Byśmy zobaczyli Wawel i Sukiennice, Marietta by kupiła sobie coś ładnego”. Obaj zatem byli niepocieszeni. Gdyby chociaż złodziejem od transformatora okazał się ten przeklęty Konopka! Ale ten wstrętny żartowniś, którego Rozanielony zawsze miał w podejrzeniu, był tylko zwykłym żartownisiem! Nic więc dziwnego, że dzień pracy zarówno Benkowi Wielgusowi jak Rozanielonemu się dłużył i nic dziwnego, że obaj chcieli swe troski utopić w alkoholu. Po dwudziestej drugiej piwo i wódka dostępne były tylko w knajpach, gdyż sklepy przy sobocie zamykano o czternastej. Najbliżej był „Wisielec”, lecz tam nigdy nie chodzili, więc pozostał „Bukiet”.

W „Pod Bukietem” było cicho. Stary Szneka, podobnie jak cała rodzina Szaflarskich, nie był nabożny, ale był człowiekiem starej daty, nauczonym, że w Wielkim Tygodniu rozrywki ustępują modlitewnemu zamyśleniu. Dlatego od Niedzieli Palmowej aż do Świąt Wielkanocnych zwykle nie pojawiał się w barze, by uprzyjemniać picie swoim akordeonem. Nie było więc Szneki i nie było tłumów. Zaledwie paru pijaczków snuło się po sali. Jacyś tacy przygaszeni – o szarych twarzach, z papierosami w nerwowych palcach, w szklanych cygaretkach lub w kącikach ust, w porozpinanych prochowcach o postawionych na sztorc kołnierzach lub w szeleszczących kurtkach z ortalionu –wyglądali jak cmentarne widma. Zresztą, być może powychodzili z mogił, gdyż w kościele od symbolicznej śmierci Chrystusa aż do Jego zmartwychwstania czas był ku temu, a poza tym w kącie pod oknem siedział jak zawsze Rysiek Gajewski, a on przecież do żywych nie należał.

Kiedy Benek Wielgus z Rozanielonym przestąpili próg baru, ponura kobieta za kontuarem – tleniona na blond i w jaskrawej szmince – nawet na nich nie spojrzała. Szybko obmywała kufle po piwie i stawiała do góry dnem, by obciekły. Równie szybko podała im cztery pięćdziesiątki „Czystej”, dwie herbaty i talerzyk z serem posypanym papryką na zakąskę. Przy realizacji zamówienia jej ponury wyraz twarzy ani na chwilę się nie zmienił. Zapewne konsumentów alkoholu w wigilię Zmartwychwstania uważała za dopust piekła: w końcu przez nich nie mogła należycie przygotować się do świąt i gdy w święta wszyscy w rodzinie będą się radować, ona jedna będzie nieszczęśliwa z niewyspana. Rozanielony to rozumiał, rozumiał zwłaszcza po pierwszym kieliszku, po którym cały jego organizm się skrzywił i wzdrygnął z obrzydzenia. Ledwie posmakował wódki, miał już dość, miał ochotę zostawić drugi kieliszek, zostawić kolegę i pójść do domu. Ale się nie ruszył. Nie wypadało. Pospieszną herbatą kojąc wstręt do trunku, tylko poparzył sobie podniebienie. Benek próbował zagaić rozmowę, coś rzucił o cholernej niesprawiedliwości, coś o pieprzonym Obremskim, lecz tak jak nie weszła mu w gardło pięćdziesiątka, tak i rozmowa z Benkiem się nie kleiła. Tępo patrzył w blat albo dla odmiany przyglądał się białej kuli pod sufitem. Myślał, czy nie cisnąć szklanką w lampę. Lecz żeby to zrobić, musiałby najpierw wypić herbatę, a herbata była równie ohydna jak wódka. Więc ochota mu przechodziła, a nachodziła go złość. Postanowił, że po drugiej pięćdziesiątce zamówi jedno piwo i na tym szlus: choćby go Benek błagał, choćby mu stawiał, idzie do domu. Nie przerywając niezdarnych zwierzeń kompana i wodząc bezmyślnie palcem po krawędzi szklanki, nie usłyszał otwieranych drzwi. Dopiero kiedy grupka przybyłych hałaśliwie przywitała się z Ryśkiem Gajewskim, zorientował się, że to piątka Marca Polo. Był Marco Polo i Lulki, był kusiciel i Pele. Wszyscy mieli już wypite. Ponieważ jeszcze nie zauważyli go, rzucając Benkowi „Zaraz wracam”, podszedł do barmanki.

- Przepraszam panią, czy jest tu jakieś tylne wyjście?

- Chodzi o tego blondasa? – kobieta o zmęczonych oczach nie wydawała się zdziwiona jego pytaniem.

- Tak.

- Ja też nie cierpię tego całego Marca Polo. – wytarła mokre ręce w fartuch i poprawiła biały czepeczek nad grzywką – sztywno sklejoną lakierem do włosów. – To lump ostatni. Chodźmy.

Przeszła na prawo od rozmówcy, na koniec kontuaru, uniosła porysowaną, ruchomą część blatu, która do brązowego jak kawa mebla była przymocowana zawiasami, następnie odryglowała zamknięte na zasuwkę, niskie drzwiczki, wyszła, otworzyła znajdujące się obok drzwi z pożółkłej ze starości bieli i wprowadziła mężczyznę w słabo oświetlony korytarz. Po lewej były drzwi szeroko otwarte. Rozanielony natychmiast zorientował się, że tam znajdowała się kuchnia. Po prawej natomiast, zamknięte pomieszczenie mogło być zarówno szatnią dla personelu, jak i gabinetem kierowniczki. Być może było jeszcze jedno, lecz Rozanielony nie miał czasu, by się rozglądać. Znaleźli się bowiem na końcu korytarza, za którym czerniła się przestrzeń podwórka.

- Proszę, tędy wyjdzie pan na Bocianowo.

- Dziękuję.

Skrzypnęły drzwi i pozostał sam. W ciemności rozpoznał trzepak i stojące pod wysoką, drucianą siatką metalowe śmietniki. Po cichu wsunął się do budynku i przeszedł korytarz, nie zapalając światła. Drzwi od ulicy były otwarte. Już miał wyjść, gdy w bladym świetle latarni ujrzał Pelego i kusiciela. Stali na chodniku, palili fajki – Alotek umieściwszy papierosa w szklanej fifce – i wyraźnie czekali. Czekali na niego. Pewnie z kategorycznym zaproszeniem do kolejnej bójki. Skąd wiedzieli, że będzie próbował ucieczki? I że będzie próbował uciec przez podwórze? Może inni też tak uciekali, gdy groziło im mordobicie? Ale niedoczekanie! Pele, kusiciel i Marco Polo mogą się wypchać! Na palcach wycofał się na podwórko. Co robić? Najlepiej na drugie podwórko, to od Rycerskiej, i pomknąć do domu. Przeskoczył siatkę rozgraniczającą dwie posesje. Plac był niewielki – ledwie na kilka pojemników na śmieci i nieduże pranie – szybko więc znalazł się na klatce schodowej. Tonęła w zupełnej ciemności. Po przekręceniu ebonitowego włącznika, gdy rozbłysło światło, okazała się ponurym, zadbanym korytarzem ze schodami z ciemnego drewna i posadzką w jasne płytki o pościnanych rogach, w miejsce których umieszczono niebieskie kwadraciki. Typowe, pruskie mieszczaństwo – nietknięte pierwszą i drugą wojną światową. Rozanielony podszedł do drzwi od ulicy i zgasił światło. Odczekał chwilę, gdyż w drzwiach były szybki, więc dla ewentualnych obserwatorów z ulicy byłoby jasne, że ktoś chodzi po domu. Gdy uznał, że już można, ostrożnie wysunął się z kamienicy. Po drugiej stronie nie było nikogo. Odetchnął z ulgą. Zszedł po schodkach i gdy stanął na chodniku, usłyszał: „Chytry jesteś, Zeniu, chytry, ale my chytrzejsi.” Poczuł, że z dwóch stron ktoś bierze go pod ramiona. Zanim zorientował się, że to Pele i kusiciel po lewej i po prawej zaczaili się na niego, wyrosła przed nim szyderczo rozradowana twarz Marca Polo: „Co, pogadamy sobie wreszcie, co?!” Uderzył, lecz pięść nie sięgnęła twarzy – zablokował ją Chudy Lulek: „Nie tutaj, Maras, i nie w taki sposób. Żadnego bamberskiego solo, czyli w pięciu na jednego. Idziemy, kurwa, pod trójkę”.

Przeszli na drugą stronę. Rozanielony się nie wyrywał, nie protestował. Czuł ulgę, że męcząca od wielu dni niepewność wreszcie się skończy. Marco Polo – na sporym cyku – też jakby poweselał. Rzucił do Pelego: „I co, czarna wołga przynosi pecha?!” Parcelę pod trójką tworzyła oszczędna dobudówka do jedynki oraz wielki plac z magazynem spółdzielni „Tęcza”, a także z kilkoma szopami na prawo – pod murem posesji numer pięć skleconymi z desek i od góry obitymi papą. Magazyn był oświetlony żarówką, która wystawała z płaskiego, emaliowanego klosza. Światła było dużo – musiało być go dużo, gdyż było zabezpieczeniem przed złodziejami. Wprawdzie czasem w nocy zachodził tu stróż spod dziewiątki, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku, czy nikt się nie włamał, lecz wiedzieliśmy, że na ogół nie był tak gorliwy: wolał nie opuszczać ciepłej dyżurki z telefonem znajdującej się kilka domów dalej. Zatem praktycznie tylko ta ostra jasność – sięgająca gdzieś połowy placu – a także rynkowa nieatrakcyjność zgromadzonych pod Rycerską trzy materiałów i surowców strzegły „Tęczę” przed kradzieżą.

Światło magazynu i słaby blask ulicznej latarni zapewniały względne warunki do bijatyki: niespecjalnie było widać przeciwnika, lecz po omacku się go nie szukało. Od „Bukietu” i od dwójki, gdzie przydybano Rozanielonego, było tu zaledwie kilkanaście kroków. Poza tym nikt postronny się nie kręcił, więc nie mógł zakłócić porachunków, a zanim wezwałby milicję, minęłyby wieki. Dlatego teren był dogodny, wręcz idealny. Zresztą, gdyby taki nie był, czy pod murkiem trójki zadźgałby kto Ryśka? – chyba nie. Więc miejsce na pranie po pyskach było dobre, co też szybko i bez zbędnych ceregieli nastąpiło, ledwie cała szóstka znalazła się na wyboistym od kół furmanek i furgonetek – które z towarem zajeżdżały pod magazyn – pełnym kałuż i kamieni, piaszczystym placu. Nikt nie pamięta, kto kogo pierwszy uderzył, ale wiadomo było, że to Marco Polo całą serią ciosów rzucił się na przeciwnika. Jego ramiona cięły powietrze jak skrzydła wiatraka, lecz pięści nie trafiały celu – Rozanielony zręcznie odskakiwał przed furią ataku. Blondyn był niestrudzony: napierał i napierał, więc ganiali się tak przez pół placu. Wreszcie, czy Marco Polo osłabł i Rozanielony postanowił to wykorzystać, czy Rozanielony się potknął, dość, że w szybkiej wymianie ciosów kułaki obu walczących były celne: blondyn walnął adwersarza w podbródek, ten w ucho go wyrżnął sierpem i obaj stanęli oślepieni otrzymanymi razami, z szumem w głowie i piekącym bólem. Pierwszy doszedł do siebie Marco Polo. Zamachnął się, lecz uderzenie nie sięgnęło twarzy, gdyż Rozanielony uchylił się z jednoczesną odpowiedzią w brzuch i lewym hakiem w nerki. Napastnik zawył, Rozanielony natychmiast zdzielił go w skroń i potylicę. Blondyn, choć wyższy i tęższy, zaczął uciekać. Obserwujący bójkę, milczeli. Szli krok w krok za walczącymi, lecz nikogo nie zagrzewali. Tymczasem Marco Polo nagle zawrócił i z nisko pochyloną głową zaszarżował jak byk. Skutecznie. Dźgnięty w pierś mąż Marietty padł. Marco Polo zwalił się na niego gradem pięści. Głowa Rozanielonego podskakiwała jak piłka. Puchła w oczach. Chociaż dość ciemno, widać było, że z nosa rzuciła się krew. Wydawało się, że to już koniec, że bity mężczyzna straci przytomność albo życie, lecz ten w rozpaczliwym geście sypnął blondynowi piachem w oczy i gdy blondyn z wrzaskiem sięgnął do powiek, wyślizgnął się spod niego, zerwał na nogi, kopnął w plecy, a potem w głowę. W obronnym geście Marco Polo zwinął się na ziemi jak przekłuty szpilką owad i skrył głowę w ramionach. Lecz atak nie nastąpił. Rozanielony nie miał sił. Stał i ciężko dyszał. Jego zakrwawiona twarz w mroku zlana była zimnym potem. Kiedy doszedł do siebie, było już za późno. Marco Polo szarpnął się z ziemi kamieniem w ręku i wyrżnął go w usta. Błysk i ciemność w oczach, potworny ból i wraz z ciepłą krwią z ust sypnęły zęby. Przewracając się, Rozanielony zaczął uciekać. W ramię, w plecy, w nogę, bijąc kamieniem, Marco Polo niezgrabnie ruszył za nim.

- Ja pierdolę, oni się pozabijają! – z przestrachem jęknął Pele, widząc się już na wpół umarłym z zimna na sali rozpraw pod lodowatym jak śmierć spojrzeniem Henryka Mroza – straszliwego arbitra nad arbitrami – i w obawie przed urzeczywistnieniem tej wizji, niepewnie, tyłem i jakby z ociąganiem, wycofując się do domu.

- Romek, nic tu po nas. – zakomenderował Chudy Lulek.

Gruby Lulek posłusznie podążył za bratem.

- Tadek, Romek, już idziecie?! Nie zaczekacie, aż skończą? – kusiciel poczuł się nieswojo.

- To nie nasza sprawa. To pachnie kryminałem, Alotek, a my już mamy wyrok w zawiasach, rozumisz?

Kusiciel nie wytrwał w oglądaniu. Zdjął go strach. Gdy tylko Tadek i Romek zniknęli w ciemności, też uciekł z placu bójki do domu. Później, żonie Maryli miał mówić, że niczego nie widział, że o niczym nie wie, żeby wszyscy się od niego odpieprzyli.

Ale walczący mężczyźni nie zauważyli zniknięcia gapiów. Byli zbyt pochłonięci sobą, by cokolwiek innego dostrzec. Jeden gonił, drugi uciekał, jeden rzęził i od czasu do czasu bił, drugi na wpół zamroczony, z palącym jak wrzątek obrzękiem w ustach, jęczał, i tak, klucząc i raptownie skręcając, ze dwa razy przebiegli niemal cały dziedziniec. Gdy przed Rozanielonym wyrosła druciana siatka, okalająca magazyn „Tęczy”, w desperacji, jak wcześniej blondyn, z półobrotu rzucił się głową w brzuch Marca Polo. Trafił. Przeciwnik, który zamachnął się, by kamieniem rozbić czaszkę, uderzony bykiem padł. Rozanielony zmęczonym krokiem pobiegł dalej. Zanim blondyn się podniósł, zyskał kilka metrów. I w nikłym blasku dostrzegł ułomek cegły. Chciał nim zaatakować, lecz kiedy ścigający był tuż, tuż, w panice odwrócił się i z rozmachem cisnął w twarz. Cegła odbiła się od czoła. Marco Polo z wrzaskiem się przewrócił, chwycił za głowę i z bólu zaczął turlać. Krew przeciekała mu przez palce. Rozanielony sięgnął po upuszczony przezeń kamień. Był to całkiem spory glamuz z jasnego granitu, jakim uzupełnia się szczeliny w brukowanej nawierzchni. Z granitem w ręku przypadł do Marca Polo i bezlitośnie zdzielił go w skrytą za dłońmi facjatę, a potem, gdy ręce oderwały się od oblicza, uderzył jeszcze raz. Marco Polo znieruchomiał. Rozanielony niezdarnie zwlókł się z jego cielska. Chciał iść do domu, ale nie miał sił, żeby się podnieść. W plecach, rękach, nogach, czuł razy kamieniem. Całym samym sobą czuł zmęczenie i senność: „Za chwilę pójdę do domu, za chwilę pójdę… tylko trochę odpocznę… odpocznę…” Puścił głaz, z trudem odczołgał się od leżącego, by kilka metrów dalej oprzeć sklejone brudem i strużkami potu czoło o leżącą na piasku dłoń: „Boże, jestem cały wyświniony. Wszystko pewnie podarte, podarta kurtka, podarte spodnie, podarte buty. Buty? Buty nie, buty nie mogą… buty nie… Marietta będzie wściekła…” Ocknął się z niejasnym przeczuciem zagrożenia. Nie wiedział, gdzie jest i co robi, ale podświadomie bał się. Zanim zrozumiał, co się dzieje, ujrzał nad sobą ciemną sylwetkę blondyna i wzniesioną dłoń z kamieniem. Ból go oślepił i niemal natychmiast krew pojawiła się w nozdrzach. Nie próbował jej tamować ani wytrzeć ani nawet dotknąć strzaskanego nosa, lecz uciec: uciec zanim Marco Polo zbierze się do zadania kolejnego ciosu. Na czworakach więc, ślizgając się w wysychającej kałuży, brnął przed siebie: „Jeszcze trochę, Boże, jeszcze trochę! Do domu, do domu! Do Marietty!” Rwący, przenikliwy ból rozsadzał mu twarz. Kiedy poczuł, że napastnik chwyta go za nogę, że nieubłaganie zaczyna wspinać się po nim jak po drabinie, jak w bójce przed „Wójtem”, jak w tylu snach ostatnio obsesyjnie wyśnionych, w sercu i w skroniach przerażenie zaczęło mu dudnić. Chciał szybciej się czołgać, chciał wroga strącić z siebie, ale nie mógł, nie miał sił. Wiedział, że ze chwilę tamten sięgnie mu łapskiem karku, że dowali kamieniem, że zabije. Gorączkowo zatem się motywował: „Szybciej, szybciej! Boże, szybciej!” Natrafił dłońmi na fragment płytki chodnikowej, po której jeszcze tydzień temu, gdy stała wielka woda, ludzie suchą noga przechodzili przez kałużę. Betonowy odprysk nie był duży, lecz chwycił go oburącz, przekręcił się ciałem na wznak i unosząc do siadu, z całej siły spuścił kamień na głowę Marca Polo. Ten bez jęku zwalił się na nogi Rozanielonego. Powtarzając jak zaklęcie „Niech to się wreszcie skończy, niech to się wreszcie skończy!”, Rozanielony uderzył raz jeszcze i jeszcze, i jeszcze. Sił mu starczyło, by strącić z siebie blondyna, po czym osunął się w ciemność…

Ciepłe sapanie oraz natrętne, szorstkie i wilgotne łaskotanie obolałego oblicza sprawiły, że odemknął powieki. Dniało. Ujrzał nad sobą pysk starego, białego kundla troskliwie liżącego mu twarz. Inny, łaciaty, obwąchiwał dłoń. Z trudem uniósł rękę. Oba psy odskoczyły, by po chwili wrócić do oblizywania. Nienaturalnie wygięty, leżący obok Marco Polo miał włosy sklejone krwią. Jego otwarty wzrok był błyszczący i w dziwnie pięknym błękicie. Dwa bezpańskie kundle, trochę nieufne, wilgotnymi nosami trącały poranioną dłoń. Dłoń się nie poruszała, więc zaczęły ją lizać. Nim Rozanielony ponownie odpłynął w mrok omdlenia, w polu jego widzenia pojawiła się stara Kaczyńska, która porzuciwszy wózek, z okrzykiem „O, Boże!”, przypadła do leżących, po czym pobiegła po pomoc: „Jezus, Maria! Ludzie, ratunku! Ratunku! Wielkanoc, święto, a oni się pozabijali!”

 

Kto twarz ma w ulewnym mroku, a skalną obrał drogę,
Jak ślepiec łaknie światła, jak ślepiec błądzi gniewem.

 

A gdy już dotrze świtu i spojrzy wreszcie w blask,
Nie znajdzie tam nic prócz czerwieni –

 

Zaprawdę, zaprawdę, światłem jest tylko krew.

 

 


[1] sztyce – drążki służące do podpierania linek, które pod ciężarem rozwieszanych mokrych rzeczy zazwyczaj opadają (region.)

[2]Ulica  Hanki Sawickiej – obecnie ulica Mazowiecka w Bydgoszczy

[3] gzub –dziecko (region.)

Brak komentarzy.

Brak trackbacków.